Marcin Kusiński, prawy obrońca reprezentacji Polski

Trenował wspinaczkę. Lubił jeździć w Tatry, ale na poważnie zaczęła interesować go wspinaczka sportowa. Zwiedził dzięki temu trochę Europy i świata. Trzy razy w tygodniu trening na Obozowej, dodatkowo ścianka na Kole. A potem wyjazdy w Podlesice albo do El Choro, na północny wschód od Malagi, albo w Sokoliki. Wspinaczka stawała się sensem jego życia. 

„Nagle zaczęła mnie boleć kostka – wspomina Marcin. - Bardzo źle się czułem, z bólu nie mogłem spać. Posłali mnie na USG. Lekarz najpierw spytał, czy jestem pełnoletni, a potem mi to pokazał. Była linia, wielki guz, linia. Potem histopatologia w centrum onkologii. Okazało się, że mam ostrą sarkomę achondroplastyczyną. Najgorsza odmiana nowotworu kości”. Czekała go amputacja i agresywna chemioterapia. Pięcioletnia walka z chorobą. „Na szczęście miałem wokół siebie bliskich. Rodzinę i moją kobiet. Wszyscy bardzo mnie wspierali”. Marcin nie został sam. Brał chemię i czytał w internecie posty osób, które właśnie po amputacji wspinają się dalej. Znalazł Hiszpana, który robi lepsze drogi niż on robił z dwiema nogami. I Nowozelandczyka, który się wspina, jeżdżąc na wózku. 

Podczas leczenia poznał Mariusz Adamczyka. Leżeli razem na sali. Mariusz zaprosił go na trening ampfutbolowy. Opowiadał, że gra w piłkę. Sam wcześniej nie miał za dużo wspólnego z piłką nożną. Na trening też nie poszedł, żeby grać. Nie wyobrażał sobie, jak biegać za piłką. „Ja wtedy miałem problem, żeby iść o kulach i z powrotem do toalety, a co tu dopiero biegać i piłkę kopać? – wspomina.

"Zgodzili się, żebym porobił zdjęcia. Nie masz nogi, no my też nie mamy. A teraz idź się przebierz, protezę zdejmuj i bierz te kule, biało – czerwone” - mówi Marcin Kusiński

I okazało się, że nie ma wyjścia. Że nie ucieknie. 
Został zawodnikiem ampfutbolu. To brutalny sport. Kontakt między zawodnikami – dużo ostrzejszy niż w normalnej piłce. „Zanim nie wprowadzili kar za faule, to nie było spotkania, żeby chłopaków nie wyciągali karetką z meczu. Nie dlatego, że jesteśmy nadzwyczaj brutalni. Po prostu każdy chce jak najlepiej, a nie wszyscy są w dobrej formie. Kiedy ja zaczynałem, to bardzo chciałem im dorównać a jednak motoryka i fizyczność mi na to nie pozwalały bo nie byłem przygotowany tak jak inni zawodnicy. I po prostu gdzieś tam sobie pomagałem. Ale zębów sobie nie wybijamy” – mówi Marcin.

Wszystko zmieniło się kiedy dostał powołanie do reprezentacji. Tu nie da się nadrabiać faulami i trzeba po prostu ostro trenować. Teraz to już jego styl życia. „Zdarzyło mi się kopać nogą, której nie mam. Ale po chwili mózg zapomina, że nie ma tej nogi”. 

Marcin przyznaje, że podczas choroby zmienił się jako człowiek. „Na pewno inaczej spoglądam na ludzi, na życie, nauczyłem się doceniać to co mam i zacząłem doceniać drobne sprawy, które są niezwykle ważne w życiu. Kiedyś bym ich w ogóle nie zauważył. Na przykład mogę sobie pomyśleć o wakacjach. Mogę je sobie zaplanować i wiem że na pewno pojadę. Podczas leczenia onkologicznego musiałem przywyknąć że moim życiem kieruje zasada: nie miej żadnych planów. To najważniejsza zasada onkologiczna. Nieraz płakałem w poduszkę i przez zęby przeklinałem ze złości bo nie mogłem pojechać ze znajomymi na działkę czy nad morze, czy gdzieś na jakiś wyjazd czy z normalnie spotkać się z rodziną. Zamiast tego jechałem do szpitala bo moje wyniki krwi zjeżdżały do takich wartości, że było bezpośrednie zagrożenie życia i musiałem mieć przetaczaną krew. I to mi się mogło przydarzyć w każdej chwili. Tak samo jest masa powikłań po chemii… no moje wyniki zjeżdżały często, ale dałem radę. Przeszedłem w toku leczenia przez 170 kursów chemii”. 


Zna tylko jedną osobę, która dostała więcej chemii niż on. Marcin walczy. Nie chce taryfy ulgowej. "Skoro musimy być rozliczani po równo, to znaczy, że ja muszę biegać więcej niż inni. Czasami dużo więcej. Co bym zyskał, gdybym im powiedział, chłopaki, ja nie mam oddechu? Darliby ze mnie łacha i tyle". 

 

 

Adrian Stanecki, pomocnik reprezentacji Polski 

Przystojny, wysoki, pewny siebie. Cały czas aktywny sportowo, nie ma problemu z kulami, nigdy mu to nie przeszkadzało, żeby uprawiać sport. W odróżnieniu od swoich kolegów Adrian ma wadę wrodzoną. Jedna noga po prostu nie urosła. 
Adrian uczył się chodzić od razu o kulach. Więc kiedy zaczynał grać w piłkę, grał o kulach. Na początku były to lekcje wuefu. Garnął się do zajęć, nie unikał, chciał rywalizować. Zwłaszcza, że dawał radę. Ale porzucił kiedyś piłkę dla snowboardu. Nauczył się błyskawicznie. Ma podpięte do deski obie nogi. Jedną razem z protezą. Właściwie jeździ tylko na jedną stronę, niepełnosprawna noga działa jako ster, całe ciało opiera na wykrocznej, ale laik nie pozna, że zawodnik nie jest pełnosprawny. Ostatniej zimy Adrian nagrał film w austriackich Alpach. Kilka ujęć dla firmy protetycznej, żeby zobaczyli jak to działa. 
„Byli w szoku. – śmieje się – nie wierzyli, że to ja jadę dopóki nie zdjąłem gogli. Chyba nie ma sytuacji, która by mnie zatrzymała, jeśli coś postanowię”. Adrian jest analitykiem finansowym w General Electric. Zajmuje się pionem ultrasonografów. W GE od czwartego roku studiów, zaczynał jako stażysta. Dwa lata nie grał w piłkę przez program menadżerski, który realizował na kilku kontynentach. Ten program dał więcej niż pięć lat studiów w najlepszej uczelni w kraju. 


A potem nagle zapragnął kupić sobie znowu piłkę. Ale stracił już kontakt z kolegami z dziecięcych drużyn i nie miał z kim kopać. „Trenowałem sam, wciąż to lubiłem, ale kopanie w samotności to nie są te emocje jakich szukałem. Chyba jednak czułem, że coś się wydarzy, bo inaczej po co bym kupił piłkę?”. Ale do ampfutbolu się nie zapalił. Było tyle spraw. Porozmawiał ze swoją dziewczyną i ona go przekonała. „ Idź, może okazać się, że to będzie jednak przygoda”. 


Kilkanaście lat doświadczenia w posługiwaniu się kulami pozwoliło Adrianowi startować z zupełnie innego miejsca niż jego kolegom po amputacjach. Wiedział od dziecka jak biegać o kulach, nie musiał uczyć się jak stać, jak biec, jak zawracać w biegu. Nie bolało go. Przeżył z kulami już tyle, że były dla niego jak część ciała. 


„Brakowało mi doświadczenia, które moi koledzy zdobywali latami grając w klubach przed wypadkami – wspomina. - Czytali grę, rozumieli ją, wiedzieli dokąd poleci piłka, znali taktykę i potrafili dobrać strategię do przeciwnika. Ja umiałem tylko biegać. Oni wiedzieli gdzie się ustawić, ja się musiałem tego nauczyć od początku”. Doświadczenia z dziecięcych lat były zbyt odległe. 
W szkolnych czasach, tak jak teraz, grał na obronie. „Zawsze mnie było ciężko przejść bo miałem cztery nogi, własną, kule i protezę. Poza tym walczyłem ostro, stawiając kule między nogi przeciwników. Przypadkowo, albo i nieprzypadkowo”. Grał coraz lepiej. W końcu dostał powołanie do reprezentacji. W czasie spotkanie z Niemcami dotarło do niego, że to jest coś naprawdę ważnego. To był moment, kiedy zagrali hymn. 


„Staliśmy bark w bark i zrozumiałem, że nie gram dla siebie. Że gram dla Polski. Śpiewaliśmy. W pewnym momencie mój głos zwyczajnie zanikł. Nie mogłem wyśpiewać do końca. A przecież trzeba śpiewać głośno, żeby druga drużyna wiedziała, że jesteśmy silni." - Adrian Stanecki

"Odkładamy wtedy kule, sami siebie nawzajem podtrzymujemy. Stoimy bez kul. Każdy na jednej nodze, bo przecież nie wolno grać z protezą. Tylko bramkarz bez ręki” – mówi Adrian.


W szkole grał z protezą. Nie zdejmował. Pewnie się wtedy wstydził chodzić bez. Ampfutbol dał mu pewność siebie. Dzisiaj może iść w szortach przez miasto, ale woli w długich spodniach, bo nie ma nogi po amputacji i wiadomo, że wszyscy będą patrzeć. Dzieci zawsze pytają „a co się panu stało?” Wtedy podsłuchuje co powiedzą. Rodzice nie wiedzą jak wybrnąć. A powinni podejść i spytać. „Ja chętnie mówię. Chciałbym pokazać to dziecku, żeby to było dla niego naturalne, żeby następnym razem wiedział, że może podejść i zapytać. Czasami ludzie nie wiedzą jak na nas zareagować. Jeśli pytają, mówię: nie odwracajcie wzroku, nie kryjcie się z tym, że macie pytania. To nie jest złe. Pozwala nam się pozbyć kompleksów. Nas w ogóle ciężko nas złamać. Nie wiem co by musiało się wydarzyć, żeby mnie dotknąć. Może nieszczęście bliskich? Ale mnie nie złamie nic. Gdybym miał na wózku usiąść, dałbym radę. Trenujemy więcej niż 99 proc. mieszkańców”.

 

We wczorajszym spotkaniu Polska wygrała z drużyną Kolumbii 1:0. Dzisiaj o 23:00 nasi piłkarze zmierzą się z Kostaryką, a jutro (30.10) z Japonią. Szczegóły na stronie reprezentacji na facebook'u.