Panicznie boję się rozwodu. To czuję na pewno. Nic o nim nie wiem. Jakieś głupoty w przelocie wyczytane w gazetach albo książkach, strzępy rozmów z przyjaciółmi, znajomymi. „Rozwód jest super”. „Nie, to dramat, okradła mnie szmata. Nie mogę na nią patrzeć”. „To jest debil, pasożyt, jak tylko dostałam rozwód, to jakby mi wóz od pleców ktoś odczepił” – pisze Izabela Kosmala-Świerczyńska w książce „Projekt rozwód”. Czterdziestoletnia tłumaczka Karolina, moja rozmówczyni, wtóruje jej w bezradności, jeśli chodzi o świadomość tego procesu, a nawet samego języka, którego powinna używać, kiedy o nim mówi: – Wiedziałam, że chcę się rozwieść, odkąd odkryłam na Messengerze wiadomości męża do innej kobiety. Trudno, żeby było inaczej, gdy przeczytałam „kocham cię” i inne wyznania w ciągnącej się miesiącami korespondencji. Może było mi łatwiej niż innym kobietom, bo byliśmy małżeństwem trzy lata i nie mieliśmy dzieci, ale zamęt w głowie chyba miałam podobny. Czułam, że chcę schować głowę w piasek, że przegrałam. Innego dnia, kiedy czytałam książki w stylu „Jedz, módl się, kochaj”, myślałam o tym, żeby spakować swój dobytek i kupić pustostan w Bieszczadach wraz z maszyną do pieczenia chleba, a wcześniej głosić wszystkim sąsiadom dobrą nowinę o nowym początku mojego wspaniałego życia.

Rozwód jako wyzwolenie

Wiem, o co chodzi, bo sama się rozwiodłam. Chaos myślowy i pojęciowy wynika z tego, że nie mamy dobrej narracji rozwodowej. Dziś emancypacja kobiet jest faktem, samorozwój i jednostkowe cele stają się ważniejsze niż presja społeczna, a średnia długość życia wzrasta, powodując, że konwencja obietnic do grobowej deski bywa wątpliwa. W naszej kulturze rozwód jest traktowany jako porażka, ale czy martwe, pozbawione intymności, a czasem pełne wrogości czy przemocy małżeństwo tych, którzy zostali z sobą, „nim śmierć ich nie rozłączy”, powinno zaliczać się do sukcesów?

Dziś coraz częściej słyszymy, że nie. Na przykład Maria Sveland, szwedzka pisarka i feministka, autorka powieści o ryzykownym tytule „Zgorzkniała pizda”, uważa, że w ogóle sama instytucja małżeństwa jest anachroniczna jak monarchia, a rozwód nie musi być życiową traumą, może być wyzwoleniem. Wraz z dziewięcioma kobietami wydała antologię „Happy, happy”– zbiór opowieści o pozytywnej stronie rozwodowych doświadczeń. W jednym z wywiadów tłumaczyła, że chodziło jej o zdjęcie z rozwodu odium porażki, bo nie tylko to się z nim kojarzy. „Napisałyśmy, że rozstanie jest trudne, bolesne, swoje wypłaczesz, ale trafiają się też chwile szczęścia i dumy” – mówiła.

Konieczność zmiany narracji rozwodowej jest też widoczna w Polsce. – Czułam, że o rozwodach trzeba milczeć, ewentualnie mówić o nich w konwencji zażenowania albo pogardy. Nie odpowiadało mi to. Postanowiłam spróbować pokazać coś innego – mówi Izabela Kosmala-Świerczyńska. Jej pomysł na książkę „Projekt rozwód” zrodził się z poczucia paniki. – Sama zastanawiałam się nad swoim małżeństwem. To było dla mnie bardzo trudne, korzystałam wtedy z pomocy psycholożki i psychiatry. Czułam, że się rozpadam, i próbowałam na różne sposoby zaspokajać samotność związaną z poruszaniem tego tematu – tłumaczy. Jednak się nie rozwiodła, za to znalazła rozmówców, którzy pomogli jej w napisaniu książki o nowoczesnym rozstaniu. Takim, które przytrafia się „kulturalnym” ludziom stroniącym od alkoholu, z dziećmi i kredytem na głowie. Niełatwo jej było przełamać ich opór przed rozmową. – Co innego pośmiać się, powyklinać przy winie na miniony związek, a co innego spróbować naprawdę wejść we wspomnienia i zobaczyć wydarzenia z nowej perspektywy. Myślę też, że sporo osób ma sobie wiele do zarzucenia, mają poczucie winy. Inni wolą zapomnieć na zawsze o przykrościach, których doznali i których sami byli sprawcami. Bardzo nam zależało, żeby doświadczenie rozstania oddać po prostu z godnością. Żeby po tej książce trudniej było straszyć się rozwodem – opowiada.

Czy naprawdę się nim straszy? Raczej tak. Trauma, samotność, przegrane życie. Teksty w stylu: kobieta po czterdziestce prędzej zginie w katastrofie lotniczej, niż wyjdzie za mąż – dziś bardziej pasuje do filmów kostiumowych. Osobiście znam kobietę, która w wieku 39 lat poznała swojego życiowego partnera i urodziła troje dzieci jedno po drugim. A także taką, która mając 42 lata, skusiła się na jednonocną przygodę, zaszła w nieplanowaną ciążę, urodziła dziecko, a z jego ojcem stworzyła związek na całe życie.

Pod płaszczykiem konserwatyzmu

Jednak istnieje coś takiego jak presja społeczna, którą w Polsce odczuwamy szczególnie. O ile ogólna akceptacja dla rozwodów od lat wzrasta, to nie jest bezwarunkowa, a samo zjawisko nieustannie budzi kontrowersje. Według badań CBOS z końca 2018 roku wynika, że zwolennicy rozwodów stanowią w Polsce grupę niemal trzykrotnie większą niż ich przeciwnicy (32 proc. w stosunku do 12 proc.), do tego w ostatnim dziesięcioleciu odsetek zwolenników rozwodów wzrósł o ponad połowę (z 20 proc. w 2008 roku do 32 proc. w 2018 roku). Zarazem aż 67 proc. badanych twierdzi, że rozwody są złe i trzeba walczyć o małżeństwo, a tolerancja dla rozwodów jest większa, gdy mowa o bezdzietnych małżeństwach.

– Zmiana społeczna na pewno następuje – komentuje socjolożka rodziny, dr hab. Małgorzata Sikorska z Instytutu Socjologii UW. – Dowodem tego są choćby imprezy porozwodowe, które pokazują, że koniec małżeństwa może być okazją do świętowania i ogłoszenia nowego początku.

"To, że kobiety się emancypują i są aktywne na rynku pracy, sprawia, że łatwiej im podjąć decyzję o rozstaniu."

Zresztą to w głównie one składają pozwy – dodaje, powołując się na niedawne dane GUS-u, pokazujące, że aż w ¾ przypadków inicjatywa rozwodowa należy do kobiet. Socjolożka podkreśla jednak, że mimo że przywiązanie do tradycji, budowanie życia na nakazach społecznych czy religijnych zdają się tracić na sile, to nadal pozostajemy mocno konserwatywnym społeczeństwem. Potwierdza to wypowiedź innej mojej rozmówczyni, analityczki finansowej Magdy (43 lata), która rozwiodła się po 10 latach małżeństwa, z którego ma dwoje dzieci. – Mimo że między nami od dawna nie było bliskości i intymności, łączyły nas tylko rozmowy o tym, co trzeba zrobić następnego dnia, to nie chciałam się rozstawać. Wyniosłam z domu przekonanie, że rodzina musi być pełna i że lepiej być w złym związku niż żadnym. I oczywiście, że tak jest najlepiej dla dzieci – mówi.

Na przekór traumie

Nasz konserwatyzm to jedno, ale trudno nam zaczynać od nowa też dlatego, że nie mamy kultury uczenia się na błędach. Porażki czy błędy są zamiatane pod dywan, zamiast stać się częścią życia.

Tymczasem, żeby się rozwijać, musimy wyciągać wnioski z przeszłości, a nie radykalnie się od niej odcinać i ją potępiać. W końcu życie to proces, wszystkie etapy są w nim ważne, nawet te wiążące się z czymś trudnym i przykrym.

Zresztą bywa i tak, że strach ma wielkie oczy, a rozstanie okazuje się mniej druzgocące, niż można by przypuszczać. Gary Lewandowski, profesor i kierownik katedry psychologii na Uniwersytecie Monmouth, w swojej mowie podczas konferencji TED opowiada o badaniu, które pokazało, że rozstanie wcale nie pozostawiło ludzi tak rozbitymi, jak im się wydawało. Wręcz przeciwnie – aż 41 proc. jego rozmówców powiedziało, że po zsumowaniu wszystkich za i przeciw rozstanie miało dla nich pozytywy skutek. Oczywiście nie można się oszukiwać. Rozwód boli. Ale związki mają gigantyczny wpływ na to, jakimi jesteśmy ludźmi. Po zakończeniu tych, w których jeden partner ciągnął drugiego w dół, ludzie czuli przypływ dobrej energii i otwierali się na nowe. – Zamiast traumatyzować rozwód, lepiej społecznie zacząć patrzeć na niego jak na jeden z kryzysów życiowych, który będzie musiała przejść być może i połowa z nas – mówi Joanna Zawanowska, psycholożka i terapeutka z Centrum Terapii Dialog. – Trzeba próbować inaczej kategoryzować to zjawisko, które może być rozwojowe.

"Kobietom w przemocowych czy pustych emocjonalnie związkach rozwód może pomóc w odbudowie samooceny i nabyciu nowej tożsamości"

– dodaje, opowiadając, że istnieje nawet pojęcie posttraumatycznego wzrostu, czyli przepracowania traumy, które sprawia, że stajemy się mądrzejszymi, dojrzalszymi ludźmi. Psychoterapeutka odrzuca też argument, że dzieci zawsze na tym cierpią. – Dziecko intensywnie chłonie to, co dzieje się dookoła niego, i internalizuje to. Jeśli przez długi czas będzie obserwowało skonfliktowanych rodziców, a co gorsza – przymuszone – opowiadało się po którejś ze stron, wpłynie to na jego przyszłe życie osobiste, wykształcając w nim np. lękowy sposób przywiązania – tłumaczy.

To wszystko nie oznacza, że rozwód to pestka. David Sbarra, profesor psychologii z Uniwersytetu Arizony, w jednym ze swoich publicznych wystąpień porównuje ten czas do gry Frogger, w której użytkownik jest żabą usiłującą pokonać różne przeszkody na drodze do kolejnego poziomu gry. Po żartobliwym wstępie radzi jednak, jak się z tym uporać. Między innymi spojrzeć na rozwód nie jak na osobistą porażkę, która przydarzyła się tylko mnie, lecz jak na część ludzkiego doświadczenia. Tłumaczy, że rozwód uderza w nas tak bardzo dlatego, że definiujemy się przez związki z innymi ludźmi. Dlatego zaleca powrót do tych zajęć i więzi z tymi ludźmi, którzy wzmacniają poczucie tego, kim jesteśmy.

Co jeszcze można zrobić, żeby sobie ulżyć? Słynna terapeutka Esther Perel twierdzi, że w czasie rozstania nie należy skupiać się tylko na negatywnych aspektach relacji – i to nawet jeśli sami jesteśmy zdradzonymi, porzuconymi małżonkami. W swojej książce „Kocha, lubi, zdradza” pisze, że potrzebujemy takiej koncepcji zakończonego małżeństwa, która nie będzie go dewaluować, lecz pozwoli zobaczyć je jako etap życia i zachować spójność emocji. „Zakończenie małżeństwa wykracza poza podpisanie papierów rozwodowych. A rozwód to nie koniec rodziny, tylko jej reorganizacja” – twierdzi. I zachęca rozchodzące się pary do pisania do siebie listów pożegnalnych, w których wyjawią, czego będzie im brakowało po rozstaniu czy co będą dobrze wspominać. Zapewnia, że – nawet jeśli robi się to bez przekonania – może to przynieść ukojenie. I pomóc przestać się łudzić – list od małżonka otwiera oczy. Można dostrzec, że choć napisał miłe rzeczy, to nie ma już w nim miłości, i zaakceptować to, że odchodzi.

Życie toczy się dalej

Perel nie udaje, że to wszystko ma zawsze łatwy przebieg. Zezwala na gniew, ale taki, który mobilizuje, a nie wpędza w nieszczęście. Chodzi o to, by dopuścić do siebie narrację, która dodaje siły, a nie więzi w roli ofiary. Wszystko dlatego, że – jak pisze –

„Życie musi toczyć się dalej – trzeba odzyskać nadzieję, miłość i zaufanie”.

Warto też przyjrzeć się innym kobietom, które przekuły rozstanie w coś dobrego. Zamiast utożsamiać je z porażką, zobaczyły w nim szansę na budowę kolejnej, równie udanej drogi życiowej. Pisarka Rachel Cusk, mając 43 lata i dwoje dzieci, w jednym z wywiadów tak opowiadała o swoim doświadczeniu rozwodu: „To dziwne uczucie być znowu samą, kiedy tyle lat funkcjonowało się w kręgu rodziny. To tak, jakby wyjść z cienia na słońce. Ty znów interesujesz się światem, a on interesuje się tobą”. I dodawała, że niczego się nie boi, bo dała życie, nie interesuje jej już to, jak inni oceniają jej wygląd, czuje się kompetentna w wielu dziedzinach, a jej poświęcenie pracy sprawia, że zawsze wie, jak zagospodarować swoją energię.

Można poradzić sobie z poczuciem rozbicia. Japończycy mają nawet na to nazwę. Kintsugi, czyli sklejanie rozbitych naczyń. To nie tylko garncarstwo, lecz także filozofia, która uczy, by traktować szkodę i jej naprawę jako cenną możliwość. Blizny, które pozostawia rozstanie, mogą stać się źródłem siły. A nauka, jaka z niego wypływa, stać się wskazówką do tego, czego unikać w kolejnej, tym razem bardziej udanej relacji.

Artykuł pochodzi z październikowego wydania magazynu ELLE 2020.