Kubek latte i musli z zimnym mlekiem. W ten sposób od lat zaczynam każdy poranek. Jeśli prawdą jest, że jesteś tym, co jesz, to ja składam się wyłącznie z hektolitrów kawy i mleka. I jeszcze z bólów brzucha, zgagi, wiecznych wzdęć i nadprogramowych trzech kilogramów, których żadnym sposobem nie mogę zgubić od lat. Towarzyszą mi od zawsze, choć staram się naprawdę jeść zdrowo. Przynajmniej odkąd przestałam pić wino w zastraszających ilościach. Przyjaciółka dietetyczka, maniaczka chińskiej medycyny, piętnującej mleko od setek lat, przekonuje mnie, że to wszystko wina mleka, że z pewnością mam nietolerancję laktozy. Powinnam przestać pić i jeść mleko, a nawet o nim myśleć, a żadna dieta nie będzie mi już potrzebna. Wystarczy, że zapomnę o białej kawie, jogurtach, najlepszych na świecie naleśnikach z serem, firmowanych nazwiskiem mojej mamy. Nie wierzę. Urodziłam się w Polsce. W kraju, gdzie mleko to podstawa. I od dzieciństwa wmawiano mi w domu, szkole, a nawet w telewizji, że to samo zdrowie. Przyjaciółka przekonuje mnie dalej i podaje ostateczny argument: swoją cerę bez najmniejszych niedoskonałości. Fakt, miała kiedyś pryszcze. Byłam przekonana, że znalazła świetnego dermatologa. Chyba zaryzykuję. Czeka mnie trudne, choć nieuniknione rozstanie w życiu. Ukochana latte, owsianko na pełnotłustym mleku, będę za wami tęsknić!

ŻELAZNE ZASADY

Pierwszy dzień. Bez kawy z mlekiem ledwo patrzę na oczy. Jakby tego było mało, okazuje się, że na śniadanie zjem chleb z oliwą i rzodkiewką. W lodówce mam masło, jogurt i twarożek. Nic dla mnie. Później jest już tylko gorzej. W pracy na lunch zamawiam rybę. Niestety, sos jest ze śmietaną. Do domu wracam głodna, nieprzytomna, zła. Pierwsze bezmleczne zakupy zajmują mi dwie godziny. Co mam jeść? Skanuję wzrokiem wszystkie etykietki i wszędzie czyhają na mnie mleczne niespodzianki. Nawet w pasztecie jest mleko w proszku! Jak tak dalej pójdzie, zostanę chyba weganką. 

I tak już większość moich znajomych myśli, że zwariowałam, kiedy mówię im, że na śniadanie jem musli z mlekiem, owszem, ale owsianym. A każdy wspólny lunch ze mną zaczynają od drwiny: „Sprawdź, czy w tym sosie na pewno nie ma śmietany”. Nie jest łatwo. Na pocieszenie zostaje mi perspektywa pozbycia się falującej fałdki na brzuchu, z którą nie radzą sobie superzabiegi ani setka brzuszków dziennie. No i oczywiście wegańskie ciasto marchewkowe na deser.