"Boże Ciało" to oparta na reportażu "Dużego Formatu" historia dwudziestoletniego Daniela, który w poprawczaku ulega fascynacji kapłaństwem i wymyśla sobie powołanie, jako dalszą drogę życia. Prawo kanoniczne nie przewiduje jednak możliwości święceń osoby karanej, więc zaprzyjaźniony z Danielem kapłan załatwia mu pracę w stolarni na drugim końcu Polski. W wyniku kilku perypetii chłopak trafia jednak na plebanię, gdzie nadarza się okazja wejścia w rolę, o której marzył. Zastępując proboszcza, zaczyna pełnić posługę kapłańską, która wiele zmieni w lokalnej społeczności…

"Taki mały, taki duży może Świętym być". Nawet jeśli ma za uszami. Danielowi kończy się pobyt w poprawczaku i dość przypadkowo ląduje w samym środku dotkniętej tragedią wiejskiej społeczności. Z tym, że to, co się tu stało nie chce nikomu przejść przez gardło a jedyną relacją wydarzeń jest przydrożna tablica ze zdjęciami ofiar wypadku, pod którą modlą się zamknięci w skorupach mieszkańcy. Daniel trafia tu jak kij w mrowisko i rozgrzebuje popioły po tragedii, grzebiąc też przy okazji w sumieniach napotkanych ludzi. Swoje też chciałby pewnie podleczyć, ale to już nie jest takie proste.

Nie łudźmy się - powołanie Daniela jest bardzo pozorne. Zastępuje raczej pustkę i potrzebę przynaleźności, bycia liderem. A jednak jako oszukany duchowny robi tu więcej dobrego niż usankcjonowany duchowny. Dotychczasowy proboszcz, przetrawiony rutyną i własnym grzechem nie dorasta Danielowi do pięt w zarządzaniu tutejszymi duszami. Chłopak wchodzi w rolę całym sobą i przypomina natchnionego kapłana kościołów charyzmatycznych (Bartosz Bielenia przygotowywał się do tej roli wszechstronnie i zagrał, nomen omen, jak natchniony). Daniel bezczelnie cytuje słowa i metody wychowawcy z poprawczaka, księdza Tomasza, przejmując nawet jego imię. Wyraźnie przecież słyszał od niego, że "każdy może być kapłanem Chrystusa". Imituje więc, naśladuje, a przed debiutem w odprawianiu mszy świętej, szczegółów uczy się na noc przed, paląc jednego "fajka" za drugim. Z czasem w odgrywanej postaci jest jednak coraz więcej Daniela, którego urokowi i prawdzie (sic!) trudno nie ulec. Literalnie ulega mu zresztą Eliza (Eliza Rycembel), która od początku przeczuwa, że coś tu jest nie tak. Przeciwnie do matki pełniącej funkcję kościelnej (genialna Aleksandra Konieczna), której podejrzenia przykrywa katolicki obowiązek posługi księdzu, mimo jego dziwactw. To w tej bohaterce Daniel pozostawi najwięcej "świętych" śladów. Kościelna straciła syna, ale traumę przykrywa frazesami: "Bóg tak chciał", "Bóg sobie poradzi". Kiedy indziej zaprzecza rzeczywistości lub od niej ucieka furtką "Pójdę po ciasto". Równocześnie Daniel metodami znanymi z poprawczaka wyciąga z ludzi ukrytą wściekłość, każe im krzyczeć, pozwala nie rozumieć i się do tego przyznawać, rachunek sumienia robi z nimi, klęcząc w błocie. Bardziej po ludzku, niż "po bożemu". 

Widz czeka oczywiście na moment, w którym całe te jasełka runą jak domek z kart, a prawda wyjdzie na jaw. Chociaż mamy chore poczucie, że lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby już zostało tak jak jest. Tylko czy fatum, przeznaczenie też przypadkiem nie jest częścią boskiego planu?