„Co drugi Polak narzeka na osłabienie. Coraz częściej jesteśmy zmęczeni. To są statystyki zatrważające, zwłaszcza gdy wchodzenie do Europy wymaga sprężystego kroku” – pisała dziennikarka ELLE w jednym z pierwszych numerów magazynu. Po latach okazuje się, że w tych paru zdaniach mieści się trafna diagnoza 1994 roku. Pęd po lepsze okupiony zadyszką – tak to mniej więcej wyglądało.

Czas. To tylko pięć lat

Pamiętacie pewnie, co robiłyście pięć lat temu. Nawet jeśli coś zupełnie innego niż dziś, to w podobnych okolicznościach – knajpa, spożywczak, sklep z ubraniami, stacja wypożyczania rowerów są raczej tam, gdzie były. Przybyło trochę szyldów, nowych dań i aplikacji oraz elektryczne hulajnogi. Zmieniła się władza, ale – jednak – nie zmieniła codzienność.

Polska 1994 roku obchodziła pięciolecie wyborów, po których zmienił się ustrój, a wraz z nim właściwie wszystko. Zapełniły się sklepowe półki, ale upadały zakłady pracy. Zmieniały się wymagania pracodawców, przepisy dotyczące wszystkiego, ceny już nie galopowały, ale w obiegu były miliony złotych. Nauczycielka zarabiała niecałe pięć milionów, stażysta w wielkiej zachodniej firmie konsultingowej – 28 mln, a dyrektor, zazwyczaj cudzoziemiec, takiej firmy – 500 mln zł, płacone w dolarach. Pierwszy numer ELLE kosztował prawie 40 tys. zł, bilet lotniczy do Londynu – ponad cztery miliony, telewizor – tyle, co metr mieszkania w Warszawie – około 10 mln zł. Dopiero w 1995 roku w ramach denominacji odjęto od miliona cztery zera.

Krótko mówiąc, ELLE zastała Polskę w trakcie intensywnych przemian systemowych i społecznych. Polskę, w której co czwartej rodzinie brakowało pieniędzy na jedzenie, i Polskę, którą Światowe Forum Ekonomiczne po raz pierwszy wpisało na listę najbardziej konkurencyjnych państw świata. Na ostatnie, 41. miejsce, ale zawsze. Najbardziej poszukiwanym zawodem był doradca inwestycyjny – jak dotąd był tylko jeden.

Zakupy. Komu w głowie fanaberie

Co nie bez znaczenia, gdy mówimy o magazynie poświęconym w dużej mierze modzie, ELLE zastało Polskę ubraną raczej byle jak.

Owszem, były zwiastuny, że może być inaczej. Agencje, po których potem zaginął ślad, organizowały wielogodzinne pokazy mody, w których swoje, zupełnie wówczas odjechane, projekty prezentowali Jerzy Antkowiak i producenci dżinsów z Pabianic. Delegacja pisma „Burda” jeździła po kraju i wyszukiwała utalentowanych młodych projektantów. Międzynarodowy konkurs dla debiutantów Smirnoff International Fashion Awards miał już polską edycję.

Ale Polakom nie w głowie były fanaberie. Dość powiedzieć, że 90 proc. Polek do pielęgnacji twarzy używało głównie wody i mydła, a jedynie czasem jakiegoś kremu nawilżającego. Tylko 40 proc. kobiet codziennie myło całe ciało, reszta kilka razy albo nawet raz w tygodniu. Od mody Polacy oczekiwali głównie niskich cen. Ubierali się więc przeważnie na bazarach. To był transformacyjny szał – powstawały wszędzie, w Warszawie najdłużej przetrwał Jarmark Europa na Stadionie Dziesięciolecia (dziś w tym miejscu jest Stadion Narodowy), ale najsłynniejszy był w samym centrum: wokół Pałacu Kultury stanęły setki „szczęk” – blaszanych stoisk zamykanych na noc. To tam chodziło się po ciuchy, buty i torebki. Domy towarowe, w których jeszcze parę lat wcześniej ustawiały się kolejki, odnotowywały odpływ klientów. Aby jakoś ich przyciągnąć, urządzały samoobsługowe stoiska. Prezentując je w prasie, dyrektorzy prześcigali się w przechwałkach: „Teraz klient może dotknąć towaru, pomajstrować przy tym, co chce kupić. I częściej kupuje”, „To efekt psychologiczny. Nieśmiały klient nie musi korzystać z pośrednictwa ekspedientki, żeby przyjrzeć się produktowi”, „Zrobiliśmy tu prawdziwy Zachód. To z miejsca dało większe obroty”.

Najzamożniejsi pielgrzymowali do warszawskiego Bogusz Center – sklepu, w którym wszystko było z zagranicy. W złotych dekoracjach ubrania Lagerfelda sąsiadowały z Benettonem i wszystkie zdawały się luksusowe. W 1994 roku w Bogusz Center wyłączono prąd za zaległości w rachunkach.

Na sieciówki i galerie handlowe przyjdzie Polakom poczekać do przełomu wieków.

Kultura. Oscary i kasety wideo

Ubierali się jak bądź, ale ochoczo eksperymentowali z kapitalizmem. Jak Polska długa i szeroka przybywały sklepów. Najwięcej na początku lat 90. powstało rybnych i… księgarni. Bo był to czas nie tak bardzo zły dla kultury, jak zwykło się pamiętać. Zły, bo musiała na nowo układać sobie sprawy finansowe, a rządy sprzyjały wolnemu rynkowi. Dobry, bo ludzie chcieli czytać – ukazywały się książki niewydawane w PRL: głównie niespecjalnej jakości powieści erotyczne i kryminalne, ale też literatura emigracyjna. Nowości, bywało, sprzedawały się w kilka dni. Przebojowa powieść Tomka Tryzny „Panna Nikt” krótko po premierze w Warszawie była już tylko w jednej księgarni.

Polacy czytali, a jeszcze chętniej oglądali. Co miesiąc ukazywało się 80 nowych filmów na wideo, a że magnetowidy były w prawie połowie polskich domów, to wideo było jedną z najpopularniejszych rozrywek. Już zresztą niedługo, bo w drugiej połowie roku wystartowała pierwsza ogólnopolska prywatna telewizja – w Polsacie było wszystko to, co Polacy kochali w VHS-ach.

Do kin chadzało 15 proc. społeczeństwa. Na ekranach triumfowali Bogusław Linda w sequelu „Psów” Władysława Pasikowskiego i Hugh Grant w „Czterech weselach i pogrzebie”. Krzysztof Kieślowski jeździł po świecie z dwoma filmami z serii „Trzy kolory”. Juliette Binoche dostała Cezara za rolę w „Niebieskim”, a Kieślowski Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie za reżyserię „Białego”. Podczas oscarowej nocy po statuetkę wyszło aż troje Polaków – Janusz Kamiński, Ewa Braun i Allan Starski – za pracę przy „Liście Schindlera”. Steven Spielberg dostał Oscara w kategorii najlepszy reżyser i film.

Ukazały się nowe płyty Edyty Bartosiewicz („Sen”) i zespołu Hey („Ho”). Z miejsca trafiły na listy bestsellerów i stoiska z pirackimi kasetami. Bo wtedy jeszcze muzyki słuchało się głównie z kaset, najczęściej nielegalnie kopiowanych. Wiosną 1994 roku weszła w życie ustawa o prawie autorskim, która zakazywała bezwzględnie kradzieży dóbr intelektualnych. Ponieważ jednak kaseta oryginalna kosztowała 60–85 tys. zł, a piracka ledwie 20, to nowe przepisy przyjmowały się powoli.

Technologie. Premier pisze E-maila

Nowe prawo autorskie wywołało popłoch na giełdach komputerowych, bo nikt wcześniej nie sądził, że programy mogą być legalne. Komputerów używano wówczas coraz powszechniej. Ekscentryczną nowinką jawił się internet. Gdy premier Waldemar Pawlak zdecydował o podłączeniu Urzędu Rady Ministrów do sieci internetowej i założył dla siebie konto e-mailowe, „Gazeta Wyborcza” pokpiwała: „Jeśli masz komputer, telefon, modem i zapłacisz 1,5 mln za założenie konta w sieci Internet oraz 1,5 mln miesięcznie za abonament, to od dziś możesz codziennie przesyłać swoje przemyślenia premierowi Pawlakowi”.

Dziennikarze śmiali się, bo internet był wówczas siecią, z której korzystali głównie naukowcy – obliczano, że na całym świecie jest to 20 mln osób, w Polsce 35 tysięcy, w tym tylko kilkadziesiąt spoza placówek naukowych. Wydawało się, że to już szczyt wszystkiego, choć, owszem, ze świata dochodziły sygnały, że może być różnie. W USA dostęp do internetu gwałtownie taniał i bywało, że ludzie łączyli się z siecią z domów. „W Ameryce coraz więcej firm obok numeru faksu podaje adres poczty komputerowej (tzw. e-mail)” – pisano.

Premier Pawlak pierwszego e-maila wysłał właśnie do prezydenta USA Billa Clintona – on założył konto jako pierwszy polityk na świecie.

Internet raczkował, ciągle brakowało stacjonarnych telefonów, wydarzeniem godnym odnotowania w prasie było zainstalowanie na poczcie nowych automatów, które ułatwiały rozmowy międzymiastowe. Telefony komórkowe – trochę już mniejsze niż cegły, ale ciągle jeszcze nieprzyjazne – były przywilejem finansowej elity. Szeregowi pracownicy korporacji szpanowali (chyba jeszcze używało się takiego słowa) pagerami. To było urządzenie, które przyjmowało krótkie wiadomości tekstowe, ale tylko w jedną stronę – odpisać nie było jak.

Banki zachęcały w reklamach do używania kart kredytowych. Szło nie bardzo szybko, bo klienci i sprzedawcy ciągle jeszcze woleli gotówkę. W 1994 roku można było płacić kartą w ośmiu tysiącach miejsc, głównie w hotelach i biurach podróży.

Polityka. Kobietom wbrew

Pieniędzy było dużo, ale niewiele warte, więc emocje rozpalał seks. Zwłaszcza wśród polityków. Atrakcyjnie byłoby napisać, że iskrzyło na linii państwo – Kościół, ale tam akurat był, nomen omen, święty spokój. Kościół chciał kar za aborcję – dostał w 1993 roku obowiązującą do dziś ustawę. Chciał, by dzieci uczyły się o seksie z ultrakonserwatywnego podręcznika – minister zarekomendował go szkołom.

Iskrzyło za to na linii państwo i Kościół – posłanka Barbara Labuda. To ona zmobilizowała Sejm, by złagodził ustawę antyaborcyjną. Niestety, przyjętą przez parlament nowelizację zawetował prezydent Lech Wałęsa. Barbara Labuda mówiła głośno o prawach kobiet i kłóciła się o to z własną formacją polityczną.

„Po stronie kobiet jest za wiele obowiązków, po stronie mężczyzn – za wiele władzy” – mówiły kobiety na spotkaniach z parlamentarzystkami. I szły do obowiązków. Tylko co piąta Polka, gdyby w 1994 roku niespodziewanie dostała większe pieniądze, przeznaczyłaby je na osobiste potrzeby.

Zawodowo, według danych GUS, pracowała niespełna połowa, za to przybywało studentek. Co trzecia marzyła, by pogodzić karierę z rodziną, tylko 10 proc. nie miało rodziny, w tym jedynie 3 proc. z wyboru. Do kościoła chodziło 67 proc., o 11 proc. mniej niż pod koniec lat 80.

W Dniu Kobiet, 8 marca 1994 roku, rząd przyjął projekt ustawy o ratyfikacji konkordatu między Polską i Watykanem. A był to rząd złożony z polityków, którzy partyjne kariery zaczynali w PRL.

Koniec i początek

Przyznaję, im głębiej brnęłam w przeglądanie gazet z 1994 roku, tym bardziej dziwiłam się, że taki elegancki magazyn jak ELLE zdecydował się na debiut w Polsce już wtedy. Bo elegancja była śladowa, Polki – zaniedbane również przez nieprzyjazne państwo, reguły w biznesie – w trakcie negocjacji, aspiracje – tandetne. Na ulicach stolicy – wielki bazar i gangsterskie porachunki. Na salonach w sumie też. W dodatku Polki i Polacy, którzy przez z górą 40 lat PRL tęsknili za Zachodem, w 1994 roku mówili ankieterom, że najlepiej żyło się w PRL. I czarno patrzyli w przyszłość.

A jednak, jak zresztą pokazał czas, to miało sens.

Bo choć dla polskich przemian symboliczny pozostaje 1989 rok, to pięć lat później działy się rzeczy, które wyznaczyły ich kierunek na lata. Z jednej strony konkordat, ale z drugiej deklaracje europejskich polityków, że Polska znajdzie się w Unii Europejskiej. Z jednej strony piractwo, z drugiej jednak ustawa o prawie autorskim. Z jednej strony Polacy wypalali codziennie 200 mln papierosów, a koncerny tytoniowe reklamowały się w gazetach i sponsorowały połowę imprez muzycznych i związanych z modą (drugą połowę producenci alkoholi), z drugiej – zaczęło się mówić, że papierosy szkodzą zdrowiu i gdzieniegdzie wprowadzać zakazy palenia. Bardzo głośno było o tym, jak szkodliwe dla środowiska są plastikowe opakowania (sic!), i o konieczności segregacji śmieci. Kiełkowały idee, których owoce zbieramy dziś.

Aleksandra Boćkowska