Kiedy ktoś pyta mnie, co dodaje mi najwięcej energii, odpowiadam bez wahania: kolory! Chwilę po tym słyszę śmiech i szybko zdaję sobie sprawę, że mówi to osoba od stóp do głów ubrana w czerń. W głębi duszy jestem estetyczną dualistką i jeśli miałabym określić jednym słowem swój styl, miałabym z tym duży problem. Jedno, czego jestem pewna, to to, że tą samą miłością darzę zarówno monochromatyczną klasykę, jak i pełny szalonych barw i wzorów eklektyzm. Moją ulubioną częścią garderoby są sukienki. Istnieje coś bardziej kobiecego? Zwiewne, oversize od Rodebjer i podkreślające talię z kolekcji Ganni to moje faworytki. Na drugim miejscu są luźne podomki o kroju kimona i wzorzyste, materiałowe bomberki – ostatnio ich kolekcję zasiliła bordowa w kwiaty od Isabel Marant, która śniła mi się po nocach. Nie da się jednak ukryć, że w mojej szafie ważniejsze od ubrań są dodatki. To one grają pierwsze skrzypce w każdej stylizacji – zarówno na mnie, jak i podczas sesji mody. Nigdy nie byłam w teamie butomaniaczek (jeśli masz stopę w rozmiarze 41, doskonale wiesz dlaczego). Nie mam ani jednej pary szpilek, kocham płaskie buty. Za to torebki to zdecydowanie mój kawałek nieba – zawsze są moją przemyślaną inwestycją.

Przyznaję, mam słabość do markowych torebek. Gdy podejmuję się większej inwestycji, ważne są dla mnie: uniwersalne kolory, złote dodatki i prawdziwa miłość do danego modelu. - mówi Maja Naskrętska.

W temacie biżuterii często poddaję się minitrendom. Kiedyś nosiłam błyszczące kolie od Shourouk i Toma Binnsa, teraz podoba mi się minimalizm form (wyłącznie w złocie!) lub coś delikatnego, barwnego w klimacie boho. Moje ostatnie odkrycie to tworzona ręcznie w Hiszpanii biżuteria Andres Gallardo. Marka łączy porcelanę ze złoconym mosiądzem. Mam już jej naszyjnik z królikiem, ale czuję, że na tym się nie skończy. Jak każda kobieta mam swoje małe listy marzeń dotyczące garderoby i choć zawsze staram się robić zakupy z głową, to czasem są dni, kiedy i ja kupuję pod wpływem emocji. Gdy w szafie gromadzi się coraz więcej nienoszonych już rzeczy, pojawia się dylemat, co z nimi zrobić. Uważam, że idealne są tu cyklicznie organizowane inicjatywy wietrzenia szaf (np. warszawska edycja Żyrafy Wchodzą do Szafy). Regularnie wyprzedaję na nich zalegające w domu ubrania czy dodatki. Postanowiłam też ostatnio, że jeśli kupię nową rzecz, to od razu pozbędę się jednej starej – oddam przyjaciółce, odsprzedam. W ten sposób mam szansę zachować ład i nie boję się, że znów zagracę swoją przestrzeń, co bibelociarzom takim jak ja przychodzi z łatwością.

RESTAURACJE
Jeśli chcesz zjeść ze mną niedzielne śniadanie w Warszawie, zapraszam do Warsa i Sawy w Teatrze Nowym (ul. Madalińskiego 10/16). Niedaleko jest też Bistro Olkuska (ul. Olkuska 12), idealne na relaks przy kawie, a potem zdrowy shopping na biobazarku mieszczącym się pod tym samym dachem.

SKLEPY
Kyosk (ul. Koszykowa 1, Warszawa) – mogłabym tam zbankrutować! Ganni, Rodebjer, Filippa K i wiele innych, wyselekcjonowanych ze smakiem marek – głównie skandynawskich.
Capricorn: Arthouse
(ul. Mokotowska 42/44, Warszawa) – malutki butik z magicznymi dodatkami. To tu odkryłam m.in. biżuterię Andres Gallardo.