Jestem wyrazistą brunetką i ma to swoje plusy — często zbieram komplementy za długie rzęsy i grube, czarne brwi. Jest też jednak druga strona medalu. Wąsik. Przez całe nastoletnie życie albo mi go wytykano (pozdrowienia dla kolegów z klasy), albo mnie pocieszano, że jest uroczy. Że w końcu jestem brunetką, więc taka moja uroda i powinnam go zaakceptować. A jednak porównania do Heleny Kurcewiczówny z „Ogniem i mieczem", którymi częstowały mnie ciocie na imieninach, nieszczególnie mnie zachwycały. Nie miałam też w sobie wystarczająco odwagi, by przyjąć styl a la Frida Kahlo. Dziś, gdy hipsterski wąs wrócił do łask, a ja jestem wystarczająco z sobą pogodzona, by nie przejmować się drobnymi defektami swojego wyglądu, nadal wolę, by pozostawał domeną mężczyzn. Przez większą część życia był to jednak mój spory kompleks i sprawdziłam na sobie chyba wszystkie sposoby na to, by się go pozbyć. Mniej lub bardziej skuteczne. Każdy jednak przywracał mi upragnioną pewność siebie, przynajmniej na jakiś czas. Nie wspominając już o tym, że gładka skóra nad górną wargą to konieczność, jeśli chcę, by usta umalowane czerwoną szminką nie wyglądały groteskowo. A gdy zrobię dzióbek, żeby w ramach poprawy humoru zrobić sobie selfie, też niekoniecznie chcę potem podziwiać na nim swój wąs.

Próby i błędy

Podejście numer jeden — woda utleniona. Pod koniec podstawówki w kobiecym magazynie wyczytuję, że jasne włoski będą mniej widoczne na skórze. Eureka! Gdy mama pakuje mi wodę utlenioną do kolonijnej apteczki, wiem już, że na pewno nie będę jej używała do odkażania ran. Tego lata codziennie, rano i wieczorem, rozjaśniam swój ciemny i raczej gruby wąsik. Efekty faktycznie są — włoski zmieniają kolor. Z czarnego na... rudy. I nadal rzucający się w oczy. Woda utleniona przesusza mi skórę, więc po powrocie z wakacji przez kilka tygodni walczę z jej podrażnieniem i łuszczeniem. Czekam, aż rudy wąs odrośnie i planuję kolejną metodę jego eksterminacji. Na szczęście mam w sobie wystarczająco dużo rozsądku, by swojego wąsika nie golić. Wiem, że to najprostsza droga, by stał się jeszcze grubszy i mocniejszy — jak u mężczyzn. Tymczasem w drogeriach pojawia się właśnie supernowość — kremy do depilacji. Kuszą obietnicą gładkiej skóry. Co z tego, że sposób ich działania jest analogiczny jak w przypadku golarki — rozpuszczają włoski tuż przy skórze, sprawiając, że i tak odrastają po góra dwóch dniach. Grubsze i mocniejsze. Przed wyhodowaniem męskiego zarostu ratuje mnie zapach takiego kremu. Ostry i gryzący, szczególnie gdy unosi się bezpośrednio pod nosem. Olfaktorycznym katuszom mówię „nie" i szukam przyjemniejszego sposobu na pożegnanie z wąsikiem.