Pamiętam filmy historyczne ze swojego dzieciństwa, w których biednego Egipcjanina grał zawsze przystojny blondyn w śnieżnobiałej tunice. Żeby nadać postaci realizmu, smarowało mu się policzki ziemią. Kobiety miały zawsze pięknie ułożone fryzury i perfekcyjne makijaże, nawet jeśli właśnie przeżyły tydzień w pieszej podróży po pustyni. Ba, nawet gdy doznawały obrażeń na twarzach, to zadrapania i sińce znajdowały się wyłącznie tam, gdzie uwypuklały one piękne kości policzkowe. Wiele się zmieniło od tamtych czasów. Teraz z zachwytem patrzę na scenografię, kostiumy i charakteryzację współczesnych produkcji historycznych. Dziś, gdy filmowcy pokazują średniowieczną chłopkę, to nie jest umalowana, ma tłuste włosy, znoszoną spódnicę i krzywe zęby pokryte żółtym nalotem. Ale... nogi ma gładkie jak pupcia niemowlęcia. Bo widok włosów na kobiecej łydce to byłby zbyt duży szok dla oczu współczesnego widza. Wyobrażacie sobie wyjść z domu w upalny dzień, w koszulce bez rękawów i z nieogolonymi pachami? Gdy miałam 17 lat, zdarzyło mi się przez kilka dni nie golić pach podczas spływu kajakowego. Polowe warunki, deszcz, namioty, brak prysznica… Gdy w końcu wyszło słońce, a ja uniosłam ręce do góry, żeby wywiesić na sznurze kapok, ratownik skomentował złośliwie moje ­odrastające włosy. Pamiętam tę uwagę i wstyd, który zapiekł mnie gdzieś w środku. Wiecie, co było najgorsze? Że ten ratownik miał pod pachami prawdziwy busz.

Długo przyjmowałam to jak oczywistość: kobiety po prostu muszą mieć gładkie pachy, gładkie nogi i gładkie bikini. Owłosienie tzw. linii białej, czyli kreski biegnącej od łona do pępka, to coś tak niewyobrażalnego, że do dziś wiele dziewcząt po kryjomu depiluje się na brzuchu i nie przyznaje przed przyjaciółkami, że coś im tam w ogóle rośnie. Pozwala się nam zostawić czasem trójkącik na wzgórku łonowym, ale tak, żeby żaden włosek nie wystawał nigdy z majtek. Mam wrażenie, że pokazanie tego zarostu bywa dziś równie kontrowersyjne co pokazanie sromu, tak jakby samo posiadanie włosów gdzie indziej niż na głowie było czymś niebywale intymnym. Przekonała się o tym Anja Rubik, pozując fotografowi Nobuyoshi Arakiemu. Na niektórych zdjęciach widać pozostawiony na wzgórku łonowym pasek włosów. A nagłówki gazet nazwały to „pokazaniem waginy”. Dla ich autorów mam sensacyjną informację – żeby pokazać waginę, trzeba rozkraczyć się na fotelu ginekologicznym i użyć wziernika, bo wagina to pochwa i znajduje się wewnątrz ciała kobiety. To nie koniec szokujących ciekawostek. Uwaga: wszystkie jesteśmy owłosione. Mniej lub bardziej, ale jesteśmy. Dojrzewając, dorabiamy się mocnych, grubych, często ciemniejszych włosów pod pachami, na nogach, na łonie, między pośladkami, na linii białej, a nawet wokół brodawek sutkowych. To nie jest nic dziwnego ani wstydliwego. Ba, kobiety mają wręcz więcej włosów na ciele niż mężczyźni – ale te włosy są mniej widoczne, bo rosną cieńsze i gęstsze niż u mężczyzn. I jeśli myślicie, że kulturowy wymóg golenia się na gładko przez kobiety to zwyczaj naszych praprzodków, to się mylicie. Kobieca totalna depilacja to wymysł XX wieku.

Wszystko zaczęło się w 1915 roku od zdjęcia w pewnym amerykańskim ­piśmie. Modna, młoda kobieta unosiła ­ręce do góry i odsłaniała gładkie ­pachy. „Letnia sukienka i taniec nowoczesny wymuszają pozbywanie się zbędnego owłosienia” – głosił podpis pod zdjęciem. Tak skończyła się era włosów na kobiecym ciele. Zostały nazwane zbędnymi. Przekonanie do tego ludzkości trwało długo, ale w końcu się udało. Dużą rolę odegrała kurcząca się długość spódnic i sukienek, które ujawniły linie kobiecych nóg. Gdy świat zapragnął ujrzeć nasze kolana, trzeba było określić, jakie nogi są ładne i kobiece, więc posłużono się zasadą przeciwieństwa: skoro idealne męskie nogi są grube od mięśni i owłosione, to kobieca łydka powinna być szczupła, delikatna i gładka. Ruchy hipisowskie próbowały lansować modę na naturalność, ale nie były dość przekonujące, by porwać tłumy, które pokochały maszynki do golenia, depilatory i woski. Do Polski zwyczaj ten trafił późno, bo jeszcze moja mama i jej rówieśniczki wspominają owłosione łydki koleżanek z klasy. Golenie się było raczej ekstrawagancją. Poza tym świetnie miał się mit, że na raz ogolonej nodze włosy będą rosły gęstsze, ciemniejsze i dłuższe niż na nodze nietkniętej maszynką. Wy­starczy przyjrzeć się pornografii sprzed lat 80. ubiegłego wieku, żeby zobaczyć, że bujne, niczym nieregulowane owłosienie łonowe ­było wówczas normą. Dziś „bober” jest już tylko obiektem ­żartów i podnietą fetyszystów. Nawet telewizyjne reklamy maszynek do golenia nie pokazują owłosionej łydki. Zwróćcie na to uwagę – gdy piękna bohaterka reklamy siedzi z turbanem na głowie w swojej luksusowej wannie i goli łydki ultranowoczesną maszynką z milionem ostrzy i paseczkiem chłodzącym, to ona goli łydkę, na której nie ma włosów. Kobiece włosy stały się czymś tak obrzydliwym, że się ich po prostu nie pokazuje. Udajemy, że ich nie ma. A jednocześnie panowie mogą sobie wybierać, czy zostawiają na klacie misia, czy golą się na gładko. Nogi też mogą mieć zarośnięte. Pachy? Nie­któ­rzy golą dla higieny, ale na okładkach męskich gazet pokazują się męskie symbole seksu z uniesionymi ramionami i długimi włosami pod spodem. To nie ­budzi sprzeciwu. 
A nam po prostu nie wolno. Ale to się zmienia.

W 2015 roku Miley Cyrus przefarbowała sobie włosy pod pachami i pochwaliła się tym na Instagramie. Dołączyła tym gestem do rosnącej grupy dziewczyn, które wcześniej były traktowane jak dziwolągi – bo przecież nie tylko nie goliły pach, ale wręcz je farbowały, jakby chciały zaznaczyć: „Hej, to nie to, że zapomniałam się ogolić. Ja to zrobiłam celowo! Włosy pod pachami są fajne!”. Jesienią ubiegłego roku w kampanii Adidas Originals pojawiła się Arvida Byström, szwedzka modelka i artystka. Zapozowała do zdjęć z nieogolonymi łydkami, wzbudzając falę krytyki, ale też zbierając pulę fanów na swoje konto instagramowe. Jej popularność wciąż rośnie, choć trudno wśród jej zdjęć znaleźć choć jedno, na którym nie widać włosów pod pachami, pryszczy lub cellulitu, czyli tego, co kobiety przez ostatnie kilkadziesiąt lat uczyły się ukrywać. Arvida nie tylko nie chowa tych wstydliwych elementów kobiecej fizjonomii. Ona je wręcz podkreśla. Szczyci się nimi. W cellulitowym dołeczku na udzie kładzie wisienkę i zdaje się fascynować wszystkimi nierównościami skóry, od pieprzyków na plecach, przez biały ślad po majtkach na opalonej pupie aż po czerwone wypryski na dekolcie. Łączy to wszystko z ekskluzywnymi, drogimi elementami garderoby. Włosy łonowe wystają bezczelnie z satynowych, czerwonych majtek. Włosy pod pachami sąsiadują z nową, błyszczącą torebką Prady. Podziwiam ją i jednocześnie zdaję sobie sprawę, że przecież nie robi nic nadzwyczajnego. Pokazuje tylko swoje ciało takim, jakie jest. Zadbane, czyste, zdrowe, nieodbiegające od normy reprezentowanej przez większość kobiet. Pod jednym ze zdjęć pisze: „Przy­chodzicie tu dla moich owłosionych nóg, więc przy okazji zobaczcie moją sztukę”. Na zdjęciu, na pierwszym planie, jest faktycznie owłosiona kobieca łydka, ale na drugim – duża grafika autorstwa Arvidy. Odczytuję to jednoznacznie.

 To manifest: no dobra, skoro już wszyscy wiecie, że kobieta może mieć nieogolone nogi, to może przestańmy się tym tak już podniecać i spójrzmy, co ta kobieta ma do zaoferowania poza wyglądem. Na golenie nóg, pach i bikini poświęcam około 10 minut dwa razy w tygodniu. Rocznie tracę na to ponad 17 godzin. Próbowałam też depilacji laserowej, ale sześć zabiegów nie dało żadnych rezultatów. Wydałam na nią tysiąc złotych, po 90-proc. zniżce w zakupach grupowych. Nie wiem, ile wydaję na maszynki do golenia, bo jestem buntowniczką i mimo że na opakowaniu jest napisane, że to jednorazowe maszynki, używam ich kilkakrotnie. Moja przygoda ze zwykłą depilacją skończyła się po pierwszej próbie. Po prostu doszłam do wniosku, że dobrowolne poddawanie się torturom leży w sprzeczności z moim instynktem samozachowawczym. Czekam, aż Jennifer Lawrence pojawi się na oscarowej gali z nieogolonymi nogami, bo to będzie dla kobiet znak, że można pozbyć się maszynek do golenia. Miley Cyrus albo Arvida Byström nie wystarczą. To musi być ktoś, kto jest ikoną stylu i urody, a nie jakaś kontrowersyjna gwiazda. Wtedy doświadczymy pełnego równouprawnienia w kwestii owłosienia ciała. Czuję, że to się stanie już niedługo. Może nie w tym roku, nie w następnym, ale już moja córka nie będzie musiała się golić. Mam tylko nadzieję, że wszystko nie pójdzie w drugą stronę i nie zaczniemy wymagać od facetów, żeby mieli gładkie nogi. Bo nie mam córki, tylko syna i wolałabym, żeby nie musiał wyć z bólu podczas zrywania wosku z łydek. 
 

Tekst: Matylda Kozakiewicz