Magdo, lubisz taki wysiłek, kiedy musisz się spocić?
Magdalena Koleśnik:
Jestem przekonana, że w jednym z poprzednich wcieleń byłam komandoską. Świetnie czuję się w zadaniach specjalnych. Podczas wakacji pomagałam przy likwidacji schroniska w Radysach. Od lat znęcano się tam nad zwierzętami, w końcu ludzie z Fundacji Zwierzęca Polana i Pogotowia dla Zwierząt zdołali doprowadzić do jego zamknięcia. Pojechałam tam z przyjaciółką, żeby pomóc w ewakuacji psów. Nigdy wcześniej, z wyjątkiem mojego psa, który trafił do mnie z traumą, nie miałam do czynienia ze zwierzętami w złej kondycji, agresywnymi. Szybko zaczęłam je instynktownie wyczuwać. Klatki sprzątałam w zawrotnym tempie, nie czułam gorąca. W takich sytuacjach działam jak maszyna, bez zbędnych emocji.

Ciało nigdy nie odmówiło Ci posłuszeństwa?
M.K.
Akceptacja ciała wymagała ode mnie gigantycznej pracy. Mój stosunek do niego był pełen autoagresji. Przez lata borykałam się z zaburzeniami odżywiania, miałam anoreksję, rozregulowałam organizm. Gdy byłam nastolatką, a waga choć odrobinę według mnie była za wysoka, wyobrażałam sobie, że jestem w ciąży i dlatego mam większy brzuch. Zaczęłam być jednak zmęczona ciągłym uderzaniem w siebie. Zatęskniłam, żeby się z sobą kumplować, w czym pomogli mi partnerzy, przyjaciele i mama.

Aktorstwo też?
M.K.
Zadziałało terapeutycznie. Większość spektakli w teatrze gram półnago lub nago i znajduję w tym przyjemność zmysłową, a także siłę krążącą po moim odsłoniętym ciele. To piękne uczucie.

W „Sweat”, który w kwietniu wchodzi do kin, też pojawia się dużo Twojego ciała. Długo się przygotowywałaś do tego filmu?
M.K.
Przez rok miałam trzy razy w tygodniu po dwie godziny ćwiczeń siłowych, przygotowywałam się więc kompleksowo. Moje ciało zostało kompletnie przebudowane. Czasem wydawało mi się obce, brzuch przypominał pancerz skorupiaka. Miałam nie tylko wyglądać, ale i stać się trenerką fitness, Sylwią Zając. I faktycznie, chyba nigdy wcześniej nie czułam się tak pewna siebie jak wtedy, gdy dostałam w prezencie od produkcji nowe ciało. Nosiłam się z nim, popisywałam.

Światem artystycznym wciąż rządzą mężczyźni. Jak to jest być aktorką, która nie boi się wyrażać swoich poglądów?
M.K.
Jest samotnie. Bo kiedy dajesz sobie prawo do mówienia, że coś ci nie pasuje, to zostajesz z tym sama, inni uważają, że przesadzasz. Zdarza się, że zastanawiam się, co ze mną jest nie tak. Dlaczego mam zawsze jakiś problem? Coraz częściej jednak daję sobie prawo głosu, nawet jeśli jest on dla kogoś niewygodny. Ponieważ jednak jestem bardziej człowiekiem dialogu niż walki, ostatnio przeprowadziłam ważną dla siebie rozmowę z reżyserem i opowiedziałam mu o podwójnych standardach, których doświadczam na planie filmowym. Wiem, że jestem tam lubiana, doceniana, ale nie zmienia to faktu, że czasem traktuje się mnie gorzej. Dlatego że jestem kobietą? Bo jestem młoda, mam niewielkie doświadczenie, gorszą zawodową pozycję? Nie chcę świata podwójnych standardów. Dlatego o tym mówię. Nie zawsze złe traktowanie wynika z premedytacji, czasem to kwestia braku empatii czy uwagi. Ale możemy się wzajemnie uwrażliwiać. Ostatnio usłyszałam od pewnej mądrej osoby, że dużo lat jeszcze musi minąć, żeby runął patriarchalny system na planach filmowych. Poczułam rodzący się we mnie bunt. Nie ma żadnego „kiedyś“, trzeba to robić teraz. Czuję się za to odpowiedzialna.

Zuza Krajewska

Doświadczasz w tym wszystkim kobiecego wsparcia?
M.K
. Doświadczam przyjaźni ze strony kobiet w branży. Mężczyzn też. Mam ten przywilej, że trafiam na osoby, które potrafią się cieszyć moim szczęściem – sama dopiero się tego uczę. Gdy zdobyłam nagrodę na festiwalu w Gdyni (za główną rolę kobiecą w „Sweat” w reż. Magnusa von Horna – przyp. red.), przyjaciele zgotowali mi niespodziankę – wspólne celebrowanie tego wydarzenia. Ale wiem, że niektórzy borykają się z zazdrością. Moja przyjaciółka, aktorka, powiedziała mi: „Nie odzywałam się, bo byłam tak bardzo zazdrosna, że nie mogłam mieć z tobą kontaktu. Zrealizowałaś mój niespełniony sen, musiałam się z tym ułożyć”. Jestem jej wdzięczna za szczerość. Czekam na moment, aż ja będę zazdrosna o jej sukcesy i będę miała
szansę z podobną mądrością i czułością sobie z tym poradzić.

Sprawiasz wrażenie walecznej. Tymczasem mówisz, że jesteś człowiekiem dialogu. No to jak jest z Tobą?
M.K.
(śmiech) Dialog to również forma walki. Zresztą jestem przekorna, wszystko robię po swojemu. Piszę lewą ręką, jak palę – to prawą, dziwnie wiążę sznurówki, na spacery chodzę tam, gdzie wisi znak „zakaz wstępu”. Zawsze byłam waleczna. Mama miała ze mną ciężko. Często wzywano ją do szkoły, bo wciąż wyrażałam opinie na tematy, o których dziecko nie powinno się wypowiadać. Czasem jestem jednak zwyczajną pieniaczką, bo nie potrafię sobie poradzić z agresją, której nie nauczyłam się zdrowo kanalizować. Wychowano mnie na grzeczną dziewczynę. Moja natura jest inna.

Widać to na Instagramie. Pod Twoim postem „Nie składamy parasolek” pojawiło się mnóstwo agresywnych komentarzy.
M.K
. Zderzenie z falą krytyki przeżyłam znacznie wcześniej, w gimnazjum, gdzie doświadczyłam bullyingu. Te same schematy odnajduję we wspomnianych przez ciebie komentarzach. W gimnazjum rozpuszczano plotki na mój temat, które nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Standardowe, jakie można rozpowiadać o ładnej dziewczynie, czyli że się z wszystkimi puszczam. Bałam się bardzo, bo dla nastolatki szkoła i rówieśnicy są całym światem, i myślałam, że moje życie się skończyło. Nauczyciele nie reagowali na znęcanie się, przyjaciółki odsuwały się ode mnie, bo bały się o siebie. Zostałam pobita pod domem przez dziewczyny ze szkoły. Zdołałam tylko wykrztusić: „Za co?”. Odpowiedziały: „Za twarz!”. Dopiero od niedawna bullying
przestał być dla mnie tematem tabu. Myślę, że to mi coś zrobiło. Może dlatego zdarza mi się uderzać w siebie tak, jak kiedyś uderzali inni? Jeśli będą to czytać osoby, które w sieci umieszczają przemocowe, obrzydliwe komentarze, chciałabym im powiedzieć, żeby tego nie robiły, bo ktoś z tego powodu może odebrać sobie życie. To zdarzyło się w mojej rodzinie i uwierz, krzywda nie kończy się na osobie, która doświadcza przemocy.

Masz do tamtych ludzi żal?
M.K.
Nie chcę mieć do nich żalu. Przypominają mi się protesty pod Teatrem Powszechnym przy okazji premiery „Klątwy” (spektakl mówi m.in. o cenzurze religijnej – przyp. red.). Agresywni ludzie pochodzący ze skrajnych ugrupowań nacierali na drzwi teatru, których bronili pracownicy i policja, wrzucali petardy. Stałam w środku. Po obu stronach było mnóstwo gniewu. Nie chciałam tego zasilać ani też biernie się temu przyglądać. Wycięłam z serwetki serce i przyłożyłam do szklanych drzwi teatru. Jeden z protestujących chłopaków wyłamał się z szeregu
i patrząc raz na serduszko, raz w moje oczy, przeżegnał się. Nie odebrałam tego gestu jako próby wypędzenia ze mnie diabła. Staliśmy po dwóch stronach barykady i powiedzieliśmy sobie w różnych językach „cześć”. To wydarzenie było jednym z najpiękniejszych spotkań w moim życiu. Było spotkaniem ponad podziałami.

Tęskniłaś za teatrem w trakcie lockdownu?
M.K
. Nie, choć teatr jest dla mnie ważny. Do 30. roku życia spędziłam w nim nieprzerwanie 18 lat. Najpierw jako dziecko w zespołach amatorskich, a od drugiego roku studiów – już profesjonalnych. Robiłam przedstawienie za przedstawieniem, więc naprawdę potrzebuję odpoczynku od sceny. Przez lata inwestowałam w teatr mnóstwo czasu i nie pozostawało go wiele dla mojego ówczesnego partnera, przyjaciół, rodziny. Ciągle powtarzałam sobie, że „jeszcze tylko jeden spektakl”. Trzy miesiące prób. Potem: „jeszcze tylko ten”. Pięć miesięcy prób. I tak latami. Na pewno zatęsknię za graniem przed widzami, odczuwaniem ich emocji. Teatr jest jak rytuał, akt szamański, karnawał obecności... Lubię go także za to, że spektakle gra się po kilkadziesiąt
razy i za każdym są inną podróżą. Przez lata był również moim drugim domem, więc żywię do niego i do jego ludzi ciepłe uczucia. Do Teatru Powszechnego szczególnie.

Zuza Krajewska

W takim razie za co teatru nie lubisz?
M.K
. Za przemoc. Na planie filmowym są umowy, nadgodziny, więc produkcji nie opłaca się, żeby zdjęcia trwały w nieskończoność. W teatrze z kolei czas się rozmywa. Coraz częściej pilnują tego inspicjenci, ale zazwyczaj słychać, że „robimy sztukę” i można pod to podpiąć wszelkie nadużycia. Zaczęłam bardzo doceniać swój czas. Życzyłabym sobie, żeby w teatrze było większe równouprawnienie – żebyśmy pracowali po partnersku. Prekursorką takiego myślenia jest Małgosia Wdowik, reżyserka, która uważa, że teatr powinien być bardziej demokratyczny, szanuje nasz czas. A właśnie z szacunku powstają piękne rzeczy, rodzą się prawda i odwaga.

Kim są Twoi idole?
M.K.
To np. mój pies Sławoj, który jest też moim nauczycielem. Bał się wszystkiego: mężczyzn, głośnych dźwięków, dotyku. W schronisku był bity. Ale poza strachem miał w sobie ciekawość i otwartość. Imponuje mi tym, nie wiem, czy na jego miejscu bym sobie poradziła. Mama jest dla mnie idolką. W wielu kwestiach się różnimy i to ona jest najbardziej waleczna. Musiała wiele poświęcić, żebym mogła wyjechać na studia z Białegostoku do Krakowa.

Co dzisiaj burzy Twój spokój?
M.K
. Mój wewnętrzny smutek, który jest ze mną od zawsze. Bliska mi osoba nazwała go kiedyś „Smoluchą”. Gdy tylko się pojawiał, był nazywany po imieniu. Żartowaliśmy ze „Smoluchy”. Dziś nie ma już takiej mocy. W kulturze japońskiej, by wyrwać się spod władzy demona, należy poznać jego imię. W moim przypadku nazwanie „Smoluchy” lub podwójnych standardów na planie sprawiło, że demon miał szansę zniknąć.

W tym wszystkim jest jakaś iskierka nadziei?
M.K.
Miłość. Ostatnio dużo o niej rozmyślam. Nie jestem w żadnej romantycznej relacji, więc szukam dla tej mojej miłości nowego domu. Nie mam na myśli partnera czy partnerki, ale inny sposób wyrażania miłości. Nie chcę jej trzymać w poczekalni. Co można zrobić z miłością bezdomną? Chcę nauczyć się kochać swoich rodziców, przyjaciół, ludzi, bohaterów książek, które czytam. Samą siebie, rzecz jasna. Chcę zostać swoją kochanką, w końcu z sobą sypiam i z sobą się budzę. Kiedy jestem bliska załamania, przejścia granicy, za którą jest rozpacz, jedyną rzeczą, jaka mnie ratuje, jest miłość.