Reklama

Drugi sezon „Klangoru” to nie klasyczna kontynuacja, a raczej świadomy reset. Twórcy nie próbują powtórzyć sukcesu pierwszej odsłony – zamiast tego przepisują serial na nowo, zmieniając perspektywę, bohaterów i punkt ciężkości całej opowieści. To nadal mroczny dramat osadzony w Świnoujściu, ale tym razem znacznie bardziej skupiony na psychologii postaci niż na samej intrydze kryminalnej. Drugi sezon jest dojrzalszy, bardziej intymny i – w moim odczuciu – emocjonalnie trudniejszy.

Od 9 stycznia mogliśmy oglądać kolejne odcinki w streamingu, a finał trafił do CANAL+ 20 lutego, domykając opowieść, która od początku zapowiadała się jako coś więcej niż zwykła kontynuacja.

W tym artykule:

  1. Nowy „Klangor” – manifest kobiecej siły i determinacji
  2. „Klangor” 2 zostawia widza z odpowiedzią, ale i niepokojem
  3. Czy warto obejrzeć sezon 2. „Klangoru”?

Nowy „Klangor” – manifest kobiecej siły i determinacji

Drugi sezon „Klangoru” oglądałam z dużą ciekawością – i nie ukrywam, że też z obawą. Decyzja o zamknięciu wątku Rafała Wejmana (Arkadiusz Jakubik) to ruch odważny, wręcz ryzykowny. To w końcu jedna z twarzy pierwszej odsłony. I choć początkowo miałam wrażenie, że to pustka trudna do wypełnienia, szybko okazało się, że twórcy mieli na ten sezon zupełnie inny, bardzo konsekwentny pomysł.

Na pierwszy plan wysuwają się kobiety – i to one niosą ten sezon emocjonalnie. Małgorzata Gorol i Magdalena Czerwińska tworzą role gęste, nieoczywiste i momentami niewygodne. Świnoujście znów jest duszne, zamknięte, pełne niedopowiedzeń, ale tym razem to opowieść o macierzyństwie i rodzinnej lojalności wybrzmiewa najmocniej.

Formuła antologii sprawia, że drugi sezon ogląda się jak zupełnie nową historię. Łączy je miejsce, ale ton jest bardziej psychologiczny, mniej sensacyjny, a bardziej emocjonalny. Osiem odcinków buduje napięcie powoli, momentami wręcz boleśnie. Śledztwo jest ważne, ale to nie ono najbardziej mnie wciągnęło. Najbardziej angażujące są relacje – kruche, popękane, podszyte pretensją i strachem.

„Klangor” 2 zostawia widza z odpowiedzią, ale i niepokojem

„Klangor” najmocniej działa tam, gdzie nie daje łatwych odpowiedzi: moralna niejednoznaczność bohaterów to jego fundament. Nie ma czystych intencji ani jednoznacznych winnych. Każda decyzja jest podszyta lękiem, desperacją albo źle pojętą troską.

Idealnym odzwierciedleniem klimatu fabuły jest m.in. Heleny Zdun (Małgorzata Gorol) i Jakuba Bojko (Piotr Trojan). Oglądając ich, miałam wrażenie, że balansują na granicy – między dobrem a egoizmem, między próbą naprawy a kolejnym błędem. I właśnie ta cienka linia czyni ich tak wiarygodnymi. Wątek poszukiwania Wiki staje się katalizatorem – z każdym odcinkiem odkrywa kolejne warstwy tajemnic i hipokryzji. Atmosfera gęstnieje, a odpowiedzi – gdy w końcu się pojawiają – nie przynoszą ukojenia.

Finałowy odcinek „Klangoru” domknął historię w sposób... jednocześnie niepokojący i kojący. Nie poczułam katharsis. Zostałam raczej z ciężarem decyzji bohaterów i poczuciem, że w tym świecie nie ma wygranych – są tylko ci, którzy ponoszą mniejsze lub większe konsekwencje.

Czy warto obejrzeć sezon 2. „Klangoru”?

Bałam się, że radykalna zmiana obsady i kierunku fabularnego odbierze „Klangorowi” charakter. Stało się odwrotnie. Mroczny klimat pozostał – w zdjęciach, w muzyce, w ciszy między dialogami. Tytuł nadal operuje półtonami i niedopowiedzeniem. Nie tłumaczy wszystkiego, nie prowadzi widza za rękę.

Pierwszy sezon przyciągał średnio 71 tys. widzów (dane Nielsen Media), a drugi – sądząc po emocjach wokół premiery – ma szansę powtórzyć ten wynik. I rozumiem dlaczego. To serial, który wymaga uważności. Wszystkie odcinki są dostępne w CANAL+, co sprzyja binge’owaniu – choć paradoksalnie uważam, że... najlepiej smakują dawkowane powoli.

Klangor sezon 2
mat. prasowe mat. prasowe
Reklama
Reklama
Reklama