Robert: Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? Ależ się wtedy ciebie bałem. Ja, zakompleksiony chłopak z Kielc, a tu mam się spotkać z taką gwiazdą! Znaną aktorką, diwą z okładek. I jeszcze ją strzyc! Byłem przerażony.

Danuta: No co ty! Robert! Przecież ja też wyjechałam kiedyś z mojego Gowidlina – noszę je w sobie do dziś. I to też był dla mnie wielki świat. Pamiętam! Spotkaliśmy się rano, przed drugą próbą generalną „Uroczystości” w reżyserii Grzesia Jarzyny. Grałam Helene, krnąbrną dziewczynę, rodzinną czarną owcę.

Robert: Zobaczyłem cię na scenie podczas prób, w wykrochmalonej płóciennej halce i z włosami zaczesanymi w kok. Pomyślałem wtedy: „Przecież to kompletnie nie pasuje do postaci!”.Dziewczyna ze scenariusza jest zbuntowana. To studentka, która ma czarnoskórego kochanka, a ta tutaj wygląda jak hrabina. Powiedziałem Grzegorzowi, że musisz być nowoczesna, frywolna, mieć odważną fryzurę. Na szczęście to on cię musiał namawiać. Wreszcie powiedziałaś, że OK. I ja, taki przestraszony chłopak, który zaczyna dopiero w stolicy, poszedłem do ciebie i zacząłem ścinać ci włosy.

Danuta: Zgodziłam się… ale swoje wiedziałam. Byłam pewna, że z moimi włosami nic się nie da zrobić. Miałam fatalne doświadczenia. Już mi kiedyś próbowano zmienić fryzurę na ekstrawagancką i ścięto mi włosy. Do Teatru Telewizji. Efekt był tragiczny. Tymczasem Grzesiek chciał, bym wyglądała jak „superlaska”. Uparliście się na te krótkie włosy. Ja też się strasznie denerwowałam. Zamknęłam oczy, żeby nie brać w tym udziału i żebyś nie dostrzegł w nich mojego komentarza. Nie otwierałam ich do końca strzyżenia. I kiedy otworzyłam… nie mogłam uwierzyć.

Robert: A ja cały czas powtarzałem sobie w głowie, że się uda, że przecież uczyłem się fryzjerstwa w Londynie, no przecież umiem. Tylko muszę pracować powoli i się nie denerwować. W środku umierałem ze stresu. Pot płynął mi po plecach. I wreszcie kończymy. Otwierasz oczy i masz tak niesamowity wyraz twarzy. Zaskoczenie totalne. Niedowierzanie!

Danuta: Do tego doszedł makijaż Goni Wielochy, też zupełnie dla mnie nowy – bardzo mocne oko i jasne usta. Włożyłam kostium skomponowany przez Magdę Maciejewską – czarny, skórzany: spodnie, coś między długim topem a sukienką, z odsłoniętymi ramionami, na srebrnej obroży, i botki na szpilce. Gram w nim zresztą do tej pory, mimo że kostiumy uległy zmianie. Wreszcie schodzę na scenę, wpadam na pana Bronka Pawlika, mówię „dzień dobry”… I cisza. Okazało się, że zapytał swoją asystentkę, co tu robią obce osoby, to jest spotkanie reżysera tylko z aktorami. Nie poznał mnie. A dzielił nas metr.

Robert: Po premierze podeszła do mnie Magda Różdżka, jeszcze studentka, i załamana powiedziała, że jest megawkurzona. Zawsze myślała, że to ona będzie „drugą Danką Stenką”, ale już jest „druga Danka Stenka”. Ta dziewczyna na scenie. I kto to w ogóle jest?

Danuta: Nie poznała mnie moja własna agentka, Lucyna Kobierzycka. Nie poznał Piotrek Adamczyk, z którym dopiero co skończyliśmy zdjęcia do „Chopina”. A pani z kasy powiedziała, że widz zrobił jej awanturę. Poczuł się oszukany – miała grać Stenka, a nie grała. Zmiana była ogromna. Nagle całą sobą poczułam, jak ta dziewczyna się porusza, jak mówi, jak patrzy. Ale metamorfoza miała wpływ nie tylko na tę konkretną rolę, lecz także na całe moje dalsze życie. Coś się we mnie otworzyło. Furtka do nieznanej mi wcześniej ukrytej kobiecej energii.

Robert: I zaczęła się moda na tę fryzurę. Kobiety zamawiały cięcie „na Dankę”. Ty nawet zrobiłaś kampanię reklamową produktów do włosów.

Danuta: Mój wizerunek zmienił się totalnie. Niewątpliwie miał wpływ na propozycję zagrania Judyty
w „Nigdy w życiu”. Skończył się okres „nobliwy”, otworzył „zadziorny”. Okazało się, że nie muszę grać „pań”, mogę grać „dziewczyny”. Nawet moje córki przez kilka tygodni powtarzały: „Mamo, ty nie jesteś ty!”. Ja przestawiałam się jeszcze dłużej. Nadziewałam się na swoje odbicie  w lustrze czy w szybie i w pierwszej sekundzie widziałam nieznaną mi kobietę. I co fantastyczne, ta kobieta mi się podobała. Miałam wtedy 40 lat, a ty cofnąłeś mnie na linii czasu o co najmniej dekadę. Tak zaczęto mnie traktować i przede wszystkim tak się czułam.

Robert: I dostałaś takiego niesamowitego seksapilu. Pamiętam, jak kiedyś usłyszałem od Krzyśka Warlikowskiego, że jesteś najpiękniejszą kobietą w Polsce. Dodajmy, że poza pięknem masz też megaodwagę. Pamiętasz, kiedy robiliśmy „Anioły w Ameryce!”? Byłaś niesamowita! Pozwoliłaś się do tej roli pogrubić. Kostiumografowie zrobili ci solidną pupę, żebyś wyglądała jak typowa Amerykanka z lat 50.

Danuta: To był mój pomysł! Nie dość, że nie pasowałam do opisu „pańci z dużą pupą”, to przed premierą jeszcze schudłam. Poprosiłam, by zamiast dopasowywać mi kostium, zrobiono mi rodzaj body wypełnionego tu i ówdzie gąbką. Uwielbiam zmiany w tym zawodzie!

Robert: Jasne, ale aktorki się tego boją. Wszystkie tylko by się odchudzały!

Danuta: Zainspirowała mnie Sophia Loren, z której do jednej z ról zrobiono „mamuśkę” o obfitych kształtach. Z dobrymi reżyserami nie boisz się zmian. Wspominam te czasy pierwszych spektakli z Krzysiem Warlikowskim i Grzesiem Jarzyną z rozrzewnieniem.

Robert: Ja też, przy was nauczyłem się teatru. Całe godziny spędzałem w garderobie, a także przy operach w Paryżu. Dziś szybko rozpoznaję dobry spektakl. Ale to właśnie spotkanie z tobą było najważniejsze. Po tej metamorfozie ruszyła także moja kariera. Bo ja byłem tym, który odmienił Danutę Stenkę.

Danuta: Chyba wzajemnie zmieniliśmy sobie zwrotnicę, zmieniliśmy tory, co?

 

Wysłuchała: Agnieszka Prokopowicz