Nominacje do tegorocznych Oscarów to w amerykańskiej prasie jeden z wiodących tematów. Według komentatorów akcja #metoo przyczyniła się do ostatecznego werdyktu Akademii. Dowodem może być brak nominacji dla Jamesa Franco, który miał być tzw. pewniakiem w kategorii: najlepszy aktor pierwszoplanowy. Przypomnijmy, że odtwórca głównej roli w filmie "Disaster Artist" został oskarżony o molestowanie przez kilka kobiet. Oskarżenia zbiegły się ze zdobyciem Złotego Globu w kategorii: najlepszy aktor. Franco (o, ironio!) z przypinką kampanii Time's Up powiedział wtedy "Jeśli zrobiłem coś złego, naprawię to".

Tym razem Akademia wolała dmuchać na zimne i nie dopuścić do sytuacji sprzed roku, kiedy Oscar trafił w ręce Caseya Afflecka. W 2010 roku Affleck miał składać niemoralne propozycje polskiej operatorce, Magdalenie Górce. Aktor ubliżał jej i rozsiewał na jej temat krzywdzące plotki. Napastował również producentkę paradokumentu "I'm still here" - Amandę White, która (podobnie jak Polka) oskarżyła go o molestowanie seksualne. Sprawa trafiła do sądu, kobiety pozwały aktora na 2 i 2,5 miliona dolarów. Wkrótce potem zgodziły się na ugodę. Wiemy już, że Casey Affleck nie pojawi się na tegorocznej gali oscarowej. Jako zdobywca statuetki za film "Manchester by the Sea" miał wręczyć Oscara w kategorii: najlepsza aktorka pierwszoplanowa. Aktor wolał jednak nie ryzykować i sam zrezygnował z tego zaszczytu. Nominacji nie dostała też Kate Winslet, która zagrała główną rolę w ostatnim filmie Woody'ego Allena. Środowisko filmowe przez wiele lat patrzyło przez palce na mroczną przeszłość wielu utytułowanych reżyserów, aktorów i producentów. Wszystko wskazuje na to, że ich czas się skończył.