Umawiamy się przez telefon: szybko, krótko, konkretnie. Pani profesor potrafi zarządzać czasem. Jest kierownikiem supernowoczesnej Kliniki Intensywnej Terapii Kardiologicznej Instytutu Kardiologii w Aninie, decyzje podejmuje w sekundę, codziennie ratuje życie. Erka, ostry dyżur, sygnały karetek, cenna każda sekunda. Ale potem w warszawskim domu pani profesor rozmawiamy przez wiele godzin, pijąc waniliową herbatę na zalanym słońcem tarasie. Jest gościnna, otwarta, nieprzeciętnie serdeczna, często się śmieje, odgarniając bujne włosy, swój znak rozpoznawczy. Niewymuszona elegancja, buty na szpilce, krótkie, czerwone paznokcie podkreślają klasyczną kobiecość. A ma energię bardzo młodej kobiety i jednocześnie mądrość, która świadczy o tym, że dobrze potrafi poukładać emocje, nawet te najtrudniejsze. Jest lekarzem z 35-letnim stażem, wybitnym kardiologiem, sławą na forum europejskim, pierwszą w historii kobietą na stanowisku prezesa Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. I ma opinię lekarza, który leczy serca nie tylko dosłownie.

ELLE Kieruje Pani kliniką, do której karetki zwożą najciężej chorych ludzi. Codziennie walczy Pani o ich życie. Jak Pani sobie radzi z emocjami chorych, ich najbliższych, własnymi?

Janina Stępińska Przede wszystkim nigdy nie ma rutyny, to nie jest tak, że po tylu latach już wszystko wiem. Każdy pacjent to nowa historia. Emocje jego rodziny to wielkie wyzwanie. Proszę sobie wyobrazić, co się dzieje, kiedy 35-letni ojciec małego dziecka dostaje zawału. Albo kiedy na oczach całej rodziny następuje zatrzymanie krążenia – nawet u starszego pacjenta – to jest silny szok. Od początku dbam o to, żeby nie tylko pacjent, lecz także rodzina była właściwie informowana. Nie straszę, ale też nie pocieszam fałszywie. Jeśli któryś z asystentów mówi mi, że stan pacjenta się pogorszył, to zawsze pytam, czy był kontakt z rodziną, kto przychodzi, i zapraszam, żeby przyszli do mnie razem. Rodziny chorych zawsze wiedzą, gdzie mnie szukać.

ELLE A Pani emocje?

J.S.Ogromne. Ale te emocje są dla mnie jak narkotyk. Przez chwilę nawet próbowałam z tego zrezygnować. Równocześnie prowadziłam Klinikę Wad Nabytych Serca, to o wiele spokojniejszy oddział. Pomyślałam: może już czas zejść z frontu, zacząć pracować trochę spokojniej. Ale potem musiałam wybrać, nie mogłam prowadzić dwóch klinik. Wróciłam na intensywną terapię i czuję się fantastycznie.