ELLE.pl: Po raz pierwszy nasz wywiad w cyklu #girlCrush rejestrujemy też jako podcast. Gdybyśmy więc z dokładnością stenotypistki miały zapisać początek, jak byście się przedstawiły?

Olga Urbowicz: Cześć. Jestem Olga i prowadzę salon Nailed It. A obok mnie siedzi Kasia Kujko.

Kasia Kujko: El Kujko, bez imienia. I pracuję razem z Olgą od pięciu i pół roku, coś koło tego.

O: Prawie od 6 lat.

Marta Kowalska (ELLE.pl): Trochę już o was czytałyśmy i wiemy, że mamy was przedstawiać…

K: Tipsiary.

Ewa Stępień (ELLE.pl): Dlaczego „tipsiary”?

O: Brzmi jak coś obraźliwego, prawda? Ale mnie, szczerze mówiąc, nie obraża.

K: Gdyby ktoś mnie nazwał manikiurzystką, poczułabym się dziwnie. Nie umniejszając nikomu, dla mnie "manikiurzystka" to pojęcie zamknięte.

O: A stylistka paznokci?

E: Właśnie, to teraz popularne określenie…

K: Wolę tipsiarę.

O: To prawda jest bardziej nasze.

K: Ale ja jestem z Grochowa, to może dlatego.

M: W "stylistce paznokci" jest coś złego? Sztywnego, za bardzo profesjonalnego?

O:  Stylistka paznokci mnie osobiście kojarzy się z salonem zrobionym na biało, z fartuchem. Z tą szufladką, do której wrzucamy właśnie wszystkie stylistki paznokci. Na pewno ani my, ani żadna nasza dziewczyna w salonie, nie znalazłaby się w takiej szufladce. I staramy się, żeby coraz więcej osób z niej wychodziło, bo jest to superzawód, niekoniecznie związany z kosmetologią. Już nie trzeba być kosmetologiem, żeby robić paznokcie, co kiedyś było nie do pomyślenia. Mam swoją wewnętrzną małą misję, żeby ten obraz stylistki paznokci właśnie odczarować. Taka dziewczyna może mieć tatuaże, nie musi siedzieć w fartuchu, może rozmawiać z klientką lub klientem, śmiać się z nimi. Mnie kiedyś uczono, że jako manikiurzystka nie możesz mieć mocnego makijażu, pachnieć perfumami, bo to klientka powinna bardziej nimi pachnieć. Żeby czuła się ważna. 

K: Tak jak powiedziałaś, stylistka paznokci to dziewczyna w fartuchu, ze spiętym koczkiem, perfekcyjna i ładna. A tipsiara jest…

E: Dziewczyną z charakterem?

K: Tak! Kimś i ktoś za tą tipsiarą stoi. Jestem tipsiarą, ale też kimś.

M: Tipsiary to już subkultura?

K: Trochę tak jest.

O: Można tak powiedzieć.

M: Wasz salon ją zrzesza?

O: Myślę, że trochę tak. Czy to subkultura tipsiar to nie wiem, ale z pewnością jest to grupa zajawkowiczek. Takich pazowych na pewno.

M: No właśnie, przychodzą do was nieprzypadkowe dziewczyny. To widać na Instagramie. Kim są klientki, które czują klimat tipsiar? I chcą chodzić do tipsiar, a nie do salonu manicure?

O: Myślę, że na pewno są to otwarte dziewczyny, które lubią rozmawiać. Z głośników nie lecą odgłosy natury. Bardziej odgłosy natury z Compton ;) Trzeba to lubić. U nas jest bardzo głośno, czasem jest jednocześnie 15 osób w salonie.

K: Psy, koty i dzieci.

O: Jest też bardzo domowo, mimo że jest to salon. Staramy się przyjąć klientki jak dobrą znajomą, gościa.

K: Nie ma recepcji, jest kawka. Jak nie ma ręki, żeby jej nalać, to możesz to zrobić sama. Nie musisz siadać "na paznokcie", możesz usiąść przy dużym stole i poklikać w komputer, bo po mani nie chce ci się zmieniać miejsca na knajpę.

M: Kiedy powstał pierwszy salon? Bo ten w Warszawie nie jest jedyny?

O: Pierwszy Nailed it powstał na Nabielaka za rogiem w piwniczce i ja sama spędziłam tam dwa lata. Później przeniosłam się na Mokotów do większego salonu i tam byłam pięć lat. Dzisiejsza miejscówka na Oleandrów to połączenie tej z Mokotowa i małego salonu na Saskiej Kępie. Taka fuzja to był strzał w dziesiątkę. Moja wymarzona ulica na salon. I sprawdza się nam to bardzo.

M: Tam się poznałyście z Kujko? Czy znałyście się już wcześniej?

K: Poznałyśmy się w drugiej lokalizacji. Na Mokotowie, ale to był przypadek.

O: Kasi siostra oznaczyła ją w komentarzu pod moim ogłoszeniem. Ona nie odpisywała, a ja pilnie szukałam ludzi do pracy. Zbudowałam wtedy manitrucka i potrzebowałam kogoś, by w duecie jechać nad morze do naszej paznokciowej budy. I po prostu napisałam do niej prywatną wiadomość. „Stara, twoja siostra cię oznaczyła. Masz ochotę przyjść? Nie wiem co ty teraz robisz z życiem, ale zapraszam”. I odpisała mi ta młoda Kujko, wtedy zaledwie 18-letnia.

E: Sławna Kujko, miałaś już doświadczenie w robieniu paznokci?

K: Byłam samoukiem i robiłam paznokcie na własną rękę. To trwało może z półtora roku. Zanim trafiłam do Olgi, pracowałam w knajpie niedaleko, czyli w Dziku. I tak się, prawdę mówiąc, obijałam. Miałam w głowie trzy salony w Warszawie, w których chciałam pracować, ale odrzucały mnie, bo nie miałam za sobą szkoleń. A te były wtedy dosyć drogie i sama musiałam na nie zarobić. Moja siostra oznaczyła mnie wtedy pod postem Olgi, a ja pomyślałam sobie, że pójdę i znów usłyszę to samo. „Wróć jak będziesz miała zrobione kursy, wtedy pogadamy”. I gdy Olga napisała, to stwierdziłam, że może wpadnę, chociaż naprawdę nie chciałam już marnować czyjegoś czasu.

M: Olga, przyjęłaś do pracy człowieka niewyszkolonego!

O: Po tylu latach pracy z ludźmi mam taki radar i od razu jak poznałam Kaśkę, to sobie pomyślałam, że to fajna i otwarta dziewczyna. Przyjmując kogoś do pracy, wiedziałam, że robić paznokcie może każdy, każdy może się tego nauczyć. To nie jest fizyka kwantowa, nie potrzeba do tego doktoratu. Ale to, jaką jesteś osobą i jak rozmawiasz z ludźmi, czy jesteś ciekawa w rozmowie – to wszystko ma dużo większe znaczenie, niż to, jak na dzień dzisiejszy potrafisz zrobić paznokcie.

M: Jak tak na was patrzę, to mam wrażenie, że na rozmowie kwalifikacyjnej do Nailed It ważniejsze jest to, jakiej muzyki słuchasz.

K. Pamiętam jak na tzw. rekrutacji zrobiłam Oldze prawą rękę. I zapytałam potem, czy ma szluga. Nie miałam na fajki. Zapaliłyśmy i pomyślałam sobie, że jest OK, że to swój człowiek.

M: Olga, skąd wiedziałaś, że w zawodowym życiu chcesz robić paznokcie a nie coś innego?

O: Ja już robiłam w liceum paznokcie. Najpierw poszłam na praktyki fryzjerskie i przy pierwszym myciu głowy, po tygodniu zamiatania podłogi, oblałam panią wodą do pasa, więc stwierdziłam, że to chyba nie jest dla mnie. Pamiętam, jak szłam alejami w mojej rodzinnie Częstochowie i zobaczyłam ogłoszenie w salonie - szukali manikiurzystek. Weszłam i właścicielka pani Agnieszka po prostu mnie przyjęła i wszystkiego nauczyła. Pracowałam tam całe liceum i do dziś mamy kontakt. Po liceum nie do końca wiedziałam, co chcę robić.

M: Ale jednak coś tam już ci w duszy grało…

Dałam sobie czas, ostatkami rozsądku i przez namowy moich rodziców, poszłam na egzamin na anglistykę. Na szczęście się nie dostałam. Potem pojechałam za chłopakiem do Gorzowa Wielkopolskiego. Dzień po maturze. Tak to u mnie wygląda. Ja działam, jestem "doerem". I trafiam przy tym na super ludzi. W Gorzowie trafiłam do Renaty Gabarkiewicz, która miała wtedy jeden malutki salon, a teraz można powiedzieć, że jej firma Silcare jest jedną z największych firm produkcyjnych w Europie, jeśli chodzi o lakiery i produkty do paznokci. Był więc Gorzów, a potem dotarłam w końcu do Warszawy. Pracowałam trochę w salonach, ale szybko zrozumiałam, że praca w takiej klasycznej formie to nie do końca jest to, co chciałabym robić. Wprawdze latami zarzekałam się, że nigdy nie otworzę salonu, a jednak w trakcie drugiej ciąży stwierdziłam, że to jest coś co czuję.

E: Nie pasowało ci to, że musisz po raz milionowy robić klasyczny french i nie możesz robić fantazyjnych paznokci?

O: Cały czas lubię robić klasycznego frencha, ale w kwestii pracy w salonie chodzi o coś innego. Jest recepcja, są sztywne zasady, nie można przychodzić do pracy z dziećmi czy z psami. Zawsze śledziłam trendy, widziałam co się dzieje na zachodzie. Stwierdzilam, że nie ma takiego miejsca w Warszawie, które łamałoby te sztywne zasady. Byłam też już trochę wkręcona w nail art. I tak powstał Nailed It. Troszkę za namową mojego męża i przyjaciół.

M: Był Gorzów, Warszawa była i jest, a teraz pojawia się Nowy Jork - wasza globalna przygoda, z której uwaga, też skorzystamy, ponieważ będziecie dla nas relacjonować nowojorski Fashion Week. Z perspektywy tipsiar, ale nie tylko. To, co jest w tej sytuacji niezwykłe, to to, że to nie my musiałyśmy jako ELLE akredytować was na NYFW. To wy jakiś czas temu weszłyście tam jak po swoje. Jak to się stało?

K: Tak sobie siedziałyśmy w salonie, pewnie tego dnia była to jakaś piętnasta godzina pracy w szczycie sezonu, w sierpniu. I na miesiąc przed, zorientowałyśmy się, że Fashion Week w Nowym Jorku jest we wrześniu. I że w sumie, zróbmy to.

O: Na miesiąc przed, nie trochę wcześniej?

K: Jakoś tak. To pojawiło się w naszych głowach, ktoś to rzucił w eter i wypowiedziane musiało się stać. Więc im było bliżej września, tym większe miałyśmy przekonanie, że naprawdę lecimy. I przyszedł moment, że zorientowałam się, że Kujko nie ma paszportu… Ale udało się to ogarnąć. 

E: Kiedy wsiadłyście do samolotu, miałyście już jakieś zlecenia, załatwione pokazy?

O: Obserwowałyśmy wiele tematycznych kont na Instagramie. Dużo wcześniej piasłyśmy do różnych osób, które obserwujemy. Interesowali nas głównie "team leaderzy" ekip pokazowych. Nie pisałyśmy do agencji, bo nie jesteśmy w żadnej. Przynajmniej póki co. Ale gdyby ktoś chciał…

K: Pisałyśmy do tych ludzi trochę na mailu, trochę na Instagramie.

O: Dostawałyśmy najczęściej odpowiedź: "Fajnie, że będziecie, odzywajcie się na początku września". Booking na pokaz często dostajesz dzień wcześniej, a nawet tego samego dnia. To wszystko jest bardzo ruchome. Czasem się taką rezerwację przekłada, a nawet odwołuje. Byłyśmy na stand by’u, nie miałyśmy nic zaklepanego na sto procent.

K: Wsiadając do samolotu, powiedziałyśmy sobie „no risk, no fun”.

O: My jak sobie coś wymyślimy to to się dzieje.

M: I kto odezwał się jako pierwszy?

O: Deborah Lippmann.

K: Kupiłyśmy kartę SIM, włożyłyśmy ją do telefonu, usiadłyśmy gdzieś, gdzie było Wi-Fi i wysłałyśmy wiadomość, że mamy lokalny numer telefonu i że już tu jesteśmy. Minęło kilka godzin i zaczęłyśmy dostawać telefon za telefonem. Olga tylko odbierała. Część pokazów się pokryło i musiałyśmy się nimi podzielić.

M: Kim jest magiczna Deborah Lippmann? Osoba, która pierwsza się odezwała?

O: Deborah jest stylistką paznokci, na pewno od kilkudziesięciu lat. I niespełnioną jazzową śpiewaczką. Jej historia jest taka, że śpiewała i marzyła, żeby zostać śpiewaczką zawodową, ale jak to czasem bywa, robiła paznokcie koleżankom i gwiazdom. Żeby dorobić. I po prostu przy tym została. A dzisiaj jest właścicielką…

K: Brzmi jak moja historia!

O: …jest właścielką marki klasycznych lakierów do paznokci. W spółce z mężem.

K: Każdy ich lakier nazwany jest tytułem hitu muzycznego.

O: Deborah jest superkobietą.

E: Które jesze pokazy udało wam się dorzucić do grafiku? 

O: Brandon Maxwell, Jason Wu. Chromat, który miał swoje dziesięciolecie na fashion weeku. I Brock Collection.

M: Trzęsły wam się ręce przy malowaniu?

O: Tak…

K: Ja miałam stres, nie ukrywam.

O: Nie wiedziałam czy praca za kulisami wygląda tak, jak u nas. Robiłyśmy pokazy w Polsce i rzeczywiście wygląda to podobnie. Na pewno jest dużo luźniej, rzeczywiście Amerykanie mają w sobie sporo luzu i mimo że fashion wek jest ogromną imprezą to okoliczności przypominają freestyle. A wydawałoby się, że tam wszystko rozpisane jest na „tip top”, że nie ma pomyłek.

K: Jest freestyle, ale kontrolowany.

O: Jest dużo wzajemnego zaufania w ekipach.

K: Dokładnie, Amerykanie nie generują dodatkowego stresu. Cała sytuacja jest stresująca, więc wyznają zasadę: "nie mnożymy problemów, tylko je rozwiązujemy".

M: A jak to wygląda w praktyce? Wchodzicie, macie odprawę, widzicie szkice, inspiracje. Wcześniej jest jakaś próba? Brief nadesłany pocztą?

E: Przy makijażu jest tak, że dyrektor kreatywny pokazuje make up na modelce a reszta się uczy i odtwarza. Jak jest z mani?

K: Podobnie, ale to zależy od pokazu.

O: Na Jasonie Wu malowałyśmy półprzezroczystym lakierem, więc nie było za bardzo czego pokazywać. Ale oczywiście jest odprawa, o której mówicie. W Chromat paznokcie robiła Ida z Lady Fancy Nails i to dużo wcześniej. Samej Idy zaś na miejscu nie było. Za to była jej siostra. I wcześniejszy instruktaż. 

M. Dostałyście go mailem?

K: Tak, wzory przyszły mailem, z briefem i filmikiem, bo trzeba było wzór jednak namalować, a nie po prostu przykleić gotowego tipsa. Potem, już przy wejściu dostajesz kartkę, słuchasz dwuminutowej instrukcji, odczytujesz swoją modelkę z tablicy z sylwetkami i imionami. 

M: Miałyście marzenie, żeby zrobić paznokcie konkretnej modelce?

O. Ja polowałam i się udało.

E: Na kogo?

O. Adut… zabij mnie, teraz nie pamiętam nazwiska.

M: Możesz wyciągnąć telefon.

O: Bardzo znana modelka, bardzo na topie. Adut Akech. Przepiękna dziewczyna, wcześniej kompletnie nie wiedziałam kim ona jest, po prostu była tak piękna, że musiałam jej zrobić paznokcie.

M: A ty Kejti nie marzyłaś o nikim?

K: Nie. Ja lubię sytuacje, spontany. I przyznam się, że jestem trochę ignorantką.

E: Ale to chyba dobrze, podchodzisz do każdego na luzie i nie stresujesz się, nie ma: „O Boże, właśnie będę malować paznokcie Gigi Hadid, czy Kendall Jenner”.

K: Myślę, że nawet bym ich nie rozpoznała.

O: Malowałyśmy paznokcie jednej Hadid, ale nie wiem której (śmiech). Na Brandonie Maxwellu. 

E: Jedziecie na kolejny fashion week. Również na spontanie? Czy macie już coś zarezerwowanego?

O: Mamy dużą nadzieję, że rzeczywiście znowu będziemy pracować z Momo i Deborah Lippmann i może uda się… coś jeszcze. Zobaczymy.

M: Macie wrażenie, że podczas pokazów mody, zwłaszcza takich światowych, mani jest równoprawnym dodatkiem? Czy to musi się komponować?

E: Czy po prostu jest zwieńczeniem całej stylizacji?

M: Pytamy, bo przygotowując artykuły o trendach, korzystamy ze zdjęć agencyjnych, jak większość redakcji na całym świecie. I zbliżenia na dłonie pojawiają się dzięki temu w naszych relacjach. Paznokcie są na tych fotografiach bardzo wyeksponowane.

K: Mnie się wydaję, że ważną kwestią, jest to, przy pokazie jakiej marki pracujemy. Generalnie mani musi być zrobione, bo ktoś zawsze zauważy, że modelka będzie niosła torebkę a widać jej skórki przy paznokciu. Na wielu pokazach może być z tego awantura i afera. To zależy od pokazu i pokazywanej stylówki. Na Chromat mani było równoprawną częścią stylizacji, więc musiało być perfekcyjne.

O: To też zależy od team leadera i tego, kto robi te paznokcie. Deborah robi raczej klasyczne manikiury.

K: Jeden kształt, jeden kolor.

O: Tak, i to są zawsze perfekcyjne, piękne manikiury. A np. Miss Pop Nails zawsze robi coś odjechanego. Betina Goldstein ma za to rozpoznawalny, charakterystyczny styl.

M: Wspomniałyście o ważnej w tym świecie osobowości. Betina Goldstein to absolutne instagramowe guru wszystkich dziewczyn zainteresowanych paznokciami, ale pamiętam z naszej wcześniejszej rozmowy, że ten świat to nie tylko Betina. Kto więc jeszcze? Kogo jeszcze obserwujecie?

O: Na pewno @mpnails

K: Lady Fancy Nails

O: @nailedby.ma

K: Dziewczyny @lakwerk z Holandii. Nina Nailed it (@ninanailedit)…

M: To nam się układa w listę profili instagramowych do natychmiastowego śledzenia. Ale nie jesteście dla swoich klientek i naszych czytelniczek źródłem wiedzy tylko o paznokciach. Wiemy, że w Stanach będziecie też odwiedzać undergroundowe miejsca, związane z muzyką, modą i popkulturą. I że napiszecie dla ELLE.pl oparty na nich przewodnik. Olga, pamiętasz, jak mówiłaś nam kiedyś o specyficznym miejscu z jazzem w Nowym Jorku?

O: Tak. Co niedzielę, od dwudziestu kilku lat w mieszkaniu prywatnym Margery Elliot organizowane są jazzowe koncerty. Co niedzielę. Margery ma 100 lat. I ani jednej niedzieli nie przepuściła…

K: To jest na Harlemie.

E: Wszyscy są zaproszeni?

O: Tak, przychodzi każdy, kto chce. To miejsce jest już nawet na Trip Advisorze, ale mnie poleciła to Ewelina Gralak, jako miejsce, do którego muszę pójść. Bo ona wie, że muzyka jest dla mnie ważna. I strzeliła w dziesiątkę. Nie byłam nigdy na piękniejszym koncercie. Nigdy w życiu, naprawdę. I mimo że siedziałam na korytarzu przy windzie i nic nie widziałam, tylko słuchałam, to po prostu się rozpływałam.

M: Też mam jazzowe wspomnienie z Nowego Jorku. Wiąże się z hotelem Pennsylvania, który dziś jest podupadły i nie wiadomo, czy więcej w nim gości, czy szczurów. Ale kiedyś przynależało do niego Café Rouge i tam odbywały się pierwsze koncerty jazzowe nadawane na żywo przez stacje radiowe.

E: A inne wasze ulubione miejsca w Nowym Jorku, które może nie są jakoś bardzo turystyczne?

K: Tam chyba nie ma nieturystycznych miejsc. To już tak popkulturowe miasto i możliwe do wielokrotnego zdobycia.

O: Bryant Park, jest turystyczny, ale jest moim jednym z ulubionych miejsc. Bardzo lubię Chinatown, ale to też jest bardzo turystyczne miejsce.

M. Kujko, a twoje ulubione? 

K. To już nie w Nowym Jorku. Po Nowym Jorku lecimy do Atlanty.

O: I pierwsze miejsce w Atlancie, do którego pójdziemy…

K: To będą moje kowbojki.

O: Tak, to będzie lumpeks. Na Little Five Points jest mój ulubiony lumpeks, gdzie jest cała ściana w kowbojkach.

K. To jest taka piękna przyjaźń. Olga kocha jazz, ale kocha też country, a ja kocham kowbojki. I tu się uzupełniamy. Zaczynam więc eksplorowanie Atlanty od kowbojek, jedną parę już przywiozłam rok temu. Teraz muszę kupić kolejne szczęśliwe.

M: Kowbojki. Jesteśmy w stanie to zrozumieć :)

E: Co w tej Atlancie jest jeszcze, ze wracacie tam także w tym roku? Atlanta wielu kojarzy się z hazardem, to drugie znane w USA po Las Vegas, miejsce gdzie można pójść do sławnego kasyna. Ja jestem fanką Anthony’ego Bourdaina i to z jego relacji znam inną twarz Atlanty. A Wy?

O: Ja odwiedzam wszystkie muzyczne miejsca i dla mnie klimat trapowy. Idziesz na imprezę, a każdy tańczy voguing, do każdej muzyki, a ja to totalnie kocham. Atlanta jest bardzo otwarta, bardzo wspierająca LGBTQ+. Jest mała, to jest fajne. Stare budynki są zaadaptowane na lofty, niestety cenowo dostępne dla najbogatszych ludzi, ale e miło się patrzy, że jednak coś z tym robią, nie burzą, nie stawiają po prostu bloków. Reszta mieszka w domkach. To jest Południe, więc tam domki wyglądają specyficznie, z  werandami, wszyscy mają kanapy na tych werandach. W Atlancie trzeba też zobaczyć Beltline, czyli stare tory kolejowe, a które są odpowiednikiem nowojorskich deptaków. Tylko w Atlancie biegną dookoła. 

K: To jest moje życie. Tam jest po prostu przepięknie.

M: Kejti chciałabyś zorganizować małą Atlantę w Warszawie?

K: Nie, ja tam się po prostu przerzucę. Nie muszę wszystkiego ciągnąć za sobą. Ja sobie tam pójdę.

M: Słyszałaś Olga?

O: Ja chętnie, pakujemy się jutro. Nie ma problemu.

K: Ja z Atlantą miałam tak, że siedziałyśmy w tym Nowym Jorku, w tym pędzie tego wszystkiego. I jak skończył się ostatni pokaz, to Olga powiedziała, że jutro lecimy do Atlanty, której wtedy nie znałam. Jak kupiłam bilet, to miałam taką myśl, że nic nie zobaczyłam w Nowym Jorku, a teraz jakaś Atlanta, Georgia… Ale zaufałam Oldze i dziś jej za to bardzo dziękuję.

M: Twój pierwszy widok na Atlantę  - co zapamiętałaś?

K: Pierwsza myśl. "Kurde, jak gorąco! Zaraz umrę". Bo ja nienawidzę ciepła. Takiego mocnego. Ale przeżyłam to. Jest spoko. A pierwszy widok, to widok nieba. Jest nisko. To są te domki, przedmieścia, że wychodzisz i jesteś w tej Ameryce, którą wszyscy sobie wyobrażamy: weranda, sofa, nóżki jedna na drugiej w kowbojkach i lemoniadka – czego chcieć więcej?

M: Filmowe obrazki. To jest niesamowite w Stanach, że tam wszystko wygląda jak z tv. Miałam to samo w Portland, podczas swojej pierwszej w życiu podróży do USA. Spaceruję ulicą i między biurowcami, w pełnym słońcu, przejżdża obok mnie ciężarówka wielkości, której sobie nie wyobrażałam. I to słońce odbija się w lusterkach kabiny. Już byłam dorosłą dziewczyną, ale to zapisało mi się w głowie, jako ten ikoniczny widok Stanów, właśnie z filmów, reklam, czy pocztówek.

K. Atlanta była właśnie tym moim widokiem. Nie Manhattan. Jak ktoś mówi "Stany", to w głowie mam tę werandę, to siedzenie i ten klimacik. No i imprezy.

M: Czyli wszędzie szukacie, trapu, rapu i jazzu.

K: Wszystkiego!

O: I country.

M: Muzyka niezmiennie stała. A jednak w Stanach trendy pączkują, są przyswajane szybciej.

O: Myślisz o muzyce?

M: Tym razem wracam do beauty. 

O: Wydaje mi się, że tak nie jest. Np. nail art, który u nas obecnie jest już trendem od siedmiu, ośmiu lat, w Stanach dopiero rozkwita. Takie salony jak Nailed It, czy Salon Wisła dopiero zaczęły się otwierać.

E: O, to ciekawe. Zaskakujące wręcz.

O: Może w Nowym Jorku, Los Angeles dzieje się to szybciej - od kilku lat mają na przykład PaintBox Nails. To dwa największe miasta, stolice produkcji filmowych i telewizyjnych - w takich warunkach wszystko jest szybko. Ale w takich miejscach jak Atlanta moja szwagierka, która tam mieszka, dopiero w zeszłym roku znalazła salon, który robi takie rzeczy, jak my. 

M: Co jest w takim razie teraz takim miejscem trendotwórczym? Kijów teraz wymienia się jako nowy Berlin. Bo Berlin jest już zbyt hipsterski i zbyt mainstreamowy.

O: Paznokciowe trendy idą ze Wschodu i to od zawsze. Na pewno Ukraina mocno stoi, jeśli chodzi o paznokcie.

K: Zawsze jak scrolujesz sobie Pinteresta, czy Instagrama, w proponowanych profilach zawsze są te z Ukrainy.

M: Co jest takiego wyjątkowego w trendach płynących stamtąd? Nie wiem, czy pytać o estetykę, gust…

O: Są inne.

E: Pod jakim względem?

K: Turboperfekcyjne. Pod linijkę. Patrzysz i to wydaje się wręcz z tą dokładnością wykonania nienaturalne.

O: Wydaje mi się, że na Ukrainie dużo bardziej dba się o paznokcie.

M. Czyli nail art ze Wschodu hołduje perfekcji. Jak wszystko, co artystyczne - tamtejszy balet, taniec, gimnastyka są precyzyjne, wyśrubowane do granic możliwości. 

K: Taka kultura moim zdaniem.

M: Konkretne osoby, które warto śledzić? Profile?

O: @solovey_nail_art. Mam nadzieję, że się nie pomyliłam - nie wiem jak się czyta cyrylicę.

E: A co z Polkami? Kochają nail art? Trudno było je przekonać? Nawet rozmawiałyśmy dzisiaj, że miłość do malowania paznokci często zaczyna się od czerwonego lakieru. Mam koleżankę, która paznokcie maluje tylko na czerwono, bo uważa, że tylko takie paznokcie są ładne i seksowne.

M: Faceci podobno tylko takie lubią.

K: Czerwony i french, albo nic.

E: Albo cieliste - moja mama malowała takie, czasem perłowe.

M: W pokoleniu naszych mam paznokcie musiały pasować do torebki. A torebka do butów.

O: Albo do szminki.

K: Pasek musiał jeszcze pasować.

E: A tak serio? Czy dzisiejsze klientki same was zaskakują kreatywnością? Przynoszą pomysły na mani? Zdjęcia z instagrama czy Pinteresta i mówią: „chcę mieć teraz dokładnie takie paznokcie”.

K: Teraz już tak.

O: Często są przygotowane. Czy nas zaskakują? Czasem tak. Uważam, że to bardzo indywidualne, czy robisz nail art czy nie. Ja osobiście nigdy praktycznie nie noszę nail artu. W ogóle albo mam półprzezroczyste paznokcie albo czarne. Kiedyś nosiłam, po prostu mi przeszło. Tak jak z kolorową szminką

K: Zmyła w aucie.

O: Wyjątkowo się dziś pomalowałam. Generalnie na co dzień nie noszę makijażu. Taką mam teraz fazę. Muszą być mega krótkie paznokcie, kiedyś miałam zawsze przedłużone kwadraty z kolczykami na przykład. U mnie są fazy. Klientki też takie mają.

K: Ja zawsze noszę długie. A w tym roku przeszłam na jeden kolor i saute, ale klientki mnie nie zaskakują. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale gdzieś tam mamy taki układzik, że zazwyczaj to ja decyduję, co ostatecznie robimy.

O: Wpisując się do Kujko trzeba wiedzieć, że ona nie pomaluje na czerwono paznokci. Po prostu.

M: Hmm, zrozumiałam to tak, że zapisując się do Kujko zakładasz, że i tak wyjdziesz z tym, czego ona chce, a nie czego chcesz ty.

K. Nie do końca. Często jest tak, że słyszę "chciałabym mieć czarne" i gdzieś tu zaczynamy działać, malujemy. I za chwilę pada: Kujko, w sumie zrób to sama jak uważasz. U mnie się dziewczyny otwierają, ufają mi. Ale czerwonych nie robię.

M: Dlaczego?

K: Nie lubię. Cała ja.

O: Kujko idzie na urlop, a ja w grafiku mam same jej klientki, które proszą, żeby pomalować im paznokcie na czerwono. Myślę sobie: "Boże, pani wychowawczyni wyjechała!".

K: Bo jak zadaję klientce proste pytanie: dlaczego chcesz czerwone paznokcie, to słyszę, że Romek je lubi. A co ty lubisz? Zrób to dla siebie, to jest twój czas. Twoje paznokcie. Jest przecież cała paleta barw.

E: Nawet 65 tysięcy kolorów.

K: To jest czasem kwestia przekonania się do czegoś nowego. Rozumiem, że czasem praca cię ogranicza i wtedy wiadomo… Ale wychodząc ze strefy komfortu, czasem sprawiasz, że dzieją się superzeczy. No dobrze, te stałe klientki raz w roku czerwone paznokcie mają. Przychodzą i mówią „to jest ten czas”. Ok, niech im będzie.

M: A z twojej strefy komfortu zdarzyło ci się czasem wyjść? Wyobraź sobie, że przychodzi klientka i mówi: "Proszę o glitter 3D i złote kolczyki. A, i jeszcze jednorożec".

K: A co to za wyjście z komfortu?

O: To jest raczej cała Kujko.

M: Ok, przepraszam, nie wiedziałam z kim tańczę. To co najbardziej szalonego zrobiłyście na paznokciach klientek?

O: Ja robiłam na paznokciach gotykiem „Je**ć biedę”.

E: O, szanuję to.

O: Kasia, która przyszła na paznokcie, moja koleżanka, nie miała kasy i poprosiła o pożyczkę faceta. Powiedział, że da jej pieniądze, jeśli na paznokciach napisze „je**ć biedę”. Ona przychodzi i mówi „Olga musisz mi zrobić gotykiem ‘je**ć biedę’”. Udokumentowany efekt znalazł się na fanpage’u „Biedaki Polaki Cebulaki”.

M: To jest publikacja sztos, taka do portfolio w waszym stylu. Ale wyobrażam sobie jak taka klientka z taką wizją wchodzi do sieciowego salonu, np. w Arkadii, i mówi "No to teraz proszę…"

K: Dilluj z tym.

O: To było dziwne, ale też super. Pamiętam, że robiłam też kiedyś Maryjki na złotej folii transparentnej, to wyglądało jak ikony. Więc to trochę kontrowersyjne, ale cieszię się, że ktoś się na coś takiego odważył.

M: Ktoś wymyślił to sobie na jakąś konkretną okazję?

O: Nie, po prostu taka fantazja. Potem był South Park i postacie z Marvela. Różne rzeczy robiłyśmy. Tytusa, Romka i Atomka na przykład.

M: Kejti, a ty pamiętasz jakiś swój odjechany projekt?

K: Teraz sobie przypomniałam o tym... Przedłużałam paznokcie. Nie wiem, czy wszyscy wiedzą jak to wygląda – podkłada się szablon i nakłada masę. I w tym przypadku, o którym myślę, trzeba było przyłożyć tak ze dwie długości, one miały tak…

E: Z 10 centymetrów?

K: Tak spokojnie. Dłoń wyglądała szalenie. Jeden kolor, wyglądało trochę jak rzeźba.

E: Zawsze  jak oglądam panie, czy gwiazdy typu Cardi B, które mają bardzo długie paznokcie, to zawsze zastanawiam się, jak miałabym zdjąć sobie soczewki albo je założyć z takimi paznokciami. Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić.

K: Ja obstawiam, że te klientki mają ludzi do tego.

O: Na 100%

M: A widzicie też takie skrajności w trendach? Pamiętam jak ultrakrótkie paznokcie zaczęły pojawiać się w edytorialach magazynów.

O: Moim zdaniem to cały czas jest w trendzie.

M. A jeżeli już jesteśmy przy publikacjach prasowych, sprawia wam satysfakcję malowanie do sesji zdjęciowych?

O: Bardzo. Uwielbiam robić paznokcie, lubię swoją pracę, lubię pracę z klientami. Natomiast taka przygoda w formie sesji, czy planu zdjęciowego, reklamowego, jakiegokolwiek jest zawsze miłą odskocznią.

K: Manitruck był też trochę taką odskocznią.

O. Tak, żeby nie zwariować w jednym miejscu.

E: Pamiętam, że był w Chałupach. Trudno było się zapisać, akurat byłam tam wtedy i nie było wolnych miejsc.

O: Teraz wystarczy, że wyślesz DM-a.

M: Na co dzień dostajecie dużo wiadomości?

K: Sporo.

M. I co w tych DM-ach jest?

O: Różne rzeczy.

K: Często jest: „A może bez kolejki? Bo dzwoniłam i nie ma miejsca”.

O: Ale jesteśmy często przekupywane. Kolacją lub winem.

K: Nie ma nic za darmo.

M: No pięknie. Klasyczne z was influencerki.

O: Raczej piszą do nas ludzie, z którymi mamy bliskie relacje. Ja też zawsze mówię szczerze, że jak nie ma miejsca i nie możesz zapisać się do salonu, to daj znać. Zawsze coś wykombinujemy. Z kimś się zamienię albo mogę przyjechać na godzinę. Nie ma problemu.

K: I tak przecież wyjdziemy na to wino.

M: Trochę to brzmi jakby wasze klientki zaczęły tworzyć jakąś konkretną społeczność.

K: Moim zdaniem tak jest

O: Nailed It zbudowałam na relacjach z ludźmi, których znam. Zapraszałam znajome i znajomych, którzy będą dobrze czuć się w tym miejscu i dalej poszło to pocztą pantoflową. 

E: Instagram też pomógł?

O: Myślę, że instagram w ogóle jest najważniejszy. W naszym przypadku. To jest twoje portfolio, tam chyba najwięcej paznokci "się klika".

K: Wydaje mi się, że też sposób w jaki jest prowadzony. Oznaczamy, ze te paznokcie to praca Marty, Olgi, Magdy, Patki. Za tymi paznokciami, które widzimy na Instagramie, stoi osoba. I bardzo dobrze dziewczyny znają tę osobę. Mani oznacza wtedy też przyjście na kawę i spędzenie z nią czasu.

M: Macie kozetkę?

O: Można tak powiedzieć.

K: Krzesło jest kozetką.

M: Dzieją się rozmowy?

O: Zawsze.

M: A faceci też przychodzą?

K: Tak.

M: Głównie gadać?

K: Za pierwszym razem, jak przychodzą, to głównie zrobić paznokcie, a za drugim to już wiedzą, że mogą gadać.

M: O czym gadają? 

O: Ostatnio z Robertem rozmawiałam o haftach jak mu robiłaś pedi.

K: A ja z Robertem gadałam o haftach.

M: Haftach? Klasycznych haftach?

O: O haftowaniu w ogóle. Jego dziewczyna, nasza bardzo dobra znajoma, wyhaftowała mu na spodniach jamnika, bo zrobił sobie plamę. Zobaczyłam tego jamnika i powiedziałam „what?”. Nie wiem, czy ktoś oprócz nas bardziej by to docenił. Kto jeszcze przychodzi? Jeśli chodzi o facetów, to są to najczęściej koledzy. Wydaje mi się, że przychodzą do nas, bo nie powiemy: „O Jezu, będziesz tak często chłopcze przychodził na te paznokcie bez dziewczyny?”. Tylko powiemy „dobra, siadaj i zrobimy”. Wydaje mi się, że mężczyźni boją się chodzić do salonów, bo boją się reakcji kobiet. Nie kolegów, tylko tej reakcji kobiet. Zdarzyło mi się zwrócić uwagę naszej klientce, która przyglądała się naszemu klientowi i to go krępowało.

K: Zawstydziła go, ale nie ze złej woli.

O: Powiedziałam jej: "Ej, nie zawstydzaj klienta, właśnie super, że przyszedł, trzeba wzmacniać facetów z tym, że przychodzą. To przecież normalne".

M: Czyli zazwyczaj klasyczna pielęgnacja? Czy są odważni?

K. Robert wyszedł z czarną hybrydą u stóp.

O: Mamy też kolegę, który na różne okazje robi sobie wzorki. A$AP Rocky ma zawsze zrobione paznokcie.

M: Właśnie chciałam powiedzieć, że faceci ze świata muzyki przecierają w tym temacie szlaki. Harry Styles, rockowe gwiazdy kampanii Saint Laurent itd. To jest coś, czego nie trzeba tłumaczyć, co jest dla ich stylu oczywiste.

K: To jest tylko kolor na paznokciach, ja w ogóle nie rozumiem tej całej….

E: Otoczki skandalu?

K. Tak. Jest to tylko jakiś dodatek do całości.

M: Może kontrowersje napędzają biznes także w tym segmencie. Dobrze wiemy, ile milionów dolarów zarabia rynek kosmetyków do włosów na przykład w USA. Tutaj chodzi również o produkty dla Afroamerykanek. Nie oszukujmy się, to jest mega siła napędowa tego sektora. 

O: Rynek fryzjerski i branża fryzjerska to potęga - paznokcie nie mają szans ich dogonić. Tak jak paznokcie robisz i fajnie jest je mieć zrobione, to jednak przeżyjesz bez tego. A jak chodzisz z dużym odrostem na włosach, to jest to słabe. Włosy w ogóle są ważne dla kobiet, dla mężczyzn tak samo. O włosy bardzo się dba. Wydaje mi się, że w branży beauty z mani jesteśmy na końcu łańcucha. Obserwuję natomiast, jakie marki wchodzą do dużych sieciówek i z ofertą jest coraz lepiej. Zresztą trąbi się o tym, żeby używać produktów, które są bezpieczne.

K: Na pewno świadomość rośnie. Pamiętam jak zaczęłam pracę u ciebie te 6 lat temu i przez pierwsze trzy lata nie padło żadne pytanie na temat higieny. Ale teraz, na przestrzeni tych dwóch, czy dwa i pół roku, średnio dwa razy w tygodniu słyszę „macie autoklaw? A mogę zobaczyć? „A macie to”? „A mogę zobaczyć?”. „Czy ten lakier na pewno jest tym i tym”?

E: A czy nadal słyszycie jakieś mity? Na przykład, że hybryda jest zła.

K: Że można dostać raka?

E. Właśnie, z czym się stykacie? Klientki was pytają o tzw. bujdy na resorach?

O: Z tym rakiem to jest tak. Nie ma badań na ten temat. W sensie nie ma badania, które potwierdziłoby, że rzeczywiście od tych 36W dostaniesz raka. To tak jakbyś sobie świetlówkę przyłożyła do dłoni.

K. Dwie minuty łącznie przez godzinną sesję trzymasz tam rękę.

O: Nie jestem lekarzem. Ale nie ma żadnego badania, które potwierdzałoby szkodliwość lampy. A same lakiery, cóż. Jesteśmy w Unii Europejskiej i prawo unijne nakazuje produkcję lakierów „7-free”, czyli bez formaldehydu, toluenu, kamfory – wszystkiego, co mogłoby być rakotwórcze, bądź szkodliwe dla zdrowia. Jeśli masz produkty, które są produkowane w UE i są na rynku, zawsze są „7-free”

M: I rozumiem, że na takich pracujecie.

O: Tak i na takich pracuje od samego początku Nailed It. Cena też za tym idzie. 

M: Sprawdzacie pod tym kątem konkurencję? I w innych kwestiach też?

O: Chodzę do innych salonów, ostatnio weszłam i nie widziałam logo marki, więc spytałam o nią. Usłyszałam nazwę, i odmówiłam hybrydy. Pani była zdziwiona. Ładnie mi wtedy zrobiła paznokcie, ale rzeczywiście chemii między nami nie było, chemia była tylko w lakierach. I to jaka. Oprócz mnie były dwie klientki i nikt ze sobą nie rozmawiał. Obok siedziała menagerka na recepcji i wszyscy musieli być bardzo cichutko. W połowie poprosiłam o kawę. Z tej ciszy.

M: Może to był rytuał? Dziś połowa usług jest rytuałem, a jeśli w trendzie, to księżycowym, są świece.

E: I zainteresowanie astro powraca.

M: Nie będziemy mieć zaraz dość dziewczyńskości wszystkich usług i robieniem aury na siłę?

O: Żyjąc w tej naszej branżowej bańce, rzeczywiście stykamy się z pewnymi trendami, co moim zdaniem jest fajne, jeśli wyciągniesz coś z tego dobrego dla siebie. Ja osobiście nie ze wszystkiego korzystam, ale np. jogowe weekendy z fazami księżyca są super.

M: Dobra, też nie mogę spać w pełnię.

K: Ja też!

O: Ale ja np. do końca nie wiem co to jest hygge. I w ogóle ten trend. Jak ktoś podpisuje tak zdjęcie to zastanawiam się, o co chodzi.

K: Czy hygge czy nie hygge to wierzymy w to, że gdzieś ten rynek usług musi być ludzi. Super jest sobie pogadać, ale czy tak nie było od lat, że przychodziłaś i wiedziałaś, że wchodzisz w strefę komfortu i zaufania.

E:  Zawsze się chodziło do ulubionej fryzjerki czy fryzjera. I myślę, że tutaj tipsiary są tutaj podobne.

M. Po prostu wracacie po pauzie komercyjnej lat 90., kiedy chodziliśmy do salonów dla szyldów. Tych zagranicznych albo zagranicznie brzmiących.

E: Z literą „X” na końcu w nazwie.

O: Jest w Al. Jerozolimskich Hest - nie wiem czy kojarzycie ten salon, taki cały fioletowy. Wszystkie gwiazdy tam chodziły w latach 90. Myślę, że miliony zblili na tym salonie. Jak przyjechałam do Warszawy w 2006…

K: Zawsze mnie korci, żeby tam pójść, tylko zapominam.

O: …poszłam tam na rozmowę o pracę.

E: I jak było?

O: Weszłam tam i sobie myślę: say what? To tu przychodziły gwiazdy…? Dobra, chyba rzeczywiście 20 lat temu. I ten salon tak wygląda i ma się świetnie. I jest. Wczoraj przechodziłam koło niego, tak sentymentalnie spojrzałam w jego stronę…

M: Słodko. A teraz sentymenty na bok - przyszłość. Co planujecie?

O: Mam nadzieję, że ten rok, te będzie takim, w którym nic nowego nie przyjdzie mi do głowy. Myślę, że już nie. Że to mam za sobą. Miałam tak pod koniec roku, że jeszcze się martwiłam: "Boże, jak to ja nic nowego nie zrobię?". A potem wzięłam udział w takim spotkaniu, gdzie Orina Krajewska miała wystąpienie. I powiedziała, że jednym z takich największych sukcesów kobiet jest odpuścić sobie.To do mnie tak trafiło i to mi tak utkwiło w głowie. Jeszcze półtora roku temu myślałam, że otworzymy Gdańsk i Poznań, ale zadałam sobie bardzo ważne pytanie „co mi daje spokój?”.

K: Myślę, że mimo pracy. Którą kochamy i lubimy, fajnie  jest też robić inne rzeczy i mieć na nie czas.

O: Pieniądze to nie wszystko.

K: Prawda, a fajnie jest mieć po prostu czas.

O: Ale też czas nic nie robić. Odpuścić sobie. My się nakręcamy na ten Girl Power i fajnie, ale ja już sobie udowodniłam. Pomyślałam, „dobra, już tyle rzeczy zrobiłaś, enough. Możesz na razie nic nie robić.”

E: Masz wolne.

O: Tak. I dlatego też wypalił ten Nowy Jork. Gdybym miała kolejne salony, nie miałabym trucka. I czasu. I pewnie fashion week też zostałby tylko na horyzoncie…

 

Dziewczyny z Nailed It przejmą instastory ELLE już 10 lutego podczas New York Fashion Week. Stay tuned!