Reklama

Są takie filmy, które ogląda się z ironicznym uśmiechem. I są takie, przy których po godzinie orientujemy się, że jednak kibicujemy bohaterom bardziej, niż chcielibyśmy przyznać. Komedie romantyczne bywają przewidywalne, melodramaty - zbyt intensywne, a jednak wracamy do nich w momentach, kiedy potrzebujemy przypomnienia, że miłość (ta wielka, dramatyczna, trochę nierozsądna) wciąż ma sens.

Właśnie w tę tęsknotę idealnie trafia „Ostatni list od kochanka”, dostępny na Netflix od listopada 2025 roku. I choć film nie jest nowością, dopiero teraz widzowie zaczynają odkrywać go na nowo - i wynoszą do rangi polecanych. Dziwię się, że tak późno, ale lepiej późno niż wcale.

„Ostatni list od kochanka” - wzruszająca komedia romantyczna na Netflix

Ostatni list od kochanka
mat. prasowe

Reżyserka Augustine Frizzell (znana m.in. z pracy przy „Euforii”) sięgnęła po bestseller Jojo Moyes i stworzyła opowieść rozgrywającą się w dwóch planach czasowych.

Współcześnie poznajemy Ellie (Felicity Jones) - londyńską dziennikarkę, która po kolejnym nieudanym romansie znajduje w archiwach redakcji stare listy miłosne. Nadawcą jest dziennikarz Anthony O’Hare (Callum Turner), adresatką - tajemnicza „J.”. Zaintrygowana Ellie postanawia odkryć historię tej zakazanej miłości. Pomaga jej archiwista Rory (Nabhaan Rizwan). I oczywiście - jak to w romansach bywa - śledztwo szybko zaczyna dotyczyć również jej własnego serca.

Drugi plan przenosi nas do 1965 roku, na rozgrzaną słońcem Riwierę Francuską. Tam Jennifer (Shailene Woodley), żona bogatego przemysłowca (Joe Alwyn), zakochuje się w korespondencie zagranicznym. Ich romans jest zakazany, namiętny i - co najważniejsze - opowiedziany z elegancją dawnych czasów. Są spojrzenia zamiast SMS-ów. Listy zamiast powiadomień. I uczucie, które wydaje się silniejsze niż rozsądek.

Siła tej romantycznej komedii tkwi w listach

Ostatni list od kochanka
mat. prasowe

To właśnie epistolografia jest sercem tej historii. Anthony pisze do ukochanej z czułością, ale bez przesady. Z żarem, ale bez taniego patosu. W świecie, w którym miłosne wyznania mieszczą się w trzech emoji - wysłanych między jednym deadlinem, a drugim, te listy brzmią jak coś niemal luksusowego.

Film subtelnie podpowiada: może problem nie w tym, że dziś nie ma wielkiej miłości. Może po prostu przestaliśmy ją tak pięknie opisywać.

Najmocniejszy punkt? Lata 60.

Ostatni list od kochanka
mat. prasowe

Choć historia Ellie i Rory’ego jest sympatyczna, to właśnie wątek Jennifer i Anthony’ego hipnotyzuje najmocniej. Stylizacje inspirowane Jackie Kennedy, słońce nad Lazurowym Wybrzeżem (które na ekranie „gra” Majorka), elegancka muzyka i nienachalna chemia między aktorami sprawiają, że ten romans ma w sobie coś z dawnych melodramatów - w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Miłość jest tu dramatyczna, absolutna i trochę nierozsądna. Taka, którą oglądamy z westchnieniem i lekką zazdrością.

Czy to film bez wad? Nie. Czy działa? Zdecydowanie.

Ostatni list od kochanka
mat. prasowe

„Ostatni list od kochanka” nie próbuje rewolucjonizować gatunku. To klasyczny melodramat - z przewidywalnymi zwrotami akcji i wyraźnie zarysowanym antagonistą. Ale właśnie w tej klasyczności tkwi jego siła. Film nie udaje cynicznego. Nie mruga okiem. Bierze miłość na serio.

I może nie sprawi, że wszyscy sceptycy znów uwierzą w przeznaczenie. Ale na niemal dwie godziny pozwala zanurzyć się w świecie, w którym uczucie jest najważniejsze. A czasem to wystarczy. Bo nawet jeśli nie piszemy już listów - nadal chcemy, by ktoś napisał je do nas.

Reklama
Reklama
Reklama