Szczoteczki soniczne FOREO do mycia twarzy są znane na całym świecie. Te elektryczne urządzenia pokochały kobiety pod chyba każdą szerokością geograficzną. Powód? To dzięki nim możemy pożegnać się z niedoskonałościami, nadprodukcją sebum i zaskórnikami. Dogłębne oczyszczenie, brak krostek, za to promienna i doskonała cera. Ale to nie jedyne produkty od szwedzkiej firmy. W ofercie FOREO znajdziemy też urządzenia pielęgnacyjne do aplikacji maseczek - UFO, lampę na trądzik - ESPADĘ, a nawet szczoteczki do zębów - ISSA. Teraz do tej listy możemy dopisać kolejny produkt, a mianowicie FOREO BEAR do modelowania twarzy.

FOREO BEAR - jedyne takie urządzenie do ujędrnienia skóry twarzy 

Na pierwszy rzut oka wygląda niepozornie, ale to produkt, który śmiało można nazwać rewolucyjnym. Już nie trzeba umawiać się na zabiegi w salonach kosmetycznych, na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań do wykorzystania w warunkach domowych. BEAR i BEAR mini są jak trening, tylko do skóry twarzy. A to za sprawą stymulujących mikroprądów i sonicznych pulsacji (T-Sonic). Efekt? Ujędrniona i naprężona skóra, a także wymodelowane kontury twarzy, ujednolicony koloryt oraz zrelaksowana twarz. Na dodatek, efekty widać już po pierwszym użyciu (naprawdę!). Pierwsze zmarszczki i drobne linie są wygładzone. To też dobre rozwiązanie jeśli mamy problem z wiecznie zmęczoną i szarą cerą.

Pierwszy raz sięgnęłam po "miśka" właśnie po nieprzespanej nocy (ach, ta pełnia) i zbyt długim siedzeniu przed komputerem, co aktualnie zdarza mi się teraz dosyć często. Odpowiednio dbam o skórę, ale nawet najlepsze kosmetyki nie pomogą, jeśli zmęczenie i stres są stałymi partnerami codzienności w trakcie pandemii. Jak się okazało to był dobry moment na ten test. Urządzenie wystarczy sparować z aplikacją, co trwa zaledwie kilka sekund - to właśnie ona pokazuje jak odpowiednio masować twarz "misiem". Następnie na oczyszczoną twarz należy zaaplikować nasze ulubione serum lub SERUM SERUM SERUM od FOREO. Uwaga, zasada jest jedna, kosmetyk musi mieć w swoim składzie wodę, bo to ona przewodzi "prąd", a raczej mikroprądy. Inaczej nie wykorzystamy w pełni właściwości masażera. Dlaczego wykorzystano właśnie tę technologię? Impulsy elektryczne odpowiednio stymulują mikrokrążenie i sprawiają, że uszkodzone komórki odbudowują się jako silniejsze. 

Foreo Bear / archiwum prywatne

Dodatkowo, BEAR posiada pięć poziomów intensywności, ale bez problemu można zacząć od tych najwyższych - masowanie urządzeniem FOREO nie boli, wręcz przeciwnie, jest bardzo przyjemne. Przesuwając "misia" po twarzy stymulujemy produkcję kolagenu i elastyny oraz ujędrniamy skórę. Urządzenie zawiera również Anti-Shock System™, czyli system dostosowujący intensywność mikroprądów do naszej skóry. To rozwiązanie "korzysta z ultra inteligentnych czujników, które skanują i mierzą wytrzymałość skóry na elektryczność z częstotliwością 100x na sekundę. Następnie automatycznie dostosowuje mikroprądy odpowiednie do twarzy." Dlatego nie ma co się bać, śliczny BEAR jest totalnie bezpieczny i to jedyne urządzenie tego typu posiadające taki system.

Na wspomnianej już aplikacji znajdziemy program "Total Facial Workout", dzięki któremu wymodelujemy i rozluźnimy takie partie twarzy jak policzki, czoło, szyja i szczęka. Dzięki urządzeniu wykonamy zabieg na całą twarz, ale w ofercie jest również BEAR mini w ślicznym lawendowym i jasnoróżowym kolorze i z trzema trybami intensywności. Czym się różni ten maluch od dużej wersji? To produkt idealny jeśli chcemy się skupić na skórze pod oczami, brwiach czy okolicach ust (sprawdźcie w aplikacji program "Contour Cardio"). 

Moje wrażenia: już po pierwszej aplikacji zauważyłam, że skóra przy ustach i na czole jest bardziej napięta, ale nie od stresu i trosk. Wyglądałam na zdrową i wypoczętą, jakbym przed chwilą wróciła z wakacji. Kąciki ust już nie opadały, zmniejszyła się widoczność linii, a kości jarzmowe były bardziej podkreślone (i to bez użycia rozświetlacza i bronzera). Po urządzenie sięgam kilka razy w tygodniu i to nie tylko dlatego, że chcę przeciwdziałać oznakom starzenia się i zmęczenia. To również moje pięć minut, kiedy mogę się  w końcu zrelaksować. Termin "domowe spa" nabrało teraz nowego znaczenia. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez (@sundaygirlmakeup) Paź 21, 2020 o 11:20 PDT