Agnieszka Kowalska: - Sama w to nie mogę uwierzyć, ale pracujemy z Tomaszem już 20 lat. Z przerwami, bo czasem go nawet zostawiam, gdy już nie mogę z nim wytrzymać (śmiech). A potem znowu wracam. Bo to jest relacja na całe życie. Jedyna taka.

Tomasz Ossoliński: - Poznaliśmy się, gdy mieliśmy po 18 lat. Agnieszka była początkującą dziennikarką, pracowała w „Gazecie Wyborczej” w Katowicach, a ja byłem początkującym projektantem, którego zatrudniły Zakłady Odzieżowe w Bytomiu. Zaczęło się od wywiadu…

Agnieszka Kowalska: - W „Gazecie” zlecili mi wywiad z takim „młodym, zdolnym Ossolińskim”, jak go nazwali w redakcji. Coś o nim słyszałam, ale nie na tyle, żeby się nim „zajarać”. Jakiś tam krawiec, jakieś Zakłady Odzieżowe Bytom. Wiedziałam, że to niezwykle prestiżowa firma, ubierająca największych notabli w kraju, ale nie miałam pojęcia, że jakiś małolat został głównym projektantem i dowodził 300-osobowym zespołem krawców, konstruktorów i innych pracowników fabryki. Nawet w tamtych czasach to było coś niewiarygodnego! Gdy już się dowiedziałam, że ten Ossoliński to taka torpeda, chciałam jak najszybciej go poznać. Fascynują mnie ludzie wyjątkowi, nieszablonowi i utalentowani. „To może nie jest Yves Saint Laurent, ale od czegoś trzeba zacząć” - pomyślałam jako zadziorna i niedoświadczona dziennikarka.

Tomasz Ossoliński: - Wywiad szybko zamienił się w kilkugodzinną rozmowę nie o tym, co robię w Bytomiu, ale o tym, co oboje kochamy w świecie mody. I okazało się, że wielbimy YSL, że od niego zaczęła się nasza miłość do mody. Te wszystkie femme fatale w czarnych smokingach, paryska nonszalancja, zdjęcia Helmuta Newtona, seksowne kobiety, które czekają na facetów w burżujskich apartamentach. Noc, zmysłowość i seksapil.

Agnieszka Kowalska: - Rozmawialiśmy ze sobą także poza pracą. Czułam z Tomkiem porozumienie estetyczne, intelektualne, emocjonalne - jakby był moim duchowym bratem. Modą interesowałam się od zawsze - nie projektowaniem, ale mechanizmami, które nią rządzą, jak ubierać ją w słowa i w obraz, ciekawili mnie ludzie, którzy tworzą branżę. Na świecie moda była fascynującym organizmem składającym się z wielu inspirujących się wzajemnie ludzi, był już głośny team Carine Rotfield, Tom Ford i Mario Testino, a w Polsce nikt nawet o nich nie mówił. Pamiętam, jak powiedziałam mojej przyjaciółce, że gdybyśmy z Tomkiem połączyli siły, to pewnie wyszedłby z tego dwugłowy potwór (śmiech). Ale jemu nigdy o tym nie wspomniałam. Przeniosłam się do redakcji w Warszawie, żeby zająć się polityką.

Tomasz Ossoliński: - Kilka lat później, gdy postanowiłem przenieść się na stałe do Warszawy i otworzyć atelier, pomyślałem o tej pyskatej dziennikarce. To były piękne czasy. Czasy bez Instagrama, serwisów plotkarskich, gdy ludzie czekali na to, co ukaże się w „ELLE” i w innych papierowych wydaniach magazynów mody, bo wersji online nie było. Gdy na pokazy nie zapraszało się celebrytów, tylko tych, którzy się faktycznie modą interesowali lub zajmowali nią zawodowo.

Agnieszka Kowalska: - Goście przychodzili też po to, żeby przeżyć estetyczne święto, bo Tomasz jako pierwszy w kraju robił pokazy, które przypominały performance. Więcej w nich było widowiska niż tradycyjnej prezentacji ubrań. Dziś trudno w to uwierzyć, ale wtedy nawet na świecie nie robiono pokazów inaczej jak zwykły wybieg z modelami - jedynie Alexander McQueen szokował odwagą. Tomek chciał kreować autorski świat inspirowany malarstwem, fotografią, filmem, literaturą i muzyką, który sięga daleko poza granice samej mody. I w 2008 roku zaszalał najbardziej: zrobił przełomowy dla siebie samego, a także dla polskiej branży, pokaz „Hugenoci” inspirowany filmem „Królowa Margot”, który odbył się w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. Miał budżet porównywalny do budżetów wielkich oper i był tak inny od tego, co goście warszawskich pokazów mody do tej pory oglądali, że nie wszyscy to wydarzenie docenili i zrozumieli. Zebrał równie dużo pochwał, co hejtu.

Tomasz Ossoliński: - Zorganizowałem go na największej scenie operowo-teatralnej na świecie, której dorównuje jedynie Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Czarna przestrzeń sceny i snop światła, który staje się bohaterem i pomaga wydobyć moment, który skupia uwagę widza na człowieku, na ubraniu, na geście to mój ideał pokazywania mody. Modele wyłaniali się z zapadni teatralnej, a prezentacji ubrań towarzyszyła specjalnie skomponowana muzyka i występ 90-osobowego chóru Teatru Wielkiego, który na żywo wykonał utwór "Amen" Henryka Mikołaja Góreckiego. Na koniec goście zobaczyli film "Hugenoci", który specjalnie na tę okazję wyreżyserowała Magda Wunsche. To był pierwszy w Polsce i jeden z pierwszych na świecie filmów modowych - wstąpiła w nim m.in. francuska aktorka i moja ikona, Charlotte Rampling. Mogę śmiało powiedzieć, że od czasu "Hugenotów" pokazy mody w Polsce nie były już takie, jak wcześniej…

Choć najpierw musiałem zmierzyć się z wieloma słowami krytyki, ale tym większą później czułem satysfakcję, gdy moi konkurenci zaczęli mnie kopiować.

Agnieszka Kowalska: - Muszę to powiedzieć. Tomasz do dziś jako jeden z niewielu wyznacza trendy, a coś takiego, jak poszanowanie praw autorskich, cudzych pomysłów i rozwiązań, w naszym kraju niemal nie istnieje. Polska branża mody to w dużej mierze branża kopistów. Regularnie nasze pomysły widzimy u konkurencji…

Tomasz Ossoliński: - Pech polega na tym, że jestem w tym biznesie tak długo, że wiem, kto po kim kopiował. 

Agnieszka Kowalska: - To jest kradzież intelektualna. Najłatwiej wziąć cudzy pomysł i udawać, że się go nie ukradło. Gdy Tomek się wkurza najbardziej, zawsze mu powtarzam: „To ty jesteś pierwszy, oni jedynie świecą światłem odbitym”. (śmiech)

Tomasz Ossoliński: - Nie wierzyłeś, oto dowód: dwugłowy potwór! (śmiech). My się bardzo często kłócimy, nie zgadzamy, przekrzykujemy…

Agnieszka Kowalska: - … Nie! To nie jest tak, że się nie zgadzamy! Raczej przerzucamy taką ilością pomysłów, że to wygląda jakbyśmy się kłócili. Mamy nieustanną burzę mózgów, bez umiaru wchodząc sobie w zdanie i narzucając sobie swoją opinię. Cudowność tego duetu polega na tym, że mamy to samo myślenie, ten sam gust, tę samą energię. To niegasnące wrzenie między nami powoduje, że jedno bez drugiego nie wykreuje tego, co możemy stworzyć razem.

Tomasz Ossoliński: - Może ja coś powiem, jeśli mi Agnieszka pozwoli, bo to tak właśnie zawsze wygląda (śmiech). Bardzo rzadko jest tak, że się trafia w życiu na ludzi - niezależnie od tego, że się zmieniamy, starzejemy, że świat się zmienia, że nowe powstaje szybciej niż odchodzi stare - z którymi ma się magnetyzm twórczy, z którymi krew w żyłach płynie szybciej. Niektórzy po pewnym czasie wysiadają, z wielu powodów. Ja staram się pracować z takimi ludźmi, którym ja coś daję, ale też oni dają mnie. Zawsze chodzi w tym o to, żeby mocniej iść do przodu, żeby zrobić kolejny krok, do którego może zainspirować tylko ktoś twórczy i odważny. I nawet, kiedy nie pracowaliśmy razem, to gdzieś tam z tyłu głowy bardzo mi Agnieszki brakowało. 

Agnieszka Kowalska: - Po „Hugenotach” uznałam, że całe moje życie zdominowała marka Tomasza. Po pokazie, gdzie w podzięce Tomasz umieścił moje nazwisko zaraz po Rampling, najpierw się poryczałam ze wzruszenia, a potem stwierdziłam, że musimy te więzi rozerwać i każdy musi iść swoją drogą.

Bo choć nasza komitywa jest piękna, to jest również toksyczna. Oboje wchodziliśmy sobie na głowę, dzwoniliśmy do siebie non stop.

Kiedyś w nocy załamany i spanikowany Tomek zadzwonił do mnie z informacją, która była tak szokująca i jednocześnie zabawna, że ja zamiast go pocieszać, zaczęłam się tak śmiać, aż deski w moim łóżku się zarwały i razem z nimi spadłam na podłogę. (śmiech) Wróciłam do pracy dziennikarki, związałam się z TVN24. Mieliśmy ze sobą kontakt, ale już nie tak intensywny. Czasem zapraszałam go na antenę, czasem on do mnie pisał SMS-a: „Projektuję suknię wieczorową i czuję, jakbyś mi siedziała na ramieniu i wtedy wraca to o czym rozmawialiśmy, wszystkie inspiracje”.

Tomasz Ossoliński: - Tak zmarnowaliśmy 10 lat. Jak nasze drogi znów się złączyły? W ub.r. zdzwoniliśmy się, usiedliśmy i stwierdziliśmy, że spróbujemy od nowa. Chociaż byliśmy bardzo ostrożni w tej kwestii. Poukładały się wszystkie rzeczy dookoła, Agnieszka ma swoje życie, ja mam swoje, ale nie wiadomo było, czy ten pociąg wciąż jedzie po tych samych torach.

Agnieszka Kowalska: - Jak zaczęliśmy małymi krokami od nowa, okazało się, że jest tak, jakby się zatrzymał czas. Ja w ogóle nie czuję różnicy 10 lat - raczej jakbyśmy wrócili w tym samym punkcie, gdy się rozstaliśmy, tylko teraz jest jeszcze lepiej, bo jesteśmy życiowo i zawodowo dojrzalsi.

Tomasz Ossoliński: - W końcu nauczyłem się, że nie muszę się na wszystkim znać. Kiedyś byłem one man show - od ustawiania krzeseł, poprzez szycie kolekcji, do wypisywania ręcznie zaproszeń. To trwało przez lata i w którymś momencie złapałem się na tym, że to jest chore, że jednak są pewne obszary, w których inni ludzie mogą się znać lepiej, mieć większą wiedzę. Agnieszkę cenię za to, że mogę z nią tworzyć takie projekty, które pchają machinę do przodu. Nigdy nie miałbym obok siebie kogoś, kto jest słabszy ode mnie. Uważam, że jeśli się z kimś pracuje, to po to, żeby zawsze robić krok do przodu, a nie się cofać. Rzadko dopuszczam do siebie ludzi. Szkoda mi czasu na angażowanie się w relacje, które nic nie wnoszą. W tej kwestii jestem brutalny, ale od siebie wymagam najwięcej, a od innych tyle samo. 

Agnieszka Kowalska: - Podziwiam w nim to, że jemu się wciąż chce, choć jest w tej branży już 27 lat. I, że mimo pokus, jest tym samym pełnym pasji chłopakiem, którego poznałam podczas wywiadu. Tomek, poza tym, że jest wybitnym projektantem, to jest też bardzo dobrym człowiekiem. W sytuacji, kiedy kogoś szanuję i zawodowo, i prywatnie, jestem w stanie dla niego zrobić wszystko, bo tego nie przelicza się na pieniądze. I nie ma tu znaczenia czy on jest sławny, bo jedyne na czym mi zależy, to to, żeby w tym co robi, był coraz lepszy, najlepszy. Tomkowi zależy na tym samym, na szczęście (śmiech).

Tomasz Ossoliński: - Fajne jest to, że my z Agnieszką nie mamy relacji szef-pracownik. Przyjaźnimy się, razem z naszymi życiowymi partnerami jesteśmy trochę jak patchworkowa rodzina (śmiech). Jak mnie zapytasz, jaka jest rola Agnieszki w mojej firmie, to nie będę w stanie dokładnie odpowiedzieć. To nawet nie jest to, że jest to rola dyrektora kreatywnego, bo to jest coś więcej. Ale fakt, wspiera mnie kreatywnie.

Agnieszka Kowalska: - Nie jestem dyrektorem, bo nie mam biurka i gabinetu.

Tomasz Ossoliński: - Agnieszka, jako nocny marek, żyje na drugą zmianę. Jak tu w atelier się już wszystko skończy, to my wtedy potrafimy do 2 czy 3 w nocy pracować. I buzie się nam nie zamykają.

Agnieszka Kowalska: - Pracujemy tak, jakbyśmy razem układali puzzle. Tomasz projektuje, odpowiada za części dotyczące ubrań - nie śmiałabym się w to wtrącać, bo on jest mistrzem w swoim fachu, imponuje mi jego wyczucie mody, smak, genialne rzemiosło, oddanie tradycyjnym technikom. On potrafi wszystko skroić sam i sam uszyć, jako jedyny w kraju z równą klasą ubierze zarówno mężczyznę, jak i kobietę. Ja dołączam później - wymyślamy ideę wokół kolekcji. Kto mógłby być twarzą, zastanawiamy się jaka będzie muzyka, jaki fotograf, jakie plenery, jaka będzie komunikacja w mediach, jak to pokażemy sprzedażowo itp. Tworzymy różne pomysły, również bardzo nowoczesne czy kontrowersyjne. I leżą sobie te puzzle na stole, przez miesiąc, dwa i dokładamy - trochę Tomasz, trochę ja i tak cały team tworzy układankę, z której rodzi się projekt.

Tomasz Ossoliński: - W jaki sposób przekazuję krawcowym to, co mam w głowie? Sam jestem krawcem i potrafię to wszystko uszyć; robię przymiarki, wiem jak skroić. Z moimi paniami długo razem pracujemy, więc już się siebie nauczyliśmy, przekazałem im wiedzę techniczną, którą sam zdobyłem przez lata. Na co dzień nie szkicuję, tworzę przestrzennie. Szyję, upinam na manekinie, eksperymentuję i pokazuję to moim paniom, zmieniając coś na bieżąco. Jak czegoś nie wiedzą, jeśli chodzi o uszycie, wołają mnie, bym pomógł. Jestem dla nich najpierw krawcem, a dopiero potem szefem. W tym trudnym czasie pandemii z nikim się nie rozstałem, mam wszystkich pracowników. To dla nich chcę się starać oraz dla moich klientów, którzy do mnie wracają.

Agnieszka Kowalska: - Tomasz jest człowiekiem, który swoich ludzi traktuje jak rodzinę, dba o nich, czuje się za nich odpowiedzialny.

Rozczuliło mnie, kiedy przy „Hugenotach”, gdy nie miał jeszcze w warszawskim atelier swoich pań, specjalnie wynajął autobus dla krawcowych ze Śląska, które dla niego wówczas szyły. Zrobił to, by mogły przyjechać do Warszawy na jego pokaz i zadbał, by wszystkie siedziały na honorowym miejscu na widowni.

Dba też o innych. Gdy na wiosnę wybuchła pandemia, jako pierwszy zamknął atelier i sklep online, by nie narażać swoich pracowników, a także kurierów. Uznał, że to nie jest czas na kupowanie czegoś tak nieistotnego jak ubrania, gdy wokół umierali ludzie i nikt nie wiedział, co dalej z COVIDEM. Dumna jestem z niego z tego powodu, że on kieruje się nie tylko zyskiem. Nie dość, że razem ze swoimi krawcowymi szył charytatywnie maseczki dla personelu medycznego, to był jedynym projektantem, który później na nich nie zarabiał. Nakręciliśmy na wideo instruktaż jak samemu uszyć maseczkę i udostępniliśmy to wszystkim za darmo na social mediach i w „Gazecie Wyborczej”. I dotąd nie sprzedał żadnej maseczki.

Tomasz Ossoliński: - Czy jest coś, z czego ja jestem najbardziej dumny? Nie lubię tego słowa. Bardziej boję się, że nie będzie przede mną wyzwań. Dzisiaj wyzwaniem jest obecna sytuacja. Będę zadowolony, jeśli pandemia już się skończy. Ale ten dziwny czas, gdy wiosną po raz pierwszy świat zwolnił i maszyna nastawiona na konsumpcję stanęła, paradoksalnie wiele mi też dał, wymusił nowe spojrzenie na modę. Podczas kwarantanny siedziałem w domu i zadawałem sobie pytania: w którym kierunku powinna pójść moja marka? Czy tworzenie mody w dotychczas praktykowany sposób ma sens? Co kobiety chcą teraz nosić? Czy kreowanie sztucznego świata na zdjęciach, gdy wokół chorują ludzie, jest na miejscu? Moda od zawsze to dla mnie także sposób na wyrażenie siebie i możliwość opowiadania o świecie w sposób inspirujący dla innych. Czas pandemii jeszcze mocniej wyzwolił we mnie tę potrzebę. Tylko reagowanie na to, co się dzieje wokół, ma jakiś głębszy sens. I razem z Agnieszką wymyśliliśmy projekt "Woman in Town", w którym głos oddaliśmy bohaterkom. Nie modelkom, ale prawdziwym kobietom różnych zawodów i typów urody, w różnym wieku. Bo chodziło nam o autentyczność.

Agnieszka Kowalska: - Nie było fotografa mody, wymyślonych sytuacji, makijaży i fryzur, kreowania wizerunku oderwanego od rzeczywistości. Zdjęcia podszeptywało samo miasto. Chodziliśmy po ulicach Warszawy, podpatrując kobiety w codziennych sytuacjach. One same się ubierały, nie było stylistów, makijażystów, fryzjerów. Tomasz Lazar, laureat World Press Photo, fotograf dokumentalista, któremu zaproponowaliśmy współpracę, miał podglądać bohaterki, będąc bliżej prawdziwego życia niż fantazji świata mody. Idealnie oddał ducha „Woman in Town”.

Tomasz Ossoliński: - "Woman in Town" to świadomie niewielka ekipa, ale także sama kolekcja. Źle czuję się z tym, że branża mody zalewa świat nadprodukcją ubrań i nie chcę się do tego przyczyniać. Dlatego wymyśliłem nie ubrania jak z żurnala, których nie ma dziś gdzie nosić, ale elegancką alternatywę dla dresu. To niezobowiązujący garnitur piżamowy, nazywany przez Jadwigę Grabowską, założycielkę Mody Polskiej, palazzo piżama. W zależności od stylizacji można w nim chodzić po mieście, założyć w home office, a także zabrać na wakacje. Zależało mi, by fundamenty mojej marki - rzemiosło, jakość, tradycja, kreatywność - były niezmienne, bez względu na to, jakie będą okoliczności. Ale żeby sama moda zeszła trochę z piedestału i była bliższa życia. Wyszła z tego trochę taka licząca niewiele sztuk haute couture w wersji domowej i ulicznej, w której można się czuć pięknie i elegancko. Jedna z bohaterek „Woman in Town” wymyśliła nawet na to nazwę: home-a-porter. Ten projekt był też hołdem dla wszystkich kobiet i dla tych, które są mi najbliższe. W końcu moja firma to firma kobiet, a za sukcesem każdego mężczyzny stoi silna kobieta.