Ledwo Pan żyje?
Marcin Dorociński: Mam za sobą gęsty czas. Ale mnie granie rajcuje. Już zapomniałem o zmęczeniu. Po „Moich córkach krowach” Kingi Dębskiej i serialu „Pakt” chciałem sobie zrobić dwa miesiące wakacji. Nie wyszło. Rzuciłem się w kolejną przygodę: „Anthropoid”. Bo aktorstwo to jest odpał, przewodzisz emocje jak prąd elektryczny. Jestem wdzięczny losowi, że wykonuję najfajniejszy zawód, jaki można wymyślić. I że wciąż zachowuję świeżość, umiem się dziwić, a wychodząc na plan, myślę „wow”.

Warto było zrezygnować z urlopu dla spotkania z Cillianem Murphym i Jamiem Dormanem w „Anthropoidzie”?
Pewnie. To było megawyzwanie. Przecastingowano do tej roli 50 osób, tuż przed zdjęciami zrezygnowano z innego aktora.
Pojechałem skoncentrowany i przygotowany, a na próbie i tak czułem się jak na egzaminie do szkoły. Kiedy wypowiedziałem – z głowy, a nie z kartki – siedem stron tekstu w nieswoim języku, byłem z siebie szczerze zadowolony. Dałem radę.

A miesiąc wcześniej grał Pan w RPA.
W sześcioodcinkowym serialu „Cape Town”. Węgier Peter Ladkani zobaczył mnie w małej rólce w niemieckim filmie. Powiedział do swojej polskiej dziewczyny: „Ciekawy gość”. A ona wiedziała, kim jestem. I poszło. Pojechałem do Afryki Południowej, na planie sami obcokrajowcy i ja. Czułem się jak reprezentant kadry narodowej, nie mogłem narobić obciachu.

Pan nie robi obciachu. W mediach mówi Pan o rodzinie, potrzebie spokoju, szacunku dla pracy. Naprawdę nigdy nie łaknie Pan szaleństwa?
Łaknę. Ale dla mnie zaszaleć to wsiąść po ciężkim dniu do samochodu, przejechać się z otwartymi szybami, słuchając głośno muzyki, i wrócić do domu. Albo pojechać na działkę, napić się whisky z colą, odpocząć, nie myśleć. Naprawdę jestem szczęśliwy, kiedy jest spokojnie. Nie muszę krzyczeć. Ja szaleję w pracy. W materiale, który dostaję, staram się dać maksimum tego, co można.

Każdą rolę traktuje Pan bardzo poważnie.
Dzisiaj zapominamy, jak trudno jest nakręcić film, zagrać w nim, zaśpiewać piosenkę. Ile trzeba z siebie dać. Szybko klikamy i wydajemy opinie: „lubię”, „nie lubię”. Ja nie lubię, gdy mówi się o aktorach „odtwórcy ról”. Bo to jest twórczy zawód. W swoich kolejnych bohaterów wkładam własne życie: doświadczenia, wybory, dorastanie jako aktora, męża, ojca. Swoje emocje, energię, wysiłek. Ale nie narzekam. Czasem tylko bolą mnie plecy. I kolana, ale to od piłki. To zresztą nie przeszkadza obserwować świata.

Jest Pan chyba uważny na innych?
Tak zostałem wychowany. Kręcą mnie spotkania z różnymi ludźmi. Na planie podziwiam pracę scenografów, kostiumografów, którzy ledwo zauważalnymi szczegółami potrafią wywindować film o klasę wyżej albo pomóc aktorowi w wejściu w rolę. A później jadę na spotkanie z widzami, jak ostatnio do Białegostoku na pokaz „Jacka Stronga”. To wspaniałe. Pełna sala, ludzie zostają kolejne dwie godziny, żeby rozmawiać. Nie pytają, ile mam wzrostu i samochodów, tylko dyskutują o filmie, o Kuklińskim. Nie umiem później wyjechać, żeby nie zrobić sobie zdjęcia z każdym, kto tego chce. O swoim szczęściu też opowiadam na takich spotkaniach, po to żeby upewnić innych, że każdy może robić coś, z czego będzie dumny. Sam przeszedłem długą drogę: pochodzę z małej miejscowości i zawsze byłem cholernie nieśmiały.