Bezkresne plaże z piaskiem drobnym jak nasza mąka krupczatka. Białe, kontrastują z turkusową, szafirową czy granatową wodą, zmieniającą się w zależności od pory dnia, przypływu i pogody. Plaże w sąsiedztwie hoteli są ruchliwym miejscem, można tu kupić muszle, kolorowe pareo, biżuterię… zafundować sobie fantazyjny tatuaż z henny czy afrykańską fryzurę. Tędy wędrują Masajowie w tradycyjnych strojach. Kobiety owinięte w kolorowe kangi (chusty) siedzą gromadnie lub okrążają upatrzoną, chętną do rozmów osobę i próbują w suahili zachęcić ją do zakupów. Wzdłuż plaży, w sąsiedztwie biednych osad, w palmowych gajach kryją się luksusowe ośrodki, wille i pensjonaty.

Pod flagą Biało-Czerwoną

Nasz hotel położony jest kilometr na południe od wioski Pwani Mchangani. Ruszamy w tamtym kierunku już pierwszego dnia. Maszerujemy plażą. Nagle parę metrów od brzegu dostrzegamy łódź z powiewającą nad nią biało-czerwoną flagą! Tutaj? Kierujemy się więc do ośrodka naprzeciwko – Garden Palms. To 11 pokoi w bungalowach, basen, centrum nurkowe i restauracja, które od września 2010 roku prowadzą Polacy, Ania i Artur. On pierwszy raz na Zanzibar trafił w 2008 roku. Rok później był już właścicielem działki. Dojechała Ania, żona. O niczym nie mieli pojęcia – co to budowa, plany, projekty. Żadnych maszyn, robili wszystko ręcznie, ale trafili na wspaniałych ludzi, prawie cała obecna obsługa budowała ośrodek razem z nimi. Dzięki temu witają się dziś między sobą po polsku, a Deo, Masaj, nawet potrafi opowiedzieć turystom o swoich wyprawach na Kilimandżaro. Restauracyjne menu wymyślone przez Anię i lokalnego kucharza Machiano znane jest w całej okolicy. Szczególnym powodzeniem wśród turystów cieszy się jej carpaccio z ośmiornicy.

Nazajutrz wyruszamy z Anią i Arturem w kierunku zachodniego brzegu wyspy. Korzystamy z okazji, bo mają korzystniejsze ceny, niż oferuje nasz hotel. W busie spotykamy następnych Polaków – Ewę i Marcina, którzy zatrzymali się w Garden Palms.