Gdy po raz pierwszy spotkaliśmy się w Rzymie podczas promocji pierwszej serii „Domu z papieru”, mało który z dziennikarzy był nim zainteresowany. Usiedliśmy w rogu, a Pedro był tak zestresowany, że pomimo dobrej znajomości angielskiego poprosił o tłumacza. Minęły cztery lata. Serial dzięki platformie Netflix stał się światowym hitem, Pedro zyskał ogromną pewność siebie. Dziennikarze tłoczą się wokół niego jak zaklęci. Jak to? Przecież Berlin, postać, którą gra Alonso, od dawna jest... martwy.

Berlin wraca w nowym sezonie „Domu z papieru”, który miał premierę 3 września, a fani na całym świecie zastanawiają się, jak to jest możliwe?

Powiem ci szczerze, sam też myślałem, że moja przygoda z „Domem z papieru” definitywnie zakończyła się, kiedy Berlin zginął. Zabili mnie, trudno. Wielkie było moje zdziwienie, gdy dostałem propozycję powrotu na plan. Decyzja o uśmierceniu mojego bohatera, choć świetnie broniąca się fabularnie, była przedwczesna, bo widzowie z jakichś powodów pokochali Berlina i nie chcą się z nim rozstać. To zmusiło twórców do szukania jakichś naturalnych możliwości, by był on nadal obecny w serialu.

I nie czujesz, że ten powrót jest właśnie wymuszony?

Na początku rzeczywiście towarzyszyło mi takie uczucie. Berlin w pierwszych sezonach był postacią nieprzewidywalną, która wprowadzała ogromny chaos. Teraz wydawało mi się, że został tego atutu pozbawiony. Musiałem więc wymyślić go na nowo. Pokazać ze strony, z jakiej widzowie go nie znali, ale też takiej, która ich zaskoczy. chciałem pokazać złożoność charakteru Berlina. W finałowym piątym sezonie wydaje mi się, że osiągnąłem zamierzony cel, ale czy tak faktycznie jest, to muszą już widzowie ocenić.

Nie byłeś zaskoczony tym, że akurat na twoim bohaterze skupiły się uwaga i uwielbienie wszystkich fanów? Rzadko zdarza się, by widzowie tak bardzo zabiegali, by zmarła postać dalej była częścią serialu.

Potraktowałem to jak jakiś cud. Tak jak mówisz, rzadko się takie rzeczy zdarzają. Ale moje zaskoczenie jest niczym przy tym, jakie wyzwanie dostali scenarzyści. Jeden z nich jest moim dobrym przyjacielem, więc wiem, z jakimi trudnościami musieli się zmierzyć, by utrzymać moją postać w fabule tak, by serial nie stracił jakości. Są produkcje, gdzie twórcy nie przykładają takiej wagi do detali, ale my mówimy o tytule, który ma miliony fanów na całym świecie. Wiesz, jaka to jest odpowiedzialność? Ogromna! Życie zaskakuje nas na każdym kroku. Nawet w pracy.

Skoro już przy tej ogromnej popularności jesteśmy, powiedz, nie przeraziła cię ona? Na początku „Dom z papieru” był niewielką produkcją jednej z hiszpańskich telewizji, a nie Netflixa.

Nikt się tego nie spodziewał. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to po prostu kłamie. W życiu bym nie powiedział, że serial o napadzie na bank okaże się światowym fenomenem. Ale nie jest to nasza zasługa, a raczej właśnie Netflixa. Wiem, że to zabrzmi, jakbym się podlizywał pracodawcy, ale gdyby nie fakt, że premiera naszej produkcji odbywa się na całym świecie dzięki tej platformie, to tego sukcesu by po prostu nie było. Streaming zmienił rynek telewizyjny. Otworzył się on nagle na różne produkcje. Kiedyś widzowie byli zainteresowani jedynie produkcjami amerykańskimi, więc to było
im dostarczane. Teraz dzięki platformom streamingowym dostajemy nieograniczony dostęp do produkcji z całego świata i dzięki temu taki „Dom z papieru” może dotrzeć do widzów np. w Polsce.

PRZECZYTAJ TEŻ: Jak dobrze znasz serial „Dom z papieru”? [QUIZ]

Pamiętam wasze zaskoczenie, gdy spotkaliśmy się w Rzymie podczas jednego z eventów prezentujących nowe produkcje tej platformy. Przed hotelem zebrał się tłum ludzi, którzy krzyczeli wasze imiona i wzywali was, byście pokazali się im przynajmniej przez okna.

To było szaleństwo. Wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić. Wiesz, gdy jesteś zwykłym aktorem, który chodzi do pracy, gra jakąś postać, a potem spokojnie wraca do domu, by poczytać książkę czy malować jakiś obraz, nagły wzrost popularności jest czymś przerażającym. Oczywiście miłe jest to, jak ktoś rozpozna cię na ulicy i prosi o autograf. Ale gwałtowny przypływ popularności mnie przeraził. Nie wiedziałem, jakie ludzie mają oczekiwania.

Sodówka ci odbiła?

Troszeczkę (śmiech). Na szczęście szybko zdałem sobie z tego sprawę i zacząłem to u siebie zwalczać. Pomogła mi w tym medytacja oraz oderwanie się od otaczającej mnie rzeczywistości. Na przykład bardzo często uciekam od cywilizacji i jeżdżę do dżungli, gdzie wspieram lokalne społeczności. Ostatnio pomagałem gasić pożary w Amazonii. Gdy tam się pojawiam, nie jestem sławnym aktorem, tylko jedną z wielu osób, która chce pomóc. I dzięki temu odrywam się od tego gwiazdorskiego życia. By nie poddać się temu szaleństwu, zacząłem dużo podróżować.

To w czasie pandemii, gdy zostałeś zamknięty w domu, bez możliwości podróżowania, musiałeś dostawiać bzika.

Pierwsze miesiące były bardzo przyjemne. Jak już wspominałem, mogłem skupić się na malarstwie i innych rzeczach twórczych. Ale po kilku miesiącach zaczęło mnie nosić. Czułem, jak ta energia zaczęła się we mnie kumulować. Wszyscy narzekamy, że mamy za mało wolnego czasu na zrobienie wielu rzeczy w domu. Pandemia jednak pokazała, że wcale go tak dużo nie potrzebujemy. Miesiąc, góra dwa i już nagle wszystkie odkładane dotąd zajęcia domowe zostają zrobione. A my nadal musieliśmy siedzieć w domach i z braku zajęć zaczęliśmy przybierać na wadze (śmiech). Wciąż nie mogę się pozbyć nadmiernych kilogramów. Zacząłem więc znajdować sobie projekty, które zarówno mogły pomóc mojej lokalnej społeczności, jak i dały mi szansę wyjścia z domu. Na przykład zacząłem współpracować z organizacjami starającymi się w tym czasie pomóc osobom niepełnosprawnym, które bardziej niż ja czy ty ucierpiały podczas tej pandemii.

Jak mocno kultura w Hiszpanii ucierpiała w pandemii? W Polsce na przykład była jedną z pierwszych sfer życia, która została zamknięta i jedną z ostatnich, która została otwarta.

Podobnie jak u was. Spotkaliśmy się z wieloma głosami, że kultura w czasach pandemii jest nieistotna. I mocno się z tym stwierdzeniem naszych polityków nie zgadzam. To kultura w dużej mierze pomogła ludziom ten ciężki okres przetrwać. Dzięki niej mogliśmy na chwilę zapomnieć o tym, co dzieje się na zewnątrz. Jako artysta przetrwałem właśnie dzięki temu, że Netflix postanowił zrealizować piąty sezon „Domu z papieru”. Gdyby nie to, podobnie jak moi koledzy, miałbym ogromne problemy, by się utrzymać. Wszystkie teatry w Hiszpanii zostały zamknięte, produkcje filmowe i serialowe zostały wstrzymane, wiele z nich po prostu upadło. Nie mieli takich budżetów, by móc cały rok przetrwać w zawieszeniu. Byłem świadkiem wielu dramatów ludzkich, przy których byłem bezsilny. Ostatni rok pod tym względem był koszmarny i mam nadzieję, że już więcej się nie powtórzy.

PRZECZYTAJ TEŻ: „Dom z papieru”. Powstanie koreańska wersja hitu Netfliksa

To zakończmy naszą rozmowę w pozytywnym tonie. Czym dla ciebie jest aktorstwo?

Trudne pytanie. Aktorstwo dla mnie jest próbą wymyślenia siebie na nowo i wypchnięcia Pedra Alonso z każdej postaci, jaką gram. Nie chcę, by miała ona ze mną cokolwiek wspólnego. Ma być moim totalnym zaprzeczeniem. Bardzo o to dbam. Dlatego proces tworzenia postaci u mnie trwa cholernie długo, bo siedzę i dłubię, wymyślając jakieś rzeczy, by w oczach widza była ona kompletna. By nie wyczuł fałszu w żadnym momencie. Staram się wykonywać ten zawód najlepiej, jak potrafię. Oczywiście czasami jest to za mało i muszę wtedy porażkę przyjąć na klatę, ale także wyciągnąć z niej wnioski. Aktorstwo to ciągła nauka poznawania swoich granic, słabości i przezwyciężania ich. Na przykład ostatnio zacząłem malować, by tę moją artystyczną duszę rozwijać. Zabrałem się też za reżyserię. Na mój debiut wybrałem film dokumentalny, o którym nie za bardzo chcę jeszcze opowiadać, ale gdy zakończę ten projekt, to nie wykluczam, że wyreżyseruję jakąś fabułę. Świat stoi przed mną otworem.