Sukienki z krepy poupychane na wieszakach, koszule z kiczowatymi aplikacjami, eleganckie spodnie w kancik i kremowe koszule z gigantycznymi żabotami. Z jednej strony kostiumy na Halloween i kołnierzyki na guziki, z drugiej: płaszcze do ziemi pachnące naftaliną i korporacyjne garsonki. To tylko kilka skojarzeń z tradycyjnymi wypożyczalniami ubrań, które jeszcze do niedawna zagrożone były wyginięciem. Jednak na przestrzeni ostatnich kilku lat, a szczególnie teraz, zmieniły swoją formułę, zyskały ładne nazwy i ciekawy branding. Jeśli pamiętacie komputerową szafę Cher z "Clueless", to wiecie, w jaki sposób odrodziły się dzisiejsze wypożyczalnie ubrań: są nowoczesne i pozwalają na eksperymentowanie, w niektórych przypadkach nawet doradzają nam stylistki, a dzieje się to z poziomu komputera. Wszystko dzięki popularności ekonomii współdzielenia.

Sharing economy, czyli: "Masz? Podziel się!"

Podczas gdy wszyscy już myśleli, że konsumpcjonizmu nie da się zatrzymać, bo to rozpędzona kula śnieżna, na popularności zyskała nagle ekonomia współdzielenia. Wspólnie korzystamy z takich dóbr, jak filmy (Netflix), muzyka (Spotify), a nawet mieszkania (Airbnb). To, że przyszła kolej na modę, można traktować właściwie jako naturalną kolej rzeczy. Dodatkowy wpływ miała na to zarówno utrzymująca się stale moda na vintage, jak i zwiększenie świadomości ekologicznej – tego skąd pochodzą nasze ubrania i gdzie trafią, kiedy już chcemy się ich pozbyć. Zalety? Wiele: zbawienny wpływ na środowisko, oszczędność własnych pieniędzy, ciągłe próbowanie nowych rzeczy i możliwość pozwolenia sobie na chwilowy luksus lub ekstrawagancję. To też czysto praktyczna tendencja, bo możemy w ten sposób skorzystać z ubrań, które przydadzą nam się jednorazowo – na przykład sukni ślubnej – a po całej uroczystości po prostu je spakować i odesłać. Podoba Wam się ten pomysł? Nie jesteście jedyni. Według badań Hammerson, co piąty Anglik z pokolenia millenialsów nie tylko nie miałby problemu z wypożyczaniem i wymianą ubrań, ale też jest tym żywo zainteresowany. Wypożyczalnie więc wyrastają jak grzyby po deszczu. 

Mamy dla Ciebie dość radykalny pomysł: Kupuj mniej rzeczy. – Rent The Runway

W Stanach to prawdziwy hit, bo nagle prawdziwe vintage perełki i ubrania od projektantów stały się dostępne na wyciągnięcie ręki każdej fashionistki – chociaż na chwilę.

Ubrania od projektantów za grosze, ale... na kilka dni

Rent The Runway (www.renttherunway.com) to chyba najważniejsza taka wypożyczalnia, która działa w USA. Jennifer Hyman i jej imienniczka, Jennifer Fleiss uruchomiły stronę w 2009 roku. Dzięki nim można na kilka dni wypożyczyć designerskie sukienki prosto z wybiegów, nawet za 10% ich oryginalnej ceny. Impreza w wymarzonej kreacji Gucci albo tej samej, którą miała na sobie Miranda Kerr? Proszę bardzo. W katalogu RTR można przebierać z sukienek oraz dodatków i wypożyczyć swój zestaw na czas od czterech do ośmiu dni. Założycielki wysyłają na wszelki w pudełku dodatkowy rozmiar, gdyby ten wybrany przez klientkę nie pasował.   

Bliźniaczo działa w Wielkiej Brytanii Chic by Choice (www.chic-by-choice.com), który ma nawet ten sam termin pożyczek. Jest to jednak portal jeden z wielu, bo na Wyspach popularny jest też Girl Meets Dress (www.girlmeetsdress.com). Można tam wypróbować nawet trzy sukienki jednorazowo, ale płaci się tylko za tę jedną, którą się założy. W swoim archiwum mają ponad sto pięćdziesiąt luksusowych marek, takich jak Diane von Furstenberg, Alexander McQueen czy Victoria Beckham. W Chinach z kolei działa YCloset (www.ycloset.com): tam klienci mogą przebierać z ponad miliona rzeczy w praktycznie każdej możliwej kategorii, a obok siebie na wieszakach wiszą topowi projektanci, streetwear i chińskie lokalne marki.

Konkretyzacja, lokalne marki i nowi przyjaciele

Wiele takich serwisów specjalizuje się po prostu w konkretnym stylu lub rodzaju garderoby. Bag Borrow or Steal (www.bagborroworsteal.com), jak sama nazwa wskazuje, pozwala wypożyczyć torebki zaprojektowane przez największych i najdroższych twórców. Z takiego designerskiego dodatku korzysta się co najmniej miesiąc. RocksBox (www.rocksbox.com) z kolei pozwala na wypożyczanie błyskotek. Działa na zasadzie miesięcznego abonamentu, a pracujące z platformą stylistki, na podstawie preferencji i lajków użytkowników, wybierają dedykowany im komplet biżuterii.

Żeby nie było jednak, że mężczyźni są poszkodowani w tej kwestii – ubrania, których można używać jak z Netfliksa czy Spotify, oferowane są także im. Pomyślał o tym startup The Black Tux (theblacktux.com), gdzie panowie wypożyczą eleganckie koszule, marynarki, smokingi i dodatki. To rozwiązuje problem kupowania  eleganckiej garderoby na bankiet czy inną ważną okazję.

Sharing economy idzie czasem jeszcze dalej i powstają portale, na którym możemy dobrać sobie podobną do nas "przyjaciółkę" do wymieniania się zawartością szafy, jak np. na stronie Tumnus (www.tumnusproject.com). Jedyny warunek? Musi mieć podobną figurę i gust. 

Nie mamy alternatywy w modzie: wciąż musimy coś kupić lub nie. To nie jest nowoczesne podejście – Biblioteka Ubrań

Trend ten rozprzestrzenia się na wszystkie strony i rozpycha łokciami gdzie się da: w Stanach, w Europie, w Azji, dla osób plus size i niezdecydowanych mężczyzn. Dzielenie się ubraniami dotarło nawet do Polski.

Sharing economy w modzie: wersja polska 

Love The Dress to jeden z pierwszych polskich projektów, w którym kobiety mogą wypożyczać sukienki od najlepszych marek z Polski i zagranicy. Na wieszakach mają m.in. Muses, Dawida Tomaszewskiego, Patrizie Pepe, Roberta Kupisza, Bizuu, Bohoboco, Diane von Furstenberg, La Manię, Tomaotomo by Tomasz Olejniczak czy Viola Śpiechowicz. Kreacje możemy wybierać ze względu nie tylko na cenę, kolor i rozmiar, ale też wydarzenie, a wypożyczamy je na maksymalnie cztery dni. 

Inna takiego typu wypożyczalnia nazwana została Biblioteką Ubrań (www.bibliotekaubran.pl). Jej założycielki, Marta Niemczyńska i Agnieszka Zawadzka, stacjonują we Wrocławiu, ale zgromadzone przez nie ubrania można oczywiście wypożyczyć przez internet. Oferują kilkaset elementów garderoby: są basicowe swetry, sukienki z lat 90., cekinowe spódnice i modne marynarki, a nawet sukienki godne oscarowej gali. To często niszowe projekty i prawdziwy vintage, a wszystko w pojedynczych egzemplarzach.

Jak działa Biblioteka? Ubrania przeglądamy w internetowym katalogu, z tą różnicą jednak, że zamiast do koszyka, dodajemy je do szafy. Kiedy już wszystko skompletujemy, uiszczamy opłatę, a kurier za kilka dni przynosi nam zamówiony zestaw. Nosimy go i gdy termin wypożyczenia minie, po prostu zwracamy. "W 2015 roku stwierdziłyśmy, że nie mamy alternatywy w modzie: wciąż musimy coś kupić lub nie. To nie jest nowoczesne podejście do mody" – czytamy manifest założycielek na ich stronie internetowej.

Realny wpływ na środowisko i oszczędzanie pieniędzy

Dzielenie się ubraniami promują nawet projektanci. Vivienne Westwood, która w końcu sama żyje z mody, swoim fanom radzi, by niczego nie kupowali. Dosłownie. A jeśli nie są w stanie spełnić jej prośby, ma dla nich lżejszą wskazówkę: "Kupujcie mniej i wybierajcie lepiej”. Podkreśla, że to samo tyczy się jej własnych projektów – zastanówcie się najpierw porządnie, czy tego potrzebujecie i chociaż nie kupujcie zbyt dużo.

Wypożyczalnie ubrań i ruch sharing economy w modzie mają realny wpływ na środowisko. Nie musimy jak Vivienne wyruszać w podróż, by uczestniczyć w jego uzdrawianiu – wystarczy zamówić bluzkę na kilka dni. To, że przy okazji oszczędzamy pieniądze, możemy mieć wielką niekończącą się szafę i eksperymentować, jest wartością dodaną, która może przekonać tych niezdecydowanych. Poza tym nigdy nie wiadomo, czy wypożyczona przez nas kwiecista koszula przypadkiem nie zagrzewała wcześniej miejsca w szafie młodego obiecującego artysty albo... prawdziwej gwiazdy.

 

Jak wyglądają ubrania z takich wypożyczalni? Sprawdźcie w naszej galerii!