"Twoje życie w moich rękach" to rzeczywistość polskiej służby zdrowia opowiedziana przez lekarzy najpopularniejszych specjalizacji w Polsce i pracowników medycznych. Publikacja Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin pomaga zrozumieć, jak wygląda ich codzienność i demaskuje absurdy polskich szpitali i systemu opieki zdrowotnej. Wśród nich m.in. brak możliwości stosowania najnowszych osiągnięć medycyny, niedobory kadry lekarskiej i pielęgniarskiej oraz szybka (tylko z nazwy) diagnostyka. Niektórzy rozmówcy woleli pozostać anonimowi, to cena za to, by ich opowieści były szczere i bez cenzury.

Fragmenty książki...

Okulistka


Pamięta pani momenty, w których czuła pani, że młodzieńcza pasja zderza się z rzeczywistością polskiego systemu ochrony zdrowia?


Na początku widzi się świat przez różowe okulary, jest wspaniale. A później jest to zderzenie – chciałoby się pomóc pacjentowi i nie można. Braliśmy jako szpital udział w programie lekowym, dostaliśmy trzydzieścioro oczu, a lista oczekujących liczyła trzysta osób. Rzeczywistość atakowała, kiedy pacjent narzekał, że najbliższa wizyta w poradni jest możliwa za rok.

Co to znaczy, że dostaliście trzydzieścioro oczu?


Że dostaliśmy refundację tego leku na leczenie tylko trzydzieściorga oczu. A pacjent ma dwoje oczu i mógł mieć chore oba, my jednak mogliśmy zakwalifikować na leczenie tylko tyle oczu, ile było w programie, a reszta pacjentów czekała. Teraz wiem, że to się poprawiło, jest więcej pieniędzy z programów lekowych, choć nadal niewystarczająco. Wtedy było mniej i to było frustrujące, kiedy trzeba było powiedzieć pacjentowi, że niestety, musi czekać, bo my nie mamy możliwości refundacji. A to były pilne sprawy, na przykład wysiękowa postać zwyrodnienia plamki związana z wiekiem. Jeśli się tego szybko nie wyleczy, może dojść do powstania blizny w plamce i pacjent nie będzie widział centralnie, tylko bokami. Leczy się to zastrzykami. Prywatnie jeden zastrzyk kosztuje około tysiąca złotych, a pacjent musi go dostawać co miesiąc. To może pani policzyć, w jakiej sytuacji są emeryci. Natomiast kolejki do operacji zaćmy są długie, bo brakuje ludzi, żeby przyspieszyć wykonywanie zabiegów. Nie wiem, czy w ogóle brakuje okulistów, czy może za mało specjalistów przeprowadza tę operacje. Wiem, że gdy dorzucili nam w szpitalu pieniędzy, to mieliśmy operacje od ósmej do dwudziestej, żeby wyrobić kontrakt. Zwykle dorzucali pieniądze na koniec roku, wtedy więc zaczynało się szaleństwo.