Dzień zaczynam od szczotkowania ciała. Robię to rano i wieczorem, by złuszczyć skórę i pobudzić krążenie. Potem olejek czy masło świetnie się wchłania. Jestem fanką masaży. Chodzę na mauri, lomi-lomi i te energetyczne, z misami tybetańskimi, których dźwięk ma działanie lecznicze i kojące. Korzystam też z pomocy osteopatów. Przynosi mi to ulgę, gdy mam bóle kręgosłupa. Regularnie jestem u dermatologa albo kosmetyczki na mikronakłuwaniu rollerem i pilingu. Lubię migdałowy, pirogronowy, z kwasami owocowymi – rozjaśniają i wygładzają skórę. Ale nie przesadzam ze środkami do pielęgnacji. Wierzę, że ich nadmiar szkodzi. Od kilku lat do twarzy, ciała i włosów stosuję tylko kosmetyki Phenomé. Moje ukochane produkty to: krem przeciwzmarszczkowy Rejuvenating, masło z olejem z migdałów, szampony i maska regenerująca. Rano i wieczorem oczyszczam twarz wodą micelarną. Potem przemywam ją przegotowaną wodą. Wieczorem trzy razy w tygodniu robię piling, np. cukrowy Multi Active, który – gdy cukier się rozpuści – zmienia się w maskę. Zostawiam go na kwadrans, zmywam i wklepuję krem. Ten sam pod oczy i na twarz. Jeśli chodzi o makijaż, używam bazy Nude by Nature i pudru w kamieniu Estée Lauder. Tuszuję rzęsy, kładę trochę różu na policzki, pomadkę ochronną na usta i jestem gotowa. Kolorowe szminki zostawiam na wyjście. Na co dzień kolor lubię na paznokciach. Moim odkryciem są lakiery z linii Green marki Mancurist z batatu i kukurydzy, supertrwałe. Przywiozłam je z targów kosmetycznych w Hongkongu. Nie eksperymentuję z perfumami. Pierwszy zapach, który kupiłam, to była woda Laura Biagiotti, lekko słodka, orientalna. Dziś byłaby dla mnie za ciężka. Lubię za to kadzidlane nuty i aromatyczne świece. Te ostatnie mam w całym domu.

Wysłuchała Marta Krupińska