Jeśli wakacje, to apartament na ostatnim piętrze, najlepiej bez sąsiadów za ścianą. Ma być cicho. Widok z okna nie jest najważniejszy. Długa podróż? Słuchawki to podstawa.
Odgłos chrupiącego jabłka może przecież doprowadzić do szału. Brzmi jak koszmar? To codzienność osób cierpiących na SSSS (selective sound sensitivity syndrome), czyli nadwrażliwość na dźwięki, po polsku zwaną mizofonią. Termin pochodzi od greckiego „misos”, co oznacza awersję, i „phone”, czyli dźwięk. Od psychoterapeutki Kariny Hanowskiej dowiaduję się, że został on odkryty i opisany w 2002 roku przez lekarzy Margaret i Pawła Jastreboffów. Temat nagłośnił w 2011 roku Joyce Cohen na łamach
„New York Timesa”. To, co dla większości ludzi jest niezauważalnym szumem w tle, dla chorych na mizofonię jest uciążliwym dźwiękiem, na dłuższą metę nie do zniesienia. Określone odgłosy wywołują u nich trudną do opanowania mieszankę złości i lęku, a nawet agresji. Najczęściej chodzi o te wydawane podczas jedzenia, oddychania i codziennego funkcjonowania, np. stukanie w klawiaturę. Jednak zdiagnozowanie mizofonii nie jest proste. – Należy ją odróżnić od nadwrażliwości słuchowej lub np. zaburzeń psychicznych: obsesyjno-kompulsyjnych, lękowych, choroby afektywnej dwubiegunowej, fonofobii. Do postawienia trafnej diagnozy są potrzebni specjaliści: audiolog, otolaryngolog lub psychiatra – mówi Karina Hanowska. Niestety, na mizofonię nie ma też lekarstwa, którego skuteczność byłaby udokumentowana w badaniach naukowych.

Chorzy mogą jednak eksperymentować z metodami łagodzącymi nadwrażliwość na dźwięki. Jedną z nich jest terapia z wykorzystaniem mis dźwiękowych, nazywanych też tybetańskimi. Masaż dźwiękiem w latach 70. opracował Peter Hess, niemiecki fizyk. Naukowiec udowodnił, że wibracje o różnych częstotliwościach wytwarzane przez gongi,
dzwonki i misy pomagają się odprężać, redukować stres i polepszać jakość snu. – Wydobywające się z instrumentów wibracje, wprowadzają w stan głębokiego relaksu i wyciszenia. Rozluźniają ciało – mówi Ania, która regularnie chodzi na koncerty relaksacyjne. – Potem jestem zrelaksowana, odczuwam wewnętrzny spokój. Rzeczy, które
doprowadzały mnie do szaleństwa, stają się obojętne – opowiada. Trudno jednak zakładać, że ta metoda może być skuteczna na większą skalę, np. w przypadku osób, które są narażone na mnóstwo dźwięków w pracy i w domu, bez szans wyeliminowania ich źródeł. W przypadku mizofonii może pomóc terapia habituacyjna TRT (tinnitus retraining therapy), która została opracowana do leczenia szumów usznych. Polega ona na tym, że dźwięk, który wywołuje negatywne emocje, jest kojarzony z takim, który pacjent odbiera jako przyjemny. Chrząkanie można zatem skojarzyć ze śpiewem ptaków. W leczeniu mizofonii może próbować pomóc audiolog, oceniając, czy dana osoba ma nadwrażliwość na dźwięki, czy też inny problem audiologiczny. Obecnie na Uniwersytecie Warszawskim są prowadzone prace badawcze nad zjawiskiem mizofonii przez doktorantkę Martę Siepsiak. O szczegółach można przeczytać na stronie projekt-dzwiek.com, a nawet wziąć udział w badaniach naukowych na ten temat.

Problem nadwrażliwości na dźwięk szybko przenosi się na partnerów mizofonów, którym zazwyczaj trudno jest zrozumieć tę foniczną obsesję. Powszechne jest lekceważenie tego schorzenia, postrzeganie go jako fanaberię osoby cierpiącej. – Chorobliwa nadwrażliwość mojej żony na dźwięk jest dla mnie uciążliwa, ale oczywiście mogę sobie tylko wyobrażać, jakie katusze ona sama musi przeżywać. Przechodziłem już różne fazy – od wypierania problemu, przez jego bagatelizowanie, do współczucia połączonego z próbą
doprowadzania otoczenia do ciszy (liczne rozmowy wychowawcze z sąsiadami). Oczywiście wiadomo, że żyjąc w mieście, nie da się osiągnąć stanu absolutnej ciszy – mówi Wojciech, partner życiowy Moniki. Hałas to zresztą problem, który dotyczy nie tylko mizofonów. Eksperci mówią wprost: żyjemy w środowisku zanieczyszczonym hałasem. Nie tylko obniża on jakość naszego życia, ale wpływa też destrukcyjnie na nasz system nerwowy. Normą ustaloną przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) jest 50 decybeli w dzień. Można ją porównać do dźwięku spadającego deszczu. Już przy 55 decybelach pojawiają się pierwsze negatywne skutki dla człowieka: zmęczenie, brak koncentracji, zakłócenie snu i agresja. Z badań prowadzonych w Unii Europejskiej (za Adam Grzeszczak, „Ciesz się ciszą”, Polityka nr 38/2019) wynika, że codziennie prawie 70 milionów
Europejczyków w miastach zmaga się z poziomem hałasu przekraczającym 55 decybeli, którego źródłem jest wyłącznie ruch uliczny. Około 50 milionów osób cierpi zaś z powodu wysokiego poziomu hałasu ulicznego w nocy. Dopuszczalny dobowy poziom hałasu w miastach powyżej 100 tysięcy mieszkańców został podwyższony
prawie do 70 decybeli ze względu na coraz większy ruch drogowy, restauracje, kluby i inne miejsce spotkań towarzyskich. Naturalnym odruchem wielu mieszkańców staje się zatem poszukiwanie enklaw ciszy. Od kilku lat w pociągach Pendolino siódmy wagon to strefa ciszy. Początkowo eksperymentalny pomysł okazał się dużym sukcesem – niemal wszyscy, którzy podróżowali w strefie ciszy, deklarują, że chcą tak stale podróżować. Ze zrozumiałych jednak względów nie wszędzie takie strefy ciszy mogą
działać. Mieszkańcy centrum miast zmagają się z życiem nocnym czy krótkoterminowym najmem. Hałas np. w Warszawie daje w kość tym, którzy sąsiadują z klubami położonymi nad Wisłą.

Nadwrażliwość na dźwięki to temat marginalizowany przez społeczeństwo. Większość do trosk mizofonów podchodzi z dystansem. Inni lubią drwić. Widać to zwłaszcza na forach internetowych, gdzie tego rodzaju problemów nie traktuje się poważnie: „Przeszkadzają ci rozmowy sąsiadów? To się wyprowadź”, „Nie możesz wytrzymać chrząkania współpasażerów? Idź się lecz!”. Z uwagi na to, że świadomość istnienia takiego schorzenia w społeczeństwie jest wciąż mała, mizofoni rezygnują z pomocy specjalisty i zostają sami z nasilającymi się objawami. Dyskomfort psychiczny może doprowadzić nawet do myśli samobójczych. Problemy z niezrozumieniem natury mizofonii potwierdza psychoterapeutka Karina Hanowska. – To nie jest tak, że można się przyzwyczaić do tych nieprzyjemnych dźwięków – mówi. Temat mizofonii podjął ostatnio Łukasz Najder w książce „Moja osoba”. W eseju „Silent disco” pisze: „Cierpiałem na mizofonię, szlachetną przypadłość, którą dzieliłem z największymi, z Nabokovem i Kafką”, opisując swoje katusze związane z otaczającymi go dźwiękami. Nie wskazuje jednak żadnego rozwiązania problemu, stwierdzając jedynie gorzko w konkluzji: „Wszyscy jesteśmy żołnierzami ciszy na wojnie z hałasem, który zarazem wywołujemy sami. Chodzi o to, żebyśmy się nie pozabijali”. Świat jednak staje się jeszcze głośniejszy i bardziej inwazyjny, coraz trudniej jest o azyl i dogłębną ciszę. Nadwrażliwość na dźwięki zdaje się jedną z konsekwencji cywilizacyjnych zmian, przejawem ludzkiego przemęczenia i tęsknoty do ucieczki. Tylko dokąd? Bo jak słusznie wskazuje cytowany przez Najdera badacz Zdzisław Strumidło, cisza na świecie tak naprawdę nie istnieje: „Z fizycznego punktu widzenia cisza to brak dźwięku. Jako taka pozostaje nieznana dla człowieka, gdyż występuje jedynie w próżni, a więc w obszarze, w którym życie jest niemożliwe”.

Tekst Agnieszka Wróbel

Materiał ukazał się we wrześniowym numerze ELLE 2020