To ten dzień. Walentynki. Nie obchodzę (samej, jakoś tak niezręcznie), ale wiem, bo wyjrzałam rano przez okno. Mieszkam w centrum Warszawy, nieopodal jednego z najpopularniejszych targów z kwiatami w stolicy. I przez lata nauczyłam się, że jeśli między stragany nie da się wcisnąć najcieńszej igły, jest albo Dzień Kobiet albo Walentynki. A że mamy luty…

Redaktor prowadząca Elle.pl zleciła tekst: „O dziewczynach, które umarły z miłości. Buntowniczki, samobójczynie, albo takie, które się poświęciły…”. Fajne! Może to trochę mroczny temat, jak na Walentynki, ale jakże romantyczny! Jednak po chwili zwątpiłam: czy faktycznie można umrzeć z miłości? W odpowiedzi zadźwięczała mi w głowie piosenka Myslovitz, której słowa, 16 lat temu, wyśpiewywałam z Rojkiem na juwenaliach:

„Nie na krześle, nie we śnie, nie w spokoju i nie w dzień. Nie chcę łatwo, nie za sto lat. Chciałbym umrzeć z miłości”.

Wszyscy śpiewaliśmy, niezależnie od rocznika i kierunku. Wzruszali się ci z kulturoznawstwa i ci z mechaniki, ci z zarządzania, no ale szczególnie ci z filozofii. Być może byli po lekturze Artura Schopenhauera, który śmierci i miłości poświęcił sporo miejsca, przekonując że miłość prowadzi przecież do szaleństwa.

No dobrze, sztuka sztuką. Ale czy w medycynie istnieje coś takiego jak śmierć z miłości? Okazało się, że istnieje, a potwierdzeniem tej tezy zajmowali się kilka lat temu naukowcy z Uniwersytetu w Birmingham. Jak ogłosiła prof. Janet Lord, immunolog, strata ukochanego lub ukochanej w przypadku osób w starszym wieku zwiększa ryzyko śmierci od 30 do aż 90%! Dotyczy to kobiet i mężczyzn. Ale o tych drugich w literaturze, filmie, a nawet w życiu mówi się jakoś wyjątkowo wiele. Zgoda, kobiety są bardziej wytrzymałe, ale serio? Pytam znajomego. Ten od razu rzuca: „No a Jack w Titanicu? A Romeo u Shakespeare’a? A Walenty?”. Ale oni mnie w ogóle dziś nie interesują. Interesują mnie dziś kobiety.

PÓKI ŚMIERĆ NAS NIE ROZŁĄCZY: OD KLEOPATRY PO SYLVIĘ PLATH

Ta śmierć z miłości to zawsze taka romantyczna… Im więcej nad nią myślę, tym bardziej się tej magii poddaję. Szczególnie w Walentynki potrzebny mi głos rozsądku. Pytam więc Paulinę Klepacz, feministkę, dziennikarkę, redaktorkę naczelną „G’rls ROOM”, jak to z tą śmiercią z miłości jest. Zastrzegam, że piszę o kobietach.

„Choć sama od miłości stronię, to pamiętam, że od dziecka moją wyobraźnię rozpalała idea tego, że można umrzeć z miłości”, zaczyna Klepacz.

„Fascynowało mnie to i przerażało zarazem. Tym bardziej że popkultura wprost przeładowana jest takimi romantycznymi chwytami jak śmierć z miłości”. No właśnie. Kultura wręcz się tymi opowieściami żywi. A działo się to od zarania dziejów.

Weźmy taką Kleopatrę, ostatnią władczynię hellenistycznego Egiptu, bez pamięci zakochanej w Marku Aureliuszu (wizualizujcie sobie wszystko na podstawie filmu z Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem w rolach głównych). Po przegranej bitwie z Oktawianem pod Akcjum i wkroczeniu jego wojsk do Egiptu, Antoniusz popełnił samobójstwo. Kleopatra starała się jeszcze pertraktować, aby zapewnić dzieciom władzę, ale bez rezultatów. Mówi się, że jej decyzja o odebraniu sobie życia (ukąszenie przez jadowitego węża) była nie tylko polityczna, ale również niesiona bólem i tęsknotą za ukochanym. Bo że była to miłość, nie ma wątpliwości – Kleopatra pochowała wcześniej kilku mężów, niespecjalnie się tym przejmując.

Przez miłość życie straciła Joanna d’Arc zwana Dziewicą Orleańską, święta, patronka Francji  (ją możecie sobie wyobrażać z twarzą Ingrid Bergman, Milli Jovovich, Leelee Sobieski, albo Clémence Poésy). Być może – a nawet z pewnością – nie była to miłość damsko-męska, ale niemniej romantyczna i silna – miłość do Boga, ojczyzny i króla. Francuzka została zdradzona i spalona na stosie po procesie o herezję, który w ogóle nie powinien mieć miejsca, o ile nie byłby polityczny. Co ważne, skazana została również za noszenie męskiej garderoby, co miało stać w sprzeczności z „biblijnym prawem o odzieży”. 

Camille Claudel / Getty Images

Bardziej już współczesna, emocjonująca i smutna śmierć z miłości, przytrafiła się Camille Claudel, kochance i muzie wybitnego rzeźbiarza Auguste’a Rodine’a. Rodin poznał ją jako 19-letnią, młodziutką, ale niezwykle utalentowaną artystkę, która już od początku miała wywrzeć duży wpływ na jego sztukę. Historia ich miłości ciągnęła się latami, jednak Camille nigdy nie zamieszkała z Auguste’em. A to z jednego powodu: Rodin był od lat w stałym związku z Rose Beuret, której nie zamierzał za nic zostawić. Zostawiła go więc Claudel w 1892 roku, po zabiegu aborcji. Udało jej się wymknąć z cienia rzeźbiarza, ale prosto w objęcia mroku i paranoi, czego skutkiem było przymusowe zamknięcie w szpitalu dla nerwowo chorych. „To straszne zostać tak opuszczoną, być tak samotną”, pisała w liście do psychiatry. I samotna zmarła w 1943 roku w Awinionie. Wiele jej dzieł podpisanych zostało nazwiskiem Rodina, którego kochała do samego końca. „Bo śmiercionośna jest zwłaszcza miłość niespełniona, nieodwzajemniona. Ból złamanego serca sprawia, że ludzie nie mogą go dłużej znieść, nie chcą żyć bez ukochanego czy ukochanej i wybierają samobójstwo”, komentuje Paulina Klepacz. „Inna sprawa, że miłość, ta niespełniona, może doprowadzić do choroby, gorączki, zapaści, a w finale – śmierci. Wierzę, że rozpacz, zły stan psychiczny może sprowadzić na nas śmiercionośne dolegliwości fizyczne”, dodaje.

Zgoda. Bo to dotknęło kobietę-marzenie, legendę, seksbombę, ideał piękności – Marylin Monroe. Miała wszystko – sławę, pieniądze, powodzenie. Ale kolejne związki, kolejne małżeństwa, pogłębiały jej samotność i poczucie beznadziei. Gdy przedawkowała w 1962 roku, prasa natychmiast zaczęła węszyć. Jej śmierć łączono z rodziną Kennedych (szczególnie prezydentem i jego bratem, Robertem). Nic dziwnego, bo słynne nagranie „Happy Birthday, Mister President” rozpalało wyobraźnię milionów. Teorie spiskowe mówią nawet o zaangażowaniu w śmierć aktorki służb specjalnych… Jak by nie było, miłość przyniosła Monroe śmierć.

Rok później w londyńskim domu piękna i diabelnie utalentowana poetka Sylvia Plath odkręciła kurek z gazem w swojej kuchence. Wydarzyło się to 11 lutego, 3 dni przed Walentynkami. Jej dzieci siedziały w pokoju obok, zabezpieczonym i wentylowanym. Wcześniej, Plath przygotowała im śniadanie. Nie było tajemnicą, że poetka od dziecka cierpiała na ciężką depresję i była to choroba w jej rodzinie dziedziczona.

„Umieranie jest sztuką, tak jak wszystko inne. Wychodzi mi to wyjątkowo dobrze”, pisała.

 

Jeśli połączyć to z innym cytatem: „Miłość jest treścią mojego przekleństwa”, otrzymujemy cały obraz tego, co targało Amerykanką. Krucha i delikatna, od początku kariery domagała się prawa głosu dla kobiet. Jednak spokoju i przystani szukała u boku mężczyzny. Okazać nim się miał Ted Hughes, wybitny brytyjski poeta. Ale tak się nie stało. Hughes zdradzał Plath, co ta przypłacała kolejnymi załamaniami i, podobno, próbami samobójczymi. W lutym dowiedziała się, że życia z mężem już sobie nie ułoży. Spróbowała raz jeszcze. Tym razem się udało.

BAJKA ZAMIENIA SIĘ W HORROR: OD JULII SHAKESPEARE’A PO KOBIETY ALMODÓVARA

Tak, wiem, życie pisze najlepsze scenariusze, ale, jak mawiał Wilde, to „życie imituje sztukę znacznie bardziej niż sztuka życie”. Nie wypada się nie zgodzić, bo to postać w kulturze wybitna, poza tym jest to prawda, którą zapisuję w każdym kolejnym notesie i kalendarzu od lat. O śmiertelnej miłości najwięcej przeczytamy w książkach, albo zobaczymy na ekranach kin. Pomijając ociekające krwią, płynącą również z miłości, mitologie, weźmy takiego Shakespeare’a… „Romea i Julię”. Bo wspomniany już na początku tekstu znajomy oburzał się, że tu tylko o tragiczno-romantyczną śmierć Romea cała stawka się rozbija, ale to przecież Julia widząc nieruchome ciało lubego próbowała otruć się tą samą trucizną, a jak to się nie udało, pchnęła się sztyletem. Bo bez Romea nie byłoby życia. Albo inaczej – bez Romea nie byłoby Julii…

" Romeo i Julia" Buz Luhrman / Getty Images

Czy to oznacza, że nie ma nas bez drugiej osoby? Klepacz nie do końca jest zadowolona z takiej konkluzji: „Takie umieranie razem brzmi w jakiś sposób romantycznie, ale też pokazuje jak bardzo nasz stan emocjonalny, stan ducha powiązany jest ze stanem naszego organizmu. Może więc nic dziwnego, że singielki i single żyją dłużej w dobrym zdrowiu?”, uśmiecha się.

Przywołuję więc kolejne przykłady. Choćby Annę Kareninę, bohaterkę powieści Tołstoja. Rzuca się pod pociąg, gdy przekonuje sama siebie, że jej ukochany ją zdradza. „Ukażę go i ucieknę przed wszystkimi, przed samą sobą”, mówi. Albo Emmę Bovary z „Pani Bovary” Gustave’a Flauberta. Tu są nie tylko gorące uczucia, ale i masa kłamstw. Wszystko to prowadzi do zaburzeń psychicznych, a potem otrucia arszenikiem. I podobny cytat: „Zasnę i wszystko się skończy”. Miłość pcha ku cierpieniu. Śmierć jest więc jedynym wyjściem, jedyną ucieczką.

Sophie Marceau w roli "Anny Kareniny" / Getty Images

Trochę inaczej jest z Panną Młodą graną przez Umę Thurman w „Kill Billu” Tarantino. Obraz pokazuje kobietę, która staje się nieobliczalnie niebezpieczna, bo straciła miłość. Tak jak cierpi ona, mają cierpieć inni. Podobne cierpienie wcześniej zadaje też Scarlett O’Hara w „Przeminęło z wiatrem”.

Za to większość kobiet Almodóvara, co prawda doskonale umie sobie poradzić bez mężczyzn (w końcu na tym polega ich siła), ale zanim do tego dojdzie, kilka z nich na poważnie rozważa samobójstwo. I każda na swój sposób cierpi. Z miłości do matki, do dziecka, do innego życia, do domu, do normalności (ale czym jest normalność?), do fantazji… To cierpienie wydaje się piękne. Ale tylko do momentu, aż nie nadamy mu kontekstu.

JAK NIE UMRZEĆ Z MIŁOŚCI? OTO JEST PYTANIE.

Owszem, „umrzeć z miłości” brzmi tak melancholijnie i niezwykle, jak mało co. Jeśli ozdobimy to żywymi jak ogień kolorami Hiszpanii, otrzymujemy obraz, który śmiało nazwałabym pociągającym. Szczególnie w Walentynki. Ale, nieprzypadkowo to właśnie w Hiszpanii, przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych działa departament ds przeciwdziałania przemocy ze zględu na płeć. To wszystko dlatego, że „machismo” na Półwyspie Iberyjskim nadal ma się dobrze…

Codziennie docierają do nas informacje z Indii o kolejnych podpaleniach żon, córek, sióstr, ukamenowaniach tych samych na Bliskim Wschodzie. A co z Europą? Według Eurostatu aż jedna na trzy kobiety (33%) doświadczyła przemocy fizycznej lub seksualnej po ukończeniu 15 roku życia! A w Polsce? Dane są porażające! W 2017 roku informowano, że „co tydzień z powodu przemocy domowej giną trzy Polki. Rocznie umiera ok. 500 kobiet”! Tymczasem rząd cofnął dofinansowania m.in. dla organizacji Centrum Praw Kobiet. „Jak bije, znaczy, że kocha”. Oto jak w XXI wieku, w kraju w samym sercu Europy, umiera się z miłości…

Kampania "Centrum Praw Kobiet" / mat. prasowe

WALENTYNKI. CO Z TĄ MIŁOŚCIĄ?

Przyznaję, że Walentynki to nie jest mój ulubiony dzień. W ubiegłym roku 14 lutego trafiłam do restauracji z przyjaciółkami. Pod obstrzałem zdziwionych, upitych miłością par oczu, które odrywały się co moment od swojej randki, nie byłam w stanie nic przełknąć. Nawet kelner przyjmował zamówienie z politowaniem. W myślach powtarzałam sobie: luz, dasz radę, pomyśl, co zrobiłaby w takiej sytuacji Bridget Jones. Ale i to nie pomagało, bo wyobraźnia podsuwała mi tylko rozwiązania: litrowy kubełek lodów waniliowych i nuty „All by myself” w wykonaniu Jamie O’Neal.

W te Walentynki nie uśmiecha mi się też umierać z miłości w towarzystwie Scarlett O’Hary, Salmy Hayek jako Fridy Kahlo czy nawet Gwyneth Paltrow wcielającej się w Sylvię Plath. Mam za to inne rozwiązanie. Literatura. Może, podobnie jak wspomniani studenci filozofii na juwenaliach, miłość powinnam czytać z innej strony? Odpowiednia książka: „Bauman. Czynić swojskie obcym”, w której Zygmunt Bauman odpowiada na pytania Petera Haffnera: „Pragnienie stabilności jest ważne w życiu. Szesnaście miliarów dolarów wydanych przez Facebooka na zakup WhatsAppa obrazuje, jak bardzo ludzie boją się samotności”. Albo inny fragment:

„Żeby rozpocząć związek potrzebne jest porozumienie dwóch osób. Do jego zakończenia wystarczy decyzja jednej. To oznacza, że partnerzy żyją w ciągłym strachu przed opuszczeniem”.

Ok, przyrzekam, że już nigdy nie zażartuję sobie z adeptów filozofii lejących krokodyle łzy do piosenek Myslovitz.

Jest jeszcze bestseller „Sunday Times’a”, przekorny „Wszystko, co wiem o miłości” napisany przez trzydziestoletnią dziennikarkę Dolly Alderton, wypełniony jej osobistymi dziennikami nieudanych randek i całej tej wiedzy o miłości, która tak naprawdę nie istnieje. No bo jak się na tej miłości znać? W końcu, gdyby posiąść taką wiedzę, może nikt nie musiałby umierać z miłości? Czego w te piękne Walentynki sobie i Wam życzę.

"Wszystko co wiem o miłości" / mat. prasowe

Lektury na Walentynki i każdy kolejny dzień w roku (z których korzystałam i do których wracam):

Dolly Alderton: Wszystko, co wiem o miłości (wyd. Prószyński i S-ka)

Zygmunt Bauman, Peter Haffer: „Bauman. Czynić swojskie obcym” (wyd. Wielka Litera)

Gustave Flaubert: „Pani Bovary” (wyd. Sic!)

Sylvia Plath: „Szklany klosz” (Wydawnictwo Literackie)

William Shakespeare „Romeo i Julia” (wyd. Greg)

 

Maja Chitro