Musisz być mądrą żoną, troskliwą matką, czułą kochanką, podążać za trendami mody, być kreatywna i odpowiedzialna. Odnosić sukcesy. I nie wystarczy macierzyństwo ani robienie kariery. Trzeba przecież realizować pasje! Najlepiej niezwykłe. Taki obraz kobiety kreują media. Doskoczyć do wymagań jest cholernie trudno. Nie da się realizować „misji kobieta” na każdym z tych pól z jednakowym zaangażowaniem. Dlatego borykamy się z poczuciem winy. Kobieta, która daje z siebie wszystko w pracy, myśli, że zaniedbuje rolę matki. I odwrotnie. Kiedy gotuje obiad, zastanawia się nad tym, czy zdąży sprawdzić dzieciom prace domowe. Kiedy to zrobi, przypomina sobie, że nie zadbała o nową, elegancką bieliznę, a przecież kiedy dzieci pójdą w końcu spać, mogliby z mężem mieć ten wspaniały seks, o którym tyle się teraz pisze. Powinna jeszcze dać mu poczuć, jaki jest mądry, wyjątkowy i wspaniały, bo pójdzie do innej, która go bardziej doceni. Mówię „nie”. Nie zgadzam się. Niczego nie muszę. „Mogę” i „chcę”. Tylko co z tego mojego protestu wynika? Mówiłam, że jestem starą panną z dzieckiem i dwoma kotami (doprawdy bawi mnie to określenie i zamierzam je odczarować). I właśnie dlatego redaktor naczelny ELLE Man poprosił mnie o felieton na temat damsko-męskich relacji. Śmiała koncepcja!

Czytaj też: Martyna Wojciechowska, Frida Kahlo i Misty Copeland mają swoje lalki Barbie >>
 
Męskie, kobiece, ludzkie.
Mężczyźni nie dostrzegają presji, w jakiej żyjemy. Może nie przychodzi im do głowy, żeby o tym pomyśleć, bo zajęci są roztrząsaniem zagadnienia, jak trudno im się żyje w sfeminizowanym świecie? Aby ukryć zmieszanie, żartują, że skoro mamy apetyt na wszystkie męskie role, to zostają nam jeszcze górnictwo i rybołówstwo dalekomorskie. A feminizm kończy się, kiedy trzeba wnieść lodówkę na drugie piętro. Ha, ha, ha! Mnie to nie śmieszy. Przejęłyśmy wiele ról tradycyjnie przynależnych mężczyznom także dlatego, że zmusiła nas do tego historia. To kolejne wojny sprawiały, że kobiety musiały nauczyć się samodzielności i przedsiębiorczości. Potrafimy podejmować decyzje i oceniać ryzyko, umiemy wziąć odpowiedzialność. Po każdej historycznej zawierusze przybywało niezależnych kobiet. A kiedy mężczyźni w końcu wracali do domów, chcieli też, żeby wrócił stary porządek. Za późno. Dziś kobiety mówią: „Sprawdzam”.
Potrafimy tyle, co mężczyźni. W wielu dziedzinach umiemy więcej, ale trafiałyśmy w szklany sufit, bo mężczyźni, niezależnie od kultury, w jakiej dorastali, bronią swoich bastionów. Jeśli to tylko możliwe, nie dają nam równych szans. Stary porządek przemija, na budowę nowego dobrej koncepcji brakuje.
Od czego by tu zacząć? Może od uświadomienia sobie, że po kilku tysiącach lat dominacji patriarchalnej kultury nie jest nam łatwo odejść od stereotypowych określeń tego, co kobiece i męskie? Nawoływanie do feminizmu nie wystarczy, bo to pojęcie jest obarczone mnóstwem negatywnych skojarzeń i już na poziomie definicji wzbudza wiele emocji. A przecież dotyczy równych praw niezależnie od płci. Nadanie słowom właściwego znaczenia to pierwszy etap w układaniu na nowo świata między nami. To się mojemu pokoleniu nie uda. Być może nie uda się nawet pokoleniu mojej córki. Ale kiedyś stanie się jasne, że sprawy nie są ani kobiece, ani męskie, ale ludzkie.

Tymczasem kobiety lepiej sobie radzą w nowej rzeczywistości, a mężczyźni są coraz bardziej pogubieni. To dlatego, że gloryfikacja siły, zasadniczego męskiego atrybutu, straciła na znaczeniu.

Tak rozumiana męskość broniła się w czasach, gdy mężczyzna musiał zdobywać jedzenie i strzec rodziny. Kobieta przez dużą część życia była w połogu i potrzebowała troski. Czasy się zmieniły. W krajach rozwiniętych kobiety uzyskały wolność, a idea związków uległa dewaluacji. Kiedyś nasze życie trwało o wiele krócej i składanie ślubów „póki śmierć nas nie rozłączy” zamykało się w innym horyzoncie czasowym. Dziś zdarza się, że siedemdziesięciolatkowie rozwodzą się, tłumacząc, że resztę życia chcą spędzić inaczej i z kimś innym.
Kobiety odnajdują się w nowej sytuacji łatwiej niż mężczyźni. Ale czy są w niej szczęśliwe? Nie zawsze. Na razie cieszymy się zdobytą wolnością. To jak cieszyć się z odzyskanej niepodległości: to moment euforii, ludzie budują nowy kraj i widzą tylko dobre strony rzeczywistości. Ale potem przychodzi mierzyć się z codziennością nowo rodzącej się państwowości. Pojawiają się problemy. Młode demokracje radzą sobie z trudem.

Nie chcę powiedzieć, że kobiety wiedzą, jak teraz powinien wyglądać świat. Ale i nie uzurpują sobie monopolu na wiedzę. To raczej męska domena. Rebecca Solnit opublikowała zbiór esejów pod tytułem „Mężczyźni objaśniają mi świat”. I w tym rzecz.

Mężczyźni mają potrzebę objaśniania świata. A im bardziej czują się niepewni, tym głośniej manifestują swoją wyższość i siłę. Tylko że siła przestała być wartością liczoną w masie bicepsów. Siła to zdolność dostosowania do zmieniających się warunków. A kobiety adaptują się o wiele łatwiej.

Przez lata świat tresował nas do tego, żebyśmy były wyrozumiałe i więcej rozumiały. Warto więc, żeby mężczyźni uświadomili sobie, że siła nie polega na tym, że potrafią udźwignąć zbroję z żelaza, ale na elastyczności.
W czasie akcji górskiej na Nanga Parbat filigranowa Élisabeth Revol (ma niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu) dała radę wejść na szczyt i powrócić, a Tomek Mackiewicz, znacznie od niej silniejszy, na tej górze pozostał. Kilka lat wcześniej Revol miała już podobną sytuację, kiedy z Martinem Minarikiem zdobywała Annapurnę. Jak to możliwe, że krucha kobieta jest w górach skuteczniejsza od silnych mężczyzn? To nie tylko zdolność kobiet do adaptacji. Duża masa męskich mięśni potrzebuje o wiele więcej energii, tlenu, którego w górach szybko zaczyna człowiekowi brakować. Czy to nie jest symboliczne? Podobnie jest z ego. Zabawne, kiedy oglądam relację z Rajdu Dakar i słyszę, że to twarda walka prawdziwych facetów. Robię głośniej, sądząc, że się przesłyszałam. A Jutta Kleinschmidt, która Rajd Dakar wygrała, czy Laia Sanz, która objeżdża większość stawki? Dziesięć lat wcześniej ja też przejechałam Dakar. A że nie wygrałam i żaden to wynik sportowy? Może gdyby mężczyźni przestali prężyć muskuły, dowodzić „kto pierwszy, ten lepszy” i gdybyśmy skończyli z rywalizacją, moglibyśmy pójść o krok dalej?
Prawda jest taka, że nie znam odpowiedzi na pytanie, co zrobić, żeby usprawnić nasze porozumiewanie się. Może wystarczyłoby pozwalać mężczyznom dalej „objaśniać świat”, potakiwać, wysłuchując tych wszystkich oczywistości i gryźć się w język przed powiedzeniem „konkretniej proszę”? Potrafię udawać, że wiem mniej, niż wiem, ale nie chcę już tracić czasu. Chciałabym uniknąć truizmów, ale widocznie się nie da. Byłoby prościej, gdybyśmy potrafili pozbyć się wzajemnych oczekiwań. Spojrzeli na siebie z życzliwością i zrozumieli, z jak wielką presją mierzą się i kobiety, i mężczyźni. I uczyli się od innych, bo przecież „norma” w skali ludzkości nie istnieje. Jest nas siedem miliardów, z czego kultura Zachodu obejmuje zaledwie 16 proc. mieszkańców świata. Dlaczego ten ułamek miałby wiedzieć lepiej od innych, jak żyć, w co wierzyć i jakie relacje są dobre?
 
Poczucie bliskości.
Senji mieszka w Tokio. Ma żonę i dwoje dorosłych dzieci, ale kilka lat temu zamieszkał sam. Niedługo potem wprowadziła się do niego blondwłosa Sayori. Żona nie jest zazdrosna, syn popiera „pasję” ojca. Sayori sprawia, że kolacja smakuje lepiej, wspólnie oglądają filmy, nawet śmieją się w tych samych momentach. Podróżują, byli na nartach, na zdjęciach z ferii wyglądają na szczęśliwych. Czasem jadą za miasto do hotelu miłości, bo w japońskich blokach ściany cienkie jak papier, a chcieliby poszaleć. Przez pierwsze półtora roku związku nie uprawiali seksu i dopiero na pikniku w drewnianej chatce z kominkiem puściły hamulce. Sayori waży 45 kg, jest zgrabna i nigdy się nie zestarzeje. Kosztowała niewiele ponad 30 tys. złotych. Jest lalką, choć Senji nigdy by tak o niej nie powiedział. Mówi za to uśmiechem, że chodzi mu o poczucie bliskości i akceptacji. Potrzebuje kobiety, która obdarzy go bezgranicznym zaufaniem, nie będzie krytykować ani wytykać mu błędów. Będzie go podziwiać. I żeby się nie zmieniała. Marzył więc o tym, o czym większość mężczyzn. Że zboczeniec i wariat? Może po prostu w swojej frustracji poszedł dalej niż inni? Już 20 tys. Japończyków żyje w takich relacjach.
Od kobiet coraz częściej słyszę, że chciałyby mieszkać we wspólnych domach, a z mężczyznami tylko randkować, flirtować. Z tym zjawiskiem spotkałam się wcześniej w Tanzanii. Okazało się, że łatwiej było zrealizować reportaż o polowaniach na ludzi i drastycznych praktykach czarnej magii niż o tzw. domach kobiet, bo to największe tabu. Naszą ekipę zatrzymywano do wyjaśnień, nie pozwolono na spotkania, skończyło się na interwencji na poziomie ministerialnym. Homoseksualizm wśród mężczyzn jest zakazany i grozi za niego więzienie lub samosąd. Ale tu przecież chodzi o wspólne życie kobiet bez jakiegokolwiek seksualnego kontekstu (obie mogą prowadzić niezależne życie erotyczne). Wdowy albo samotne matki mieszkają razem, żeby sobie pomagać, wspierać się, wspólnie wychowywać dzieci. W sumie to doskonałe rozwiązanie, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę dzieci do wychowania w Afryce. Tanzańscy decydenci nie pozwolili, żebym o tym opowiedziała. Dlaczego? Może też obawiają się pytania, czy mężczyźni są potrzebni? Pokazanie, kto tu rządzi, to dowód słabości. Przecież najgłośniej zawsze szczeka ten pies, który się najbardziej boi.
Z kolei w południowych Chinach to kobiety decydują o wszystkim. Mężczyzna stuka późnym wieczorem do drzwi „kwiatowej komnaty”, a panna decyduje, czy go wpuścić. On musi wyjść przed wschodem słońca, żeby nikt go nie zobaczył. Dzieci z takich relacji wychowuje rodzina kobiety – babcia, matka, siostry. Mężczyznami w ich życiu będą jej bracia. Nie ma biologicznego ojcostwa. W języku grupy etnicznej Mosuo nie ma nawet słów „mąż” czy „ojciec”, bo nie istnieją takie role społeczne. Choć zaskakująco wiele kobiet Mosuo tworzy stałe związki (co prawda tylko na noce), wciąż podkreślają, że to wybór daje im poczucie bezpieczeństwa. Mosuo to stara kultura. Dowód na to, jak różne mogą być wzory relacji między kobietami i mężczyznami. Dziś kultury się mieszają, a normy – zmieniają, przenikają, wpływają na siebie. Zajrzyjmy jeszcze do Nepalu, gdzie zgodnie ze zwyczajami plemienia Lama kobieta może mieć dwóch, pięciu a nawet siedmiu mężów w tym samym czasie i są oni rodzonymi braćmi. Kiedy Tsepal, jedna z bohaterek programu „Kobieta na krańcu świata”, usłyszała o naszych modelach damsko-męskich relacji, wykrzyknęła: „Ależ wam musi być ciężko! Jak wasze kobiety dają sobie radę?!

Martyna, ty jedź do tego swojego kraju i powiedz, że jak się ma kilku mężów i sprawiedliwie im rozdzieli obowiązki, to wtedy życie jest łatwiejsze i dużo lepsze!”.

Może więc zanim niektóre kultury skutecznie wpłyną na naszą, to spróbujmy się jednak dogadać, co?