Pierwsze spojrzenie: ciekawość. Piotr Głowacki patrzy na mnie z ciekawością i jak się za chwilę okaże – to ciekawość pcha go w coraz to nowe dziedziny. I miejsca, i ludzi, i myśli. Niedawno został wiceprezesem ZASP, który kojarzy mi się ze starością, ale on mówi, że to zadanie prospołeczne. Chwilę przedtem dostał Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego, która jest przyznawana za młodość i świeżość, za rolę w „Dziewczynie z szafy”. O filmie „80 milionów” mówiło się głównie ze względu na jego rolę cynicznego kapitana SB, mimo że zagrała tam plejada gwiazd. Teraz pracuje nad nowym filmem Jerzego Skolimowskiego i głośnym już „Discopolo”. Między innymi. W trakcie rozmowy wypali pół paczki papierosów, kilka razy uśmiechnie się tak, że tego nie zapomnę, i uważnie będzie dobierał słowa. Pokazując mi zdjęcia ze swojego profilu na Instagramie. Lubi to, jak wiele dają mu zmysły. Gdyby miał wybrać jeden, to wybrałby wzrok, choć jego żona (aktorka Agnieszka Głowacka), ma słuch absolutny, co bywa przekleństwem, bo słyszy każdy fałsz. Podczas rozmowy patrzy mi w oczy. I wiem, że jest świadomy każdej chwili.

Lekarz, którego grasz w „Bogach”, ma w sobie nieziemski spokój, nawet kiedy wszyscy wkoło wariują. Twój ksiądz z serialu „Bez tajemnic” chłodno relacjonuje, jak wali mu się świat. To Twój spokój?
PIOTR GŁOWACKI Tym spokojem najbardziej zaskoczyła mnie postać doktora Zembali z „Bogów”. Jest taka scena, kiedy profesor Religa postanawia rozpocząć procedurę przeszczepu serca. Wszyscy w koło krzyczą: „Trzeba go powstrzymać, to szalone!”. A mój bohater stoi w środku tej histerii nieporuszony. Jest spokojny w sytuacji skrajnej. To było dla mnie świetne przeżycie. Bo wtedy pierwsze, co się odzywa w aktorze, to chęć sięgnięcia do dramatycznych emocji, podkręcenia sytuacji. A ja dzięki swojemu bohaterowi byłem spokojny.

Film o profesorze Relidze jest bardzo poruszający, to emocjonująca historia. Dużo kosztowały cię przygotowania?
W Aninie pani Hanna Miller uczyła nas szyć, jak zachowywać się przy stole, i opowiadała przy tym anegdoty z czasów swojej współpracy z profesorem Religą jeszcze w Warszawie. Spędziłem tydzień w klinice w Zabrzu, której szefem jest mój bohater, profesor Marian Zembala. Przyglądałem się pracy całego zespołu, w którym jest również syn profesora, Michał, świetny kardiochirurg. Ma teraz mniej więcej tyle lat, co jego ojciec w czasach, które odtwarzamy w filmie. Słyszałem od wszystkich: chcesz wiedzieć, jaki był profesor, patrz na Michała. To było bardzo inspirujące spotkanie z odważnymi ludźmi, ale i z mocą zawodu. Dużo o nas mówią zawody, które wybieramy albo które nas wybierają.

Dlaczego ciebie wybrał zawód aktora?
W dzieciństwie, co pamiętam bardziej z opowieści świadków, podczas uroczystości rodzinnych zawsze był moment na mój występ, wierszyki, deklamacje. Z kuzynami i koleżankami wystawialiśmy spektakle. Wtedy była to zabawa. Później myślałem o tym zawodzie, że jest to rodzaj bycia hiperczłowiekiem, nie w znaczeniu superbohatera, tylko kogoś, kto doświadcza skrajnych wariantów człowieczeństwa. Teraz zauważam, że wszyscy mamy po kilka ról, inna jesteś jako córka i inna jako dziennikarka. Aktor tylko pogłębia te naturalne praktyki bycia kimś różnym.

A kiedy jesteś najbardziej sobą?
Taki przykład: w dniu ślubu miałem długie włosy i brodę, w stylu hipisowskim. Ślub w tych długich włosach i z brodą brałem w sobotę, a w poniedziałek rano poszedłem do fryzjera, bo przygotowywałem się do nowego filmu. Pod koniec dnia byłem już łysiejącym wąsatym grubaskiem. Aga wyszła za mąż za długowłosego brodacza, a dwa dni później miała w domu łysiejącego grubaska z wąsem. Nie da się pominąć tego, że do roli zmienia się wygląd, on zostaje na co dzień. Moja żona jest cudowna, jest aktorką, rozumie tę konieczność metamorfoz, zresztą wzajemnie cenimy swoje umiejętności. Ja uwielbiam, jak ona gra, ona lubi, jak ja gram, dopingujemy się i jesteśmy siebie ciągle ciekawi. Im bliżej filmu, tym więcej jest we mnie postaci na co dzień. Próbuję ciągle czegoś, wchodzę w sytuacje, zamawiam w restauracji jedzenie, które myślę, że chciałaby zjeść moja postać. Szukam tajemnicy swojego bohatera. Konkretnej myśli, którą ma tylko on.

A jak nie ma, to ją wymyślasz?
Sama się wymyśla. Przychodzi znikąd i trzeba ją tylko schwycić. Pierwszy raz zastosowałem to przy „Odzie do radości” Jana Komasy. Ta tajemnica w ogóle nie musi zostać wyjaśniona ani nawet ujawniona, to jest mój materiał do pracy. Coś dla mnie, o czym nawet reżyser nie wie. To nie musi być nic wielkiego. De Niro mówi, jak zagrać scenę, w której bohater dostaje informację o śmierci kogoś bliskiego. Wykonujesz w głowie serię działań matematycznych.

Mówiłeś, że w dzieciństwie bawiłeś się w teatr. Jakie to było dzieciństwo?
Urodziłem się w Toruniu, ale mieszkałem przez pierwsze lata na wsi, w Redczu Wielkim, przy tamtejszej szkole podstawowej, w której pracowała moja mama, a przez pewien czas również tata...

Uśmiechasz się. Jakieś wspomnienie przyszło Ci do głowy?
Lato. Mieszkaliśmy w bloku. Wieczorami chodziliśmy grupką dzieciaków po mleko do wsi. Wtedy wydawało się to bardzo daleko. Miałem wtedy może siedem lat. To była zawsze niesamowita podróż, piaskową drogą, przez pola, na których rosło żyto, głowami nie wystawaliśmy ponad kłosy. Gospodarze mieli sad, mogliśmy wchodzić na czereśnie i objadać się nimi do syta. Kiedy wracaliśmy, często była już noc, spokojna, jasna, rozświetlona przez księżyc i gwiazdy. W ręku kanka z mlekiem, a nad głową mleczna droga. To jest moje dzieciństwo. Mam w telefonie takie zdjęcie, które oddaje klimat tego wspomnienia. Zrobiłem je niedawno na wiejskim odpuście.