Tekst AGATA HERBUT

MOJA PIERWSZA MYŚL to świetlista skóra i mocne włosy – ach, te warkocze i korony z włosów, o które proszą moje córki, a których nie umiem wyplatać! Słowiańska pielęgnacja to tak naprawdę nic nowego. Stosowały ją już nasze babki, prababki i praprababki, które przy okazji mawiały, że „cudze chwalicie, a swego nie znacie”. Dziś popyt na to, co egzotyczne, jest wciąż znacznie większy niż na rodzime produkty. Zwłaszcza że słowiańska pielęgnacja jest znacznie mniej atrakcyjna wizualnie niż np. kosmetyki azjatyckie. Co nie znaczy, że mniej skuteczna. Gdyby kilka lat temu ktoś pokazał mi pierwsze rosyjskie maski do włosów, szampony czy pilingi, nie byłabym nimi zainteresowana. Opakowania przypominające czasy komuny zupełnie mnie nie pociągały. Aż w końcu trafiłam na artykuł o pochodzeniu, działaniu i składnikach tych kosmetyków. Dowiedziałam się, że głównym celem „siberian beauty” jest regeneracja skóry narażonej na niekorzystne warunki atmosferyczne: od przeszywającego zimna po upały. Wyciągi z ziół i mieszanki roślin spotykanych w wyjątkowo trudnych, syberyjskich warunkach gwarantują świetne efekty pielęgnacyjne. Chrobotek śnieżny, pochodzący z ekologicznych gospodarstw w Chakasji na Syberii, dzięki temu, że pozostaje zielony nawet w zimie, daje naszej skórze obietnicę spowolnienia procesów starzenia. Znajdziemy go w kosmetykach Natura Siberica. Tak jak i torf, ekstrakt z bławatka, cedr himalajski czy ekstrakt z kory dębu szypułkowego, które łagodzą niedoskonałości, koją i dostarczają mikroelementów niezbędnych zdrowej skórze.

SKARBY Z SYBERII
Do popularyzacji wschodniej pielęgnacji przyczyniła się w dużym stopniu wydana jakiś czas temu książka „Sekrety urody babuszki. Słowiański elementarz pielęgnacji”. Kosmetyczka Raisa Ruder zamieszcza w niej przepisy swojej ukraińskiej babci na domowy szampon do włosów, maseczkę do suchej skóry, piling czy serum z witaminą C. Poleca też alternatywne zastosowania wielu kuchennych składników: ziemniaki pokrojone w plasterki mogą być świetnym remedium na cienie pod oczami, z soku z buraka i marchwi można zrobić płukankę do rudych włosów, aspiryna zmiękczy zrogowaciałą skórę na piętach. Moja prywatna przygoda z „siberian beauty” rozpoczęła się od czarnego mydła marki Bania Agafii, stworzonego na bazie wyciągów i olejów z 37 syberyjskich roślin, m.in. krwawnika, szałwii i modrzewia. Bardziej niż klasyczne mydło w kostce przypomina gęstą, czarną maź o bardzo specyficznym zapachu, do którego ciężko się przekonać. Ale warto, bo z powodzeniem zastąpi żel pod prysznic lub szampon. Przyniesie też ulgę przy łojotoku, łuszczycy, egzemach. Aplikacja tego specyfiku nie przypomina jednak zmysłowej chwili dla siebie podczas wieczornej pielęgnacji, którą znamy z reklam. Stoisz pod prysznicem pokryta od stóp do głów czarną papką o aptecznym zapachu. Na pocieszenie pomyśl o tym, że wcierasz w siebie niemal 40 ekstraktów z ziół. Przy regularnym stosowaniu mydło potrafi wyciszyć problematyczną cerę, zarówno ze skłonnością do przetłuszczania, jak i przesuszania.

Kolejnym przystankiem na mojej wschodniej mapie kosmetycznej była czarna pasta do zębów z węglem drzewnym. Wyjątkowy produkt, który – jak żaden inny – potrafi wybrudzić umywalkę, lustro i najbliższe otoczenie (zdecydowanie zalecam korzystać z niej jeszcze w piżamie, biały T-shirt się nie sprawdza!). Ecodenta ma czarny kolor, przyjemny smak i 97 proc. składników naturalnego pochodzenia. Po kilku tygodniach stosowania litewskiej pasty zauważysz, że masz amerykański uśmiech. W moim zestawieniu nie może zabraknąć pilingów do ciała. Mój ulubiony to ten gryczany (Bania Agafii) z zieloną gryką, miodem ałtajskim (z dużą ilością mikroelementów i witamin z grupy B), trawą cytrynową i organicznym olejem cytrynowym. Po każdym seansie skóra stawała się coraz gładsza. Polubiłam też pochodzący z Kamczatki ałun potasowy. Ten minerał w formie bryłki jest wykorzystywany jako antyperspirant. Świetnie sprawdza się też po depilacji, bo minimalizuje pieczenie i podrażnienie skóry. I jest przy tym w 100 proc. naturalny.

ZAMIAST JOGI 
Zgłębiając temat, odkryłam też słowiańską gimnastykę. To system 27 ćwiczeń przeznaczonych tylko dla kobiet w każdym wieku. Oryginalnie praktykowano je w naturze, boso, bez stanika i z rozpuszczonymi włosami, aby utrzymać kontakt z ziemią i nie blokować przepływu energii. Dzisiaj te zasady nie są już tak radykalne, ale wciąż się mówi, że ćwiczenia zapewniają rozluźnienie, uwolnienie napięć w obszarze miednicy i bioder, otwarcie klatki piersiowej (uniesienie piersi!) i wyciągnięcie kręgosłupa. Jednym z ważnych elementów słowiańskiej gimnastyki jest automasaż nadnerczy, grasicy i gruczołów limfatycznych wokół piersi. Na stronie Katarzyny Majak, gimnastykaslowianska.com, czytam, że „stosując tę praktykę, kobiety zapominają, co to PMS, klimakterium i bolesne miesiączki, płaczliwość, drażliwość, niepokój (...). W ich życiu pojawia się harmonia, spokój, podwyższa samoocena”. Choć na początku jestem trochę sceptyczna (tak jak w przypadku kosmetyków), po obejrzeniu tutoriali w sieci postanawiam, że może jednak warto spróbować i (na chwilę) wrócić do korzeni.