Greta Bellamacina

Greta Bellamacina jest aktorką, filmowczynią, modelką i poetką, i do tego jeszcze poza życiem zawodowym udaje jej się z powodzeniem prowadzić to prywatne - wraz ze swoim mężem wychowuje dwójkę dzieci. Gdyby urodziła się w innych czasach - mówiło by się o niej "kobieta renesansu" (ale przyszła na świat w 1990 roku, kiedy wciąż trwał Trzeci rząd Margaret Thatcher, a cały świat zasłuchiwał się w coverze "Nothing Compares 2 U" Sinéad O'Connor). Długo była przekonana, że pisany jest jej duży ekran - szczególnie, że debiutowała jako trzynastolatka, w 2005 roku zaliczyła epizod w filmie "Harry Potter i Czara Ognia" oraz uczyła się w słynnym Royal Academy of Dramatic Art. Później, kiedy rozpoczęła B.A. (czyli brytyjski odpowiednik studiów licencjackich) King’s College London i wybrała filologię angielską, przekonała się, że to jej nie wystarczy. 

I chociaż zagrała później jeszcze w wielu produkcjach, głównie krótkometrażowych oraz eksperymentalnych, Bellamacina szukała nieustannie innych form wyrazu. 

Cztery lata temu wyprodukowała własny aktywistyczny film dokumentalny. "The Safe House A Decline of Ideas" to, jak sama podkreśla, jej "list miłosny do bibliotek publicznych i apel przeciwko ich zamykaniu". Z kolei nowszy - "Hurt by Paradise" jest opowieścią o kobiecej przyjaźni i Londynie, za którym idą dwie ważne lekcje: nawet metaforyczny raj może ranić, a piękno istnieć w zwyczajności. Zdobył kilka festiwalowych nominacji i będzie można go zobaczyć w kinach we wrześniu. Z obu wybrzmiewa poetyckie podejście do tematów, ale nie ma co się dziwić: równolegle artystka pisała w swoim notatniku wiersze, które odzwierciedlają jej czułe podejście do rzeczywistości. 

Pierwszy tomik wydała za własne pieniądze jeszcze w 2011 roku. Składający się z czterdziestu stron i zilustrowany przez Tristana Pigotta "Kaleidoscope" został wyróżniony trzy lata po premierze na liście brytyjskich debiutantów Young Poet Laureate of London. Zmotywowana tym sukcesem Bellamacina opracowała zbiór brytyjskiej poezji miłosnej od Teda Hughesa do współczesności: "On Love: A Collection of Contemporary British Love Poetry" (2015). I pisała jeszcze więcej, prowadząc przy tym kolejne poetyckie badania. To zaowocowało w końcu wydaniem zbioru poezji "Perishing Tame" nakładem jej własnego wydawnictwa New River Press oraz "Collected Poems 2015-2017", a także kolejnej antologii: tym razem współczesnej poezji feministycznej "Smear", w którym postanowiła dać głos młodym twórczyniom. "Odnoszę wrażenie, że nastolatki i dwudziestoletnie dziewczyny nie mają żadnego wygodnego miejsca do wyrażania swoich myśli, przekonań politycznych czy emocji poprzez poezję. Mnie dorastanie frustrowało i znam wielu poetów, którzy wcześnie się zniechęcili. Chciałam więc, by ten zbiór był otwarty na debiutantów" mówiła w rozmowie z magazynem Dazed pamiętając o tym, że sama była w podobnej sytuacji, nie mówiąc też o tym, że długo nie mogła utrzymać się z własnej twórczości.

Wiosenne lektury - polecamy książki w ramach akcji #czasnaczytanie>>

Dwa lata temu została zaproszona do współpracy przez National Poetry Library - placówka poprosiła ją, by przygotowała kilka wierszy do ich serii Odyssey. W tym samym czasie zachwycił się nią także Pierpaolo Piccioli. Dyrektor kreatywny Valentino zaprosił Bellamacinę oraz trójkę innych poetów - jej męża Roberta Montgomery'ego, Mustafę The Poet oraz Yrsę Daley-Ward do stworzenia miłosnego tomiku "Valentino ON LOVE". Wydrukowaną książkę projektant chciał wręczyć gościom pokazu jego kolekcji na sezon jesień-zima 2019/2020, a wybrane wersy przełożył (dosłownie) na zaprojektowane przez siebie sylwetki. 

Greta Bellamacina w wywiadach czy na Instagramie o życiu prywatnym mówi niewiele - woli wypowiadać się za pomocą wierszy. Z ogromną wrażliwością, inteligentnie, nie stroniąc od filozoficznych interpretacji. Taki właśnie jest też jej najnowszy i pierwszy międzynarodowy zbiór "Tomorrow's Woman", z którym obchodząca w tym roku trzydzieste urodziny poetka rozlicza się ze światem z takim spokojem, że recenzenci nazywają jej poezję "medytacją" (w tytułowym wierszu pisze między innymi: "Tommorow's woman has seen war in heaven / she is the blue light before time draws / she has loved all the women she has heard / in a throat hood / behind an eye inhaling rain"). Mówi w nim odważnie o kobiecej tożsamości, miłości swojego życia, strachu o współczesny świat, ale i o macierzyństwie łącząc francuski surrealizm, z brytyjską poezją romantyczną i na wskroś nowoczesnym podejściem do osobistego układania słów. Tematów jej nie brakuje. Jak opowiadała jakiś czas temu w rozmowie z brytyjskim ELLE: "Jest tyle oczekiwań co do bycia kobietą. Jeśli nosisz różowy - nie możesz być feministką. Jeśli zabierasz głos - jesteś zbyt nachalna, zbyt ambitna. Do tego doświadczenie macierzyństwa, które przedstawia całą gamę tematów tabu, o których często nie mówi się w mediach".

Książki o niepokornych wokalistkach>>

Halina Poświatowska

Poświatowska urodziła się i wychowała w Częstochowie - tam chodziła do szkoły, kształciła swoje pióro, ale też podupadła na zdrowiu, co naznaczyło jej całe życie. Przez kilka dni przed wyzwoleniem miasta ukrywała się z rodzicami i rodzeństwem w piwnicy, gdzie nabawiła się anginy, a towarzyszące jej bakterie paciorkowca doprowadziły ostatecznie do nieuleczalnej wady serca młodej Haliny. Poświatowska - właściwie wtedy jeszcze Myga - była dzieckiem, ale już wiedziała, że prawie całe swoje życie spędzi podróżując miedzy dwoma miejscami: szpitalem i sanatorium. Ale to jej nie złamało. "Halszka uczyła się sama, mogłaby równie dobrze zostać analfabetką. Zachorowała jako dziewięcioletnie dziecko. Jak mogłaby żyć, gdyby nie ciągła ciekawość świata? Nie chciała życia w fotelu, nie chciała życia bezczynnego. Chciała żyć" wspominała w jednej z audycji radiowych z 1971 roku jej matka, Stanisława. 

Przebywając na jednym z kolejnych leczeń poznała starszego od niej o pięć lat Adolfa Ryszarda Poświatowskiego, chorego tak jak ona - na serce - poetę, malarza i studenta łódzkiej filmówki, za którego wyszła w 1954 roku na kilka dni przed swoimi dwudziestymi urodzinami. Para pobrała się wbrew zaleceniom rodziny i lekarzy, którzy uważali, że tak silne emocje mogą wykończyć "Haśkę i Adasia". Niestety nie minęły nawet całe dwa lata, a Poświatowska została wdową. Wtedy, będąc w żałobie po śmierci ukochanego, zaliczyła swój poetycki debiut w "Gazecie Częstochowskiej", a pod swoje skrzydła przyjęła ją zachwycona dziewczyną Wisława Szymborska. O opiekę nad Haliną poprosił znaną już poetkę lekarz Julian Aleksandrowicz, ale czuwał nad nią też Tadeusz Gierymski, o którym dziś mówi się, że to on odkrył przed światem jej talent.  

Stary Żoliborz, polskie wzornictwo i książki - odwiedzamy mieszkanie Macieja w ramach cyklu #instahome>>

Był rok 1957 kiedy światło dziennie ujrzał "Hymn bałwochwalczy" z wypełnionymi czułością, tęsknotą i rozważaniami o śmierci wierszami, w którym można doszukiwać się wątków autobiograficznych. 

Jeden z jej najpopularniejszych utworów, bez tytułu, zaczyna się: "Jestem Julią/mam lat 23 dotknęłam kiedyś miłości/miała smak gorzki jak/filiżanka ciemnej kawy". Inny, nazwany "Dysonans", mówi: "świat jest tak mały/świat ma tyl­ko dwa pię­tra / na wyż­szym je­steś ty / od­dy­chasz cięż­ko / obok stoi wiecz­ność / ciem­na" (Poświatowska śmiało pisała o tym, co czuje, co wielokrotnie zawstydzało jej rówieśników). Poetka nie nacieszyła się jednak premierą długo - jej stan się pogarszał i konieczna była skomplikowana operacja w Stanach Zjednoczonych. Rozpoczęła się ogromna zbiórka wśród amerykańskiej polonii, dzięki czemu zabieg - który był tak nowatorski, że chciano go transmitować na żywo w telewizji - doszedł do skutku jeszcze w 1958 roku. Poświatowska postanowiła wykorzystać tę szansę i zaczęła starać się o stypendium w Smiths College w Northampton w tajemnicy przed polskimi władzami paszportowymi. Dostała się, chociaż nie władała świetnie angielskim. Szło jej tak dobrze, że ukończyła prestiżowy żeński college rok wcześniej niż zakładał to plan nauki, a po trzech latach otrzymała nawet propozycję pełnego stypendium na studiach doktoranckich na Katedrze Filozofii kalifornijskiego Stanford University. 

Z tęsknoty wróciła jednak do Polski. Tutaj wprowadziła się do Domu Literatów w Krakowie i rozpoczęła studia filozoficzne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ze Stanów przywiozła ze sobą pomysły na nowe teksty, które spięła w autobiograficznym reportażu "Notatnik amerykański" (1961), a chwilę później wydała zbiór "Dzień dzisiejszy" (1963). Pod koniec lat 60. było z nią tak źle, że potrzebna była natychmiastowa operacja, którą tym razem wykonano w Warszawie. Niestety: pojawiły się powikłania zakrzepowo-zatorowe, w wyniku których poetka od miłości zmarła na serce po ośmiu dniach od zabiegu. 

Książkowe nowości, czyli premiery wydawnicze na wiosnę 2020. Co warto przeczytać?>>

Jej twórczość nie była jednak doceniana przez krytyków i ludzi z branży, który - jak przyznawali później we wspomnieniach - początkowo po prostu się nad nią litowali. Dziś jest wręcz odwrotnie: poetka jest w kanonie (recytują, przytaczają, śpiewają ją - i o niej), a w jej miłosnych wierszach, także tych z tomu "Oda do rąk" czy w pamiętniku "Opowieść dla przyjaciela" badacze i artyści widzą jasno, że była nie tyle sentymentalna, co wykazywała ogromne zainteresowanie egzystencjalizmem.

Sylvia Plath

Pisała właściwie odkąd pamięta - jako ośmiolatka opublikowała swój wiersz w gazecie "Boston Herald", rok później zaczęła prowadzić dzienniki, które towarzyszyły jej przez całe życie. Na chwilę przed osiemnastymi urodzinami miała już na swoim koncie prozę pokazaną na łamach "Seventeen" i pierwszy poważny wiersz w amerykańskim dzienniku "The Christian Science Monitor". Była wybitnie utalentowana, a jej kariera zapowiadała się świetnie: cenne publikacje, nauka w poważanym kobiecym Smith College w Northampton, godny pozazdroszczenia staż w redakcji modowego magazynu "Mademoiselle". To właśnie wtedy jednak Plath pierwszy raz próbowała odebrać sobie życie (oficjalnie - bo według nowych badań poświęconych poetce mówi się, że prawdziwie pierwszą próbę samobójczą miała mieć już jako dziesięciolatka, dwa lata po tym, jak zmarł jej ukochany ojciec). W efekcie tego trafiła do szpitala psychiatrycznego w Belmont niedaleko Bostonu, gdzie jej stany lękowe i depresyjne leczono elektrowstrząsami.

Po zakończeniu terapii wyjechała do Anglii na stypendium, by studiować dalej, teraz w Newham College.

Tam w 1956 roku poznała poetę Teda Hughesa, swoją wielką miłość i prawdziwe nieszczęście, za którego wyszła jeszcze przed końcem roku. 

Marta Dymek "Jadłonomia" wybiera swoje ulubione książki. Większość z nich jest związana z prawami zwierząt>>

Z zewnątrz wszystko wyglądało idealnie: Sylvia i Ted byli artystyczną parą oraz podróżowali po całym świecie. Plath wykładała literaturę angielską i świętowała premierę debiutanckiego tomiku poezji "Kolos". W końcu założyli rodzinę, a na świecie pojawiły się ich dzieci. A w środku? Poetka była perfekcjonistką - zarówno jako pani domu oraz kobieta pióra chciała być najlepsza i źle znosiła nawet najmniejsze niepowodzenia. Podupadała znów na zdrowiu psychicznym (do czego, jak się później okazało, miała skłonności już od dziecka tak jak inne kobiety w jej rodzinie). Na domiar złego jej książka nie odniosła wymarzonego sukcesu, za to jej mąż - którego Plath dzielnie wspierała w pracy i pełniła rolę jego "asystentki" - zrobił karierę. Po cichu mu zazdrościła, ale gdy okazało się, że Ted ją zdradza z żoną swojego znajomego, coś w niej pękło.  

Sylvia zdecydowała się na separację. Spaliła listy od Teda, spakowała swoje rzeczy, zabrała dzieci i wyniosła się do nowego domu. Tam pisała kolejne przepełnione tęsknotą wiesze i skończyła powieść "Szklany klosz", w której pisała: "Skąd mogłam wiedzieć, czy kiedyś, w przyszłości, w Europie czy gdzie indziej – szklany klosz znowu na mnie nie spadnie, nie nakryje mnie, zniekształcając moje widzenie świata". Czuła się coraz gorzej, kończyły się pieniądze, a ona próbowała połączyć życie samotnej matki z pracą zawodową. Antydepresanty nie działały tak jak powinny. Czekała na swoje miejsce w szpitalu psychiatrycznym. Nie dała jednak rady dłużej wytrzymać - po kolejnym załamaniu nerwowym i ciężkich atakach paniki postanowiła znów odebrać sobie życie. Najpierw ułożyła dzieci do snu, umiejętnie przygotowała wentylację w ich pokoju i zostawiła na stole śniadanie. Później zamknęła się w kuchni, odkręciła gaz i włożyła głowę do piekarnika. Rano znalazła ją pielęgniarka wysłana przez psychiatrę Plath, który chciał sprawdzić jak się ona czuje.  

Najlepsze książki na wieczory w domu. Zobaczcie, co poleca nasza redakcja. Na liście książek m.in "Ślepnąc o d świateł" i "Normalni ludzie">>

"Za­stój w ciem­no­ści, / Wtem bez­cie­le­sny błę­kit, / Po­top wzgórz, od­le­gło­ści. / Bo­ska lwi­co, / tak sta­je­my się jed­ną / Osią pięt i ko­lan" - tak zaczyna się "Ariel", jeden z najciekawszych wierszy Sylvii Plath. W innym pisała: "Umieranie jest sztuką, tak jak wszystko inne. Robię to wyjątkowo dobrze". Poetka nie doczekała się aprobaty, której tak usilnie szukała całe życie, a sława dotarła do jej nazwiska dopiero po śmierci i najpewniej przekroczyła to, co mogło śnić się w jej najśmielszych snach. Ze względu na swoją szczerość i skupienie się w twórczości na własnych odczuciach zalicza się ją do najważniejszych postaci literackich konfesjonalistów. W 1982 roku przyznano jej poetycką Nagrodę Pulitzera. W 2003 roku nakręcono o niej film "Sylvia" z Gwyneth Paltrow w roli głównej. A wiersze? Dziś "Kobieta Łazarz", "Krawędź", "Ukłucia", "Mistyczka" i inne z pięciu wydanych pod jej nazwiskiem tomów (w większości pośmiertnych) to niedoścignione klasyki, wyryte na stałe w historii literatury, do których odwołują się poeci i muzycy kolejnych dekad, jak indiepopowy wykonawca salvia palth. Poruszają tym bardziej, jeśli zna się ich tło, które samo brzmi jak wykreowana smutna opowieść.