– Siedzisz w kręgu z ludźmi, których nigdy wcześniej nie widziałaś. W drewnianej stodole panuje półmrok. W powietrzu unosi się zapach kadzideł i białej szałwii. Choć nikogo nie znasz, czujesz się bezpiecznie. Wiesz, że wszyscy są tu w tym samym celu co ty – opowiada Anka (32 lata), menedżerka z międzynarodowej korporacji. W ceremonii ayahuaski po raz pierwszy wzięła udział dwa lata temu. Namówiła ją koleżanka, dla której to był kolejny, po jodze kundalini, ustawieniach Hellingera i kursach mindfulness, krok na drodze samorozwoju. Od tego czasu Anka powtarza ją co pół roku. – Jedni jadą do spa albo na city break do Berlina. Ja wolę „ayę” – mówi ze śmiechem.

Zakazana terapia
„Aya”, czyli ayahuasca, to niepozorny (choć, jak przyznaje Anka, obrzydliwy w smaku) wywar z pnącza roślin naturalnie występujących m.in. w Kolumbii i Peru. Tamtejsze plemiona indiańskie piją go od setek lat, wierząc, że równoważy cztery sfery ludzkiego bytu: ducha, ciała, serca i umysłu. Sekret „ayi” tkwi w tzw. DMT. To dimetylotryptamina – substancja o bardzo silnym działaniu halucynogennym, określana jako najmocniejszy psychodelik świata. Uwielbiana przez hipisów w latach 70., dziś przeżywa swój renesans. Dowód? Ceremonie ayahuaski z amazońskiej dżungli przeniosły się do nowoczesnych loftów w Paryżu i Nowym Jorku. Uczestniczą w nich poważni biznesmeni i światowej sławy celebryci. Sting i Tori Amos twierdzą, że to właśnie dzięki „ayi” stworzyli swoje najlepsze kompozycje. Lindsay Lohan sesje z ayahuaską pomogły w wyjściu z uzależnienia od narkotyków i alkoholu. Bo choć ma działanie psychoaktywne, zdaniem wielu nie tylko nie uzależnia, lecz także potrafi zdziałać więcej niż lata terapii odwykowej. Może być wsparciem w leczeniu depresji, nerwic i zaburzeń lękowych, o czym pisze Maciej Lorenc w książce „Czy psychodeliki uratują świat?”. W Polsce jest jednak nielegalna, tak jak i inne substancje psychoaktywne (np. meskalina zawarta w peruwiańskim kaktusie san pedro czy obecna w grzybach halucynogennych psylocybina).

Znalezione obrazy dla zapytania: czy psychodeliki uratuja

Co innego w sąsiednich Czechach (to główny kierunek psychodelicznej turystyki w naszej części Europy) czy kalifornijskiej Dolinie Krzemowej, gdzie coraz częściej sięgają po nią komputerowi geniusze. Po zimnych prysznicach, adaptogenach i krótkoterminowych postach to dla nich kolejny sposób, by wyostrzyć umysł i poprawić koncentrację. Nic dziwnego, że magazyn „The New Yorker” nazwał ayahuascę „hipsterskim narkotykiem ery jarmużu”. Ale jak twierdzą zwolennicy „ayi”, ma ona głównie duchowy wymiar, a wizje i „haj” to tylko efekt uboczny. – „Aya” pomogła mi znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Przez lata tkwiłam w toksycznym związku. Po drugiej sesji poczułam w sobie siłę, by wreszcie go zakończyć. To było mocne przeżycie, nie mogłam przestać wymiotować (to nieodłączna część rytuału, dlatego przed ceremonią jest zalecany post). Szaman wyjaśnił, że moje ciało i umysł musiały się oczyścić. Wiem, że to brzmi bardzo w stylu New Age, ale w życiu nie czułam takiej ulgi. Byłam lekka, jakbym unosiła się nad ziemią – mówi Anka. Na jej ramieniu zauważam małe, białe kropki. To ślady po ceremonii kambo, w której wykorzystuje się jad zielonej żaby drzewnej, żyjącej w puszczy amazońskiej. Szaman za pomocą kadzidła delikatnie przypala skórę w kilku miejscach, a następnie nakłada na nią kambo. Dzięki temu przenika ono do układu limfatycznego. – Po niecałej minucie ciało zalewa fala gorąca, serce zaczyna bić szybciej, w głowie czuć nagły skok ciśnienia. Ale po pół godzinie wszystko mija – opisuje Anka. W przeciwieństwie do ayahuaski kambo (zwane też sapo) nie jest substancją psychoaktywną i jego stosowanie w Polsce jest dozwolone. Ma ono działać jak naturalna szczepionka, skanując ciało w poszukiwaniu problemów i usuwając wszystkie toksyny na zewnątrz (stąd często pojawiają się wymioty). Zdaniem niektórych badaczy może zrewolucjonizować leczenie m.in. nowotworów, choroby Parkinsona i Alzheimera. Na razie, tak samo jak w przypadku ayahuaski, brak jednak dowodów na jego skuteczność. 

(Nie)bezpieczny odlot
Nie wiadomo też, jak organizm zareaguje na nieznane substancje. – Trudno określić ich wpływ na zdrowie ze względu na małą liczbę naukowych badań dotyczących tych substancji – tłumaczy psycholog kliniczny z Uniwersytetu SWPS, dr Agnieszka Bratkiewicz. Według niej osoby, które decydują się na takie eksperymenty, często mają zwiększoną potrzebę doznań, tzw. sensation seeking. Istnieje też spora podgrupa osób, które chcą leczyć się z problemów zdrowotnych i psychicznych, takich jak uzależnienia, lęki czy symptomy traumy. – Badania wskazują, że w wyniku stosowania tych substancji mogą pojawić się pozytywne efekty: poprawa nastroju, większe docenienie życia i świadomość siebie, rodzaj duchowej przemiany, o której tak często mówią „adepci” psychodelików. Ale ich stosowanie może też okazać się dla nich kolejną traumą, wywołać ataki paniki, stany lękowe, koszmary nocne. Tak zwane flashbacki mogą pojawić się nawet po latach – występuje wtedy poczucie, że tu i teraz dzieje się to, co działo się pod wpływem tych substancji, a towarzyszy temu zwykle niepokój czy wręcz przerażenie – dodaje. 

Mimo to chętnych przybywa. Zwłaszcza że psychodelikom towarzyszy otoczka elitarności. Kontaktu do szamana nie znajdziemy w sieci, tak jak na ceremonię nie wejdziemy z ulicy. Aby wziąć w niej udział, trzeba być poleconym przez osobę, która ma już doświadczenie z psychodelikami. Po pierwsze dlatego, że ich rozprowadzanie w Polsce jest nielegalne. Po drugie, by zachować tajemniczy, mistyczny charakter rytuału. Czy psychodeliki staną się nowym skokiem na bungee dla przebodźcowanych i szukających nowych wrażeń pracowników korporacji? – Znam badania, które wykazały, że większość ludzi, gdyby mogła zastosować substancję psychoaktywną, która poprawi jakość ich życia bez ponoszenia większych kosztów, toby to zrobiła – mówi dr Agnieszka Bratkiewicz. 
Pozostaje pytanie: na ile świadomie? – Jeśli ktoś czuje potrzebę używania ayahuaski, powinien robić to tam, gdzie ona naturalnie występuje, w obecności właściwej osoby, bo to jest cały rytuał. Podobnie z kambo, które w Ameryce Południowej podaje się nawet dzieciom. W naszym klimacie nie ma to sensu. Jesteśmy przyzwyczajeni do roślin, które rosną tutaj. Trzymajmy się tego, co lokalne i nam nie szkodzi – radzi ziołoznawca Justyna Pargieła, autorka warsztatów DziczeJemy o dzikich roślinach jadalnych. Wiele z nich ma właściwości lecznicze, np. krwawnik, dawniej używany do produkcji piwa o działaniu halucynogennym, wpływa na jakość krwi. Napar z niego pomaga przy anemiach i bolesnych miesiączkach. Z kolei bieluń dziędzierzawa, kiedyś palony przez szamanów, którzy wprowadzali się w wizje, pobudza korę mózgową. Ale można go śmiertelnie przedawkować. Bezpieczne (w odpowiednich dawkach) są za to pokrzywa, która dodaje energii, i dziurawiec, który poprawia jakość snu i działa antydepresyjnie. I do tego jest w pełni legalny.

Marta Krupińska