Anthony Vaccarello nie znosi kompromisów. Chociaż od razu po ukończeniu szkoły trafił do zespołu projektantów Fendi dowodzonego przez Karla Lagerfelda, porzucił tę posadę, by pracować na własne nazwisko. Dziś jego charakterystyczne kreacje z seksownymi wycięciami, zdobione blaszkami i zamkami, prosto z wybiegów trafiają na okładki najbardziej prestiżowych magazynów o modzie i na wystawy Colette i 10 Corso Como, najgorętszych butików na świecie. Wychowany w Belgii Włoch jak nikt inny łączy seksapil z precyzyjną, minimalistyczną konstrukcją. I chociaż jest najbardziej rozrywaną osobą świata mody, pozostaje skromny, nieśmiały, szalenie uprzejmy. W podartych dżinsach i skórzanej kurtce wygląda jak zadziorny chłopiec. Gdy pozuje do zdjęć do ELLE, pyta przejęty: „Jak to wychodzi? Wiecie, nie jestem raczej typem modela”. „To lepiej zacznij być. To cena sławy!” – mówi mu Anja Rubik. Jego najlepsza przyjaciółka, recenzentka, inspiracja. To na jej zaproszenie przyjechał do Warszawy.

To Twoja pierwsza wizyta w Polsce. Jak Ci się tu podoba?
ANTHONY VACCARELLO Bardzo. Wczoraj Anja zabrała mnie na operę Marcina Stańczyka „Solarize”. Niesamowity spektakl! Bardzo dziwny, mroczny, który zmusza do myślenia. Lubię trudną sztukę, która inspiruje. W Polsce podoba mi się atmosfera. Jest tu bardzo nostalgicznie i nastrojowo. Podoba mi się architektura. Nie zawsze piękna, ale bardzo intrygująca. W tym otoczeniu młodzi ludzie odnajdują bardzo pozytywnego ducha.

Przyjechałeś na zaproszenie Anji Rubik, żeby wystąpić w programie "Project Runway". Telewizja to dla Ciebie zupełnie nowe doświadczenie.
Byłem dość zestresowany. Tego dnia pierwszy raz występowałem w telewizji na żywo w programie „Dzień dobry TVN”. „Project Runway” był dla mnie zaskoczeniem. Nagrania trwały bardzo długo, obrady były burzliwe. Fantastycznie widzieć młodych debiutantów z tak wielką pasją. Najbardziej zainteresowała mnie kolekcja Macieja Sieradzkiego. Widać, że to chłopak z pomysłami i otwartą głową. Przyznam, że obawiałem się występu w tym show, ale Anji Rubik po prostu się nie odmawia...

Ona bardzo pomogła Ci w karierze.
To prawda. To dość niezwykłe, bo wcześniej Anja była dla mnie nieosiągalną ikoną. Podziwiałem jej zdjęcia w magazynach od czasów szkoły i nigdy bym nie pomyślał, że mogłaby nosić moje kreacje. Poznaliśmy się przez przyjaciela, który zaprosił ją do mojego studia. Byłem tak oszołomiony tym, jak piękna jest na żywo, że nie mogłem normalnie rozmawiać. Później ubierałem ją na galę Met. Wymienialiśmy setki e-maili, powoli zostaliśmy przyjaciółmi.

Jest Twoją muzą?
Gdy słyszę słowo „muza”, myślę o zmarłych... Więc może lepiej nazwać ją moją najlepszą doradczynią. Dzielę się z nią pomysłami, proszę ją o opinie. Anja zawsze jest szczera, czasem powie, że coś jej się nie podoba. To dla mnie znacznie cenniejsze niż pochwały.

Dla projektanta słuchanie krytyki musi być bardzo trudne.
Jestem nietypowym projektantem, bo zawsze jestem otwarty na krytykę. Ona pozwala mi się rozwijać.

Czego się nauczyłeś, pracując w zespole projektantów Fendi?
To było tuż po studiach. Wygrałem konkurs Hyères Fashion Competition dla młodych projektantów. Po kilku tygodniach dostałem telefon z propozycją pracy. Nie mam pojęcia, skąd mieli mój numer. Dzięki Fendi zrozumiałem, jak funkcjonuje prawdziwy dom mody. Że biznes jest równie ważny jak kreatywność.

Projektanci zwykle pracują latami dla innych marek, zanim otworzą własną firmę. Ty zacząłeś projektować pod swoim nazwiskiem szybko, zaledwie po czterech latach w Fendi. Dlaczego?
W Fendi czułem się zbyt komfortowo. Zarabiałem dużo, podróżowałem, żyłem na dobrym poziomie. Nie chciałem, by już zawsze tak było. Nie chciałem się zestarzeć w świecie komfortu. Lubię stawiać przed sobą wyzwania. Pomyślałem, że jeśli się nie uda, to przynajmniej nie będę miał do siebie żalu, że nie spróbowałem.

Błyskawicznie osiągnąłeś sukces.
Moimi pierwszymi fankami były modelki, Anja i Karlie Kloss. Myślę, żemodelki lubią moje projekty, bo staram się eksponować sylwetkę w dość nowatorski sposób. Nie chodzi w nich o zmysłowość, tylko o konstrukcję.