Pamiętacie głośny spot Ministerstwa Zdrowia, w którym wystąpiły króliki? Kampania promowała prokreację, a lektor pouczał: Jeśli chcesz kiedyś zostać rodzicem, weź przykład z królików. Według twórców kontrowersyjnego filmu każdy sposób był dobry aby poprawić demografię w Polsce. Teraz okazuje się, że liczba ciąż nie jest najlepszym miernikiem sukcesu programu prokreacyjnego. W 2016 roku rząd PiS uruchomił „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce na lata 2016–2020" wart 99,9 mln złotych. Wcześniej "zamroził" trzyletni program finansowania in-vitro, przeciwko któremu protestowały środowiska katolickie. Rząd w ramach alternatywy zaproponował tańszą opcję (refundacja in-vitro to około 260 milionów złotych) z wykorzystaniem tzw. naprotechnologii. Celem głównym programu jest zwiększenie dostępności do wysokiej jakości świadczeń z zakresu diagnostyki i leczenia niepłodności.

Czym jest naprotechnologia? Ta zgodna z nauką kościoła katolickiego metoda skupia się na identyfikowaniu przyczyn niepłodności. Dopuszcza podawanie hormonów i wykonywanie określonych zabiegów chirurgicznych. Skierowana jest jednak do par, u których niepłodność jest uleczalna. Metoda nie eliminuje przyczyn bezpłodności występującej u partnerów (jak uszkodzenia narządów, nieprawidłowe ich ukształtowanie w procesie rozwoju, całkowity brak komórek rozrodczych).W tych przypadkach można tylko rozłożyć ręce... W całym projekcie zapowiadano też utworzenie 16 ośrodków, które będą zajmować się leczeniem niepłodności. 

Co na to pacjenci dotknięci problemem? "Program dotyczy tylko diagnostyki niepłodności, a sama diagnostyka, jak wiadomo, raczej nie leczy. W naszym przypadku in-vitro było jedyną szansą, żeby mieć dziecko" - mówi bohaterka reportażu Marzanny Zielińskiej (TVN24), który stacja zrealizowała w związku z negatywną opinią NIK na temat programu, który zastąpił in-vitro. "Między nauką, a ideologią nigdy nie było porozumienia i nie będzie. W Polsce ideologia chce zastąpić naukę" - dodaje w tym samym materiale prof. Marian Szamatowicz.

W 2018 roku ministerstwo opublikowało efekty programu prokreacyjnego i zapewniało, że na 600 par, ciążę potwierdzono u 70 z nich. Dla porównania z programu in vitro (leczenia z lat 2013 - 2016) na świat przyszło ponad 21 tys. dzieci. Teraz, jak podaje Rzeczpospolita - Ministerstwo Zdrowia nie bada już odsetka kobiet, które zaszły w ciążę w ramach działań programowych.  Dlaczego? Resort odpowiedział "Rz", że „pary uczestniczące w programie nie mają obowiązku informowania ośrodka o tym, że zaszły w ciążę" (...) "Z punktu widzenia założeń i celów jego skuteczność powinna być mierzona liczbą par, które skutecznie zakończyły diagnostykę". Były minister zdrowia Igor Radzewicz-Winnicki, autor programu in-vitro, mówi jednak wprost w rozmowie z dziennikiem: Trudno, by ten program pomagał, bo nie ma w nim żadnego leczenia i wykonuje się samą diagnostykę, a od tego nie zachodzi się w ciążę...

Wątpliwości ma też Najwyższa Izba Kontroli, która zajmuje się kontrolowaniem publicznych pieniędzy. Z raportu opublikowanego w 2018 roku wynika, że zastąpienie in vitro "Narodowym Programem Prokreacyjnym" okazało sięspektakularną porażką. "W pierwszym roku działania programu, czyli 2017, skorzystało z niego jedynie 107 par, czyli prawie dziesięciokrotnie mniej niż zakładano. Mimo to w tym okresie pochłonął on aż 23,3 mln złotych, czyli niemal 60 procent środków przewidzianych na ten cel. Koszty diagnostyki, która ma być podstawą programu, wyniosły jednak niecałe 50 tysięcy złotych, a więc mniej niż 2 procent zaplanowanego budżetu. Na tej podstawie NIK negatywnie ocenił realizację programu." - czytamy na stronie serwisu medycznego doz.pl

Najskuteczniejszą metodą leczenia niepłodności wciąż pozostaje in-vitro. Polskie pary nie mogą skorzystać z rządowego programu refundacji, ale niektóre miasta oferują im wsparcie finansowe na ten cel w wysokości do 18 tys. złotych. Samorządowy program dofinansowania in-vitro wprowadziły m.in. Gdańsk, Łódź, Warszawa czy Poznań