W Polsce mam dostęp do najlepszych fryzjerów, dermatologów, manikiurzystek – jako dziennikarka urodowa dokładnie znam mapę gabinetów i salonów. Ale Azja to dla mnie nieznane kosmetycznie terytorium. Przez rok, który planuję tu spędzić, z pewnością poznam je od podszewki na własnej skórze. Pierwszy przystanek: Chiang Mai na północy Tajlandii. Po kilku tygodniach w drodze moje stopy błagają o pedikiur. Salony ze zdjęciami akrylowych tipsów, wciśnięte między budki z pad thai, nie zachęcają jednak do odwiedzin. Może lakier na stopach jeszcze trochę wytrzyma? Skutecznie kuszą za to salony masażu. „Tajski” kosztuje tu tyle, co duże cappuccino w Starbucksie! Przez miesiąc pobytu w Chiang Mai chodzę na masaż prawie codziennie. Relaks nie zawsze należy do kategorii „luksus”. Prawdę mówiąc – raczej rzadko. Niska cena zmusza do kompromisów. Zmasowany atak komarów w salonie, klimatyzacja zionąca pleśnią, podejrzany olejek kokosowy, materac, który nigdy nie widział proszku do prania – to tylko kilka z niespodzianek.

Zabiegi kosmetyczne i masaże w Tajlandii

Po przeprowadzce na wyspę Phangan na południu Tajlandii zmieniam strategię. Rezerwuję wizytę w najlepszym salonie w okolicy. Masażystki w idealnie skrojonych uniformach, herbata imbirowa na dzień dobry, nowoczesne wnętrze – zapowiada się nieźle. O umówionej godzinie zostaję zaprowadzona do kameralnej sali dla par. Dzisiaj tylko dla mnie! Miła odmiana po ekonomicznych spa, w których łóżka są pooddzielane tylko zasłonkami. Masaż jest perfekcyjny. Mocny, ale nie za bardzo. Idealnie relaksujący. Ekspresowo wprowadza mnie w stan zen na… całe 10 minut. Okazuje się, że w Tajlandii nic się nie marnuje. Zwłaszcza przestrzeń. Słyszę dźwięk otwieranych drzwi, podnoszę wzrok i… zamieram. Na drugie łóżko, znajdujące się w odległości 10 cm od mojego nosa, zostaje zaproszona kolejna klientka. To strefa intymności, którą mogę dzielić co najwyżej z przyjaciółką czy partnerem! Zamiast protestować, leżę w szoku, cała zesztywniała. Moja nowa współtowarzyszka, wyraźnie skrępowana, też nie oponuje. Gdyby tego było mało, nasza sala ma otwartą przestrzeń między ścianą i sufitem. Staje się to sporym minusem, gdy jeden z klientów z sąsiedniej sali odpływa i zaczyna głośno chrapać. W milczeniu odliczam czas do końca masażu, układając w głowie zjadliwą recenzję, którą wysmaruję im na Foursquare.

Przez kolejny miesiąc funduję sobie detoks od zabiegów kosmetycznych. Do czasu, gdy ląduję na Bali. Na Instastories mieszkającej tu znanej blogerki Lauren Bullen, którą śledzą dwa miliony osób, odkrywam Jet Black Ginger. Supernowoczesny salon z designerskim wnętrzem, znajdujący się w mekce balijskich hipsterów, Canggu. Na szóstkę robią tu pedikiur i manikiur. Postanawiam pójść krok dalej i pozbyć się odrostu, który pochłonął już połowę moich perłowych do niedawna włosów. 

Fryzjer w Azji

Trudności zaczynają się już na wejściu. Mam do wyboru dwie opcje – pasemka na połowie głowy albo w wersji trzy czwarte. Nie mam pojęcia, o co chodzi. Tłumaczenie idzie kiepsko. Losuję połowę, zakładając, że chodzi o  rzadsze refleksy. Błąd. Okazuje się, że tył głowy pozostaje nietknięty. Gdy fryzjerka pyta, czy nałożyć toner, puls lekko mi skacze. Jestem przyzwyczajona, że mówię, jaki chcę efekt, a fryzjer robi, co trzeba, żeby go osiągnąć. To nie restauracja samoobsługowa, w której sama komponuję sobie sałatkę. Zresztą toner okazuje się zwykłym fioletowym szamponem. Mój nastrój spada do zera. A po pytaniu, o ile cali podciąć mi włosy, marzę o teleportacji do Warszawy lub innego kraju ze znanym mi systemem metrycznym. W końcu ustalamy, że o trzy centymetry i na prosto. Po czterech godzinach wychodzę z niezłym, ale nie szałowym efektem. Za mocno zestresowana i lżejsza o 550 zł.

Zabiegi kosmetyczne w Malezji

Kolejny kosmetyczny przystanek – Malezja. Bogaty jak na Azję kraj, jednak higiena nie jest w nim priorytetem, o czym szybko i boleśnie się przekonuję. Na szczęście znajduję salon mani-pedi, który ma być supersterylny. W zeszłym roku został okrzyknięty przez jeden z czołowych magazynów kobiecych najlepszym miejscem na paznokcie w Kuala Lumpur. Jak większość luksusowych klinik czy salonów w Azji znajduje się w centrum handlowym. W tym wypadku w największym w Malezji Suria KLCC, przyklejonym do słynnych wież Petronas. Wejście wygląda obiecująco. Designerskie stanowiska do manikiuru z karteczkami „świeżo wysterylizowane”, nastrojowe, przygaszone światło, duży wybór lakierów. Wszystko jak trzeba. Czar pryska, gdy zostaję zaproszona do stanowiska pedikiuru w pomieszczeniu obok. Jak za dotknięciem magicznej różdżki z bajkowego spa przenoszę się na podejrzane, ciemne zaplecze. Robi się jeszcze dziwniej, gdy manikiurzystka zakłada mi na kark podgrzewaną poduszkę podróżną i wręcza menu z napojami. Jeden darmowy ma być w cenie mojej usługi. To wszystko sprawia, że zaczynam czuć się nie jak na paznokciach, lecz w samolocie. Niestety, raczej tych tańszych linii, biorąc pod uwagę gigantycznego grzyba, którego właśnie dostrzegam na suficie. Sam pedikiur i manikiur trwają wieki, a lakier po powrocie do domu się rozmazuje.
Niezrażona tym doświadczeniem, kolejnego dnia decyduję się na brwi. Wybieram pewne rozwiązanie – stoisko jednej z najbardziej znanych marek od brwi w luksusowym centrum Pavilion. Siadam pewnie w fotelu. Choć młoda Chinka, która mnie obsługuje, słabo mówi po angielsku, jestem pewna, że się rozumiemy – chcę mocny kolor, przyciąć włoski i  ewentualnie usunąć pojedyncze, które rosną daleko poza linią. Zero regulacji. Czysta kosmetyka. Wszystko idzie dobrze do czasu, gdy po ściągnięciu wosku z jednej strony czuję ból. Po spojrzeniu w lusterko moje obawy się potwierdzają – jedna brew podniosła się o kilka milimetrów i schudła o połowę. Całe trzy rzędy włosków zostały poddane egzekucji. Wyglądam idiotycznie! Kosmetyczka tłumaczy, że chciała wyrównać asymetrię i wręcza mi rachunek. Pierwszy raz w podróży nie wytrzymuję. Nie zapłacę za to ani ringgita! Po konsultacji z menedżerem rachunek redukuje się do kosztu henny. Czuję wewnętrzny sprzeciw, ale nie znam prawa konsumenckiego w Malezji. Czuję, że dalszy spór może się skończyć interwencją policji, a ja mam za kilka godzin samolot do Korei. Odpuszczam i płacę, choć gotuję się z wściekłości.

Manicure w Seulu

Dzień później ląduję w Seulu. To kosmetyczne eldorado! Najlepsze na świecie maski, ampułki, kremy kosztują tu grosze. Korea słynie też z genialnych zabiegów. Tylko klasycznego, prostego manikiuru ze świeczką tu szukać. Jest za to wersja na bogato – z foliami, naklejkami, kamieniami – jaką noszą teraz koreańskie gwiazdy. Koszt – 100 dolarów. Marzy mi się botoks, bo po kilku miesiącach na słońcu kurze łapki wyglądają jak kratery, ale ciągnąca się infekcja zatok go przekreśla. 

Pora za to odświeżyć kolor włosów. Na Instagramie odkrywam Arkadiego Kima. To pochodzący z Uzbekistanu miejscowy Guy Tang, mistrz farbowania w kolorach tęczy, którego kochają ekspatki. Jako jeden z nielicznych w Seulu wie, jak pracować z ich włosami. Blond lub brązowe są dużo cieńsze z natury niż azjatyckie, dużo łatwiej je spalić rozjaśnianiem. Po konsultacjach na Face­booku umawiamy się za dwa tygodnie. Po wyjściu z metra w zakupowej dzielnicy Dong­daemun trochę błądzę, aż w końcu ląduję… w piwnicy. Jest tu jakiś salon, ale wygląda bardziej jak lokal z podziemi warszawskiego Dworca Centralnego przed remontem niż miejsce kreatywnej stylizacji włosów. Plakaty przy wejściu namawiają do przedłużenia rzęs, tipsów z cyrkoniami, a nawet zabiegów medycyny estetycznej. Szyld niestety się zgadza… Przez sekundę rozważam ucieczkę, ale dzielnie pociągam za klamkę. Arkadiy wita mnie w progu, jest supermiły, dobrze mówi po angielsku. Salon nie jest jednak oazą luksusu. Podłogę i półki przykrywają ścięte włosy we wszystkich kolorach świata i poplamione ręczniki. Co tu ukrywać – jest brzydko i dość brudno. Dziewczyna na fotelu obok ma jednak obłędnie ufarbowane włosy. To mnie uspokaja. Cztery godziny później mój kolor też jest perfekcyjny i bardzo naturalny. Czy cała usługa była warta 600 zł? Mam pewne wątpliwości.

Cztery miesiące później. Bilans nowych zabiegów: zero. Odrost sięga mi do ucha. Chyba po 15 latach farbowania wrócę do naturalnego koloru. Stałam się też mistrzynią manikiuru, a brwi farbuję kupionym hurtowo w Korei żelem – henną Etude House. Chwilowo mam dość nowych wrażeń. I coraz bardziej tęsknię za jakością usług w Polsce. Może pora na szybką wizytę w Warszawie?