Marta Kowalska/ELLE: Lubisz baśnie, legendy, mity, dużo śnisz? Bliskie Ci jest myślenie wyobrażeniowe?

Joanna Hawrot: Bardzo. Baśnie, legendy, mity to przecież coś, co pulsuje pod skórą sztuki, także współczesnej; bez nich nie sposób się w niej poruszać. W przypowieściach często znajduję „lustro” rzeczywistości - rodzaj kapsuły czasu z zapisem życiowej mądrości jakiejś społeczności, taki niecodzienny helpdesk, do którego mogę sięgnąć. Sen to święty czas dla mnie samej, opakowałam go w prywatne rytuały. Bywają noce i półsny, w których rozwiązuję trudne dla mnie sytuacje, znajduję nowe tropy. Wyobrażenia, ich pielęgnowanie i sprowadzanie do rzeczywistości to kluczowa cześć mojej pracy.

Zawsze wydawało mi się, że Twoje kolekcje mimo minimalistycznych zapędów, są, hmm, uduchowione. Co leży u podstaw Twojej wyobraźni estetycznej? I co z tego przekłada się na projektowane przez Ciebie formy?

Bardzo duży wpływ na jej ukształtowanie miała Japonia, którą w pewnym momencie swojego życia totalnie się zachłysnęłam. U podstaw mojego funkcjonowania jako człowieka w ogóle, leżą emocje, które często biorą górę nad rozsądkiem. Wschód nauczył mnie ciszy.

Stąd kimona?

Tak. To dlatego signature piece marki HAWROT stały się kimona. Rozkochałam się w tej tradycyjnej formie i reinterpretuję ją, filtrując przez własną wrażliwość.

Czy to właśnie podobna wrażliwość połączyła Cię z postacią Aleksandry Waliszewskiej?

Twórczość Aleksandry poznałam w 2016 r. Mam dość określone podejście do projektowania - obrazy, formy, postaci, z którymi pracuję, muszą mnie mocno stymulować, być wymagające, inaczej szybko się nudzę. Lubię, gdy nowy projekt zabiera mnie w nieznane, wbrew pozorom wolę nie wiedzieć, czego mam się spodziewać. Pod tym względem, twórczość Aleksandry wydała mi się szalenie pociągająca.

Malarstwo Aleksandry Waliszewskiej / Aleksandra Waliszewska

Na tyle, że uznałaś że Twoje ubrania i obrazy Waliszewskiej będą dla siebie wzajemnie dobrym płótnem i printem? 

Aleksandra Waliszewska tworzy rysunki i obrazy, które zostają pod powiekami. W jej imaginarium pojawiają się figury, postacie, które działają na zasadzie archetypów, można się z nimi zidentyfikować. Znam parę osób, które postanowiły przenieść te motywy na skórę, w formie tatuaży. Ja miałam podobną intuicję, że chce doświadczenie jej prac przedłużyć na ubraniach. Moda to przecież jeden z podstawowych sposobów autoekspresji, opowiadania własnej historii czy stanu ducha strojem. To było intensywne szczególnie przy pierwszej naszej współpracy. Dużo mnie to pierwsze spotkanie nauczyło, rozbudziło mój apetyt na więcej.

To więc nie pierwsza współpraca, ale czy tym razem jest inna?

Do drugiej kooperacji przystąpiłam z zupełnie innym nastawieniem, byłam też w zupełnie innym momencie jako projektantka. Tym razem zależało mi, by wniknąć głębiej, ale też poddać się, zobaczyć, gdzie mnie tym razem prace Aleksandry zaprowadzą...

Znając światy Waliszewskiej, brzmi jak gotowość na trip...

 Okazało się, że jestem w zupełnie nowych, nieoczekiwanych rewirach. Już nie przy autoekspresyjnym potencjalne ubrań, ale przy ich funkcji apotropaicznej. 

Które obrazy trafiły do tej kolekcji?

Wybraliśmy 8 prac. Są bardzo różne - bardziej rysunkowe, widać w nich charakterystyczną kreskę autorki i bardziej rozmalowane. Aleksandra rzadko nadaje swoim dziełom tytuły, ale gdy się już pojawiają, nawet te nieoficjalne, stają się imionami kimon. Kolekcja jest cały czas uzupełniana o nowe modele, w których printy swobodnie wędrują między damskimi i męskimi fasonami. 

Wędrują, a nawet migrują, są rozbiegane, jak ulubione kotki Waliszewskiej na męskim, krwistoczerwonym garniturze. Jak pracowaliście nad defragmentaryzacją obrazów, żeby wyselekcjonować motywy i stworzyć właśnie takie printy? Nie przedrukowane plamy, całości, tylko właśnie kawałki tego świata. To chyba nie było łatwe?

Naszym głównym założeniem przy komponowaniu wzorów na tkaniny jest stworzenie kompozycji, która nie będzie dekorem, ozdobą. Z niewielkich formatowo prac przygotowujemy kupon o długości trzech metrów, z którego później powstaje kimono. Proces projektowania tkanin jest długi i skomplikowany, ale chodzi w nim o to, by zachować charakter pracy i wydobyć z niej nową jakość, która może się ujawnić dzięki nowemu medium. Przy drugiej kooperacji z Aleksandrą zdecydowanie pewniej i z większą satysfakcją operujemy tymi pracami, mam wrażenie, że udało nam się poznać ich język.

Język - to ważne w dialogu. Jak krój "rozmawia" tu, "współpracuje" z wybranymi motywami z obrazów? Jakie fasony pojawiają się w kolekcji?

Osią kolekcji są zawsze kimona, nasz znak rozpoznawczy. W nowej - także krótsze niż zwykle, sięgające przed biodra. Ale "I put a spell on" to nowe modele koszul, spodni hakam i unisexowych bomberów. Na dobre polubiłam projektowanie dla mężczyzn i cieszę się, że już na stałe zagościli w świecie #kimonolovers. Teraz także do nich zaadresowałam  kilka sylwetek.

Porozmawiajmy chwilę o "płótnie" - na jakich materiałach pracowałaś i mówiąc wprost - dlaczego nie są to tanie rzeczy?

Od lat pracuję ze sprawdzonymi tkaninami, na których drukujemy nasze wzory. Krepa, z której powstaje lwia część kolekcji, jest oddychającą, łatwą w utrzymaniu tkaniną, nie gniecie się.

Jakie to ma znaczenie oprócz typowo użytkowego? Sama nie lubię sięgać po żelazko, a w przypadku tych rzeczy bałabym się tknąć tych "obrazów" czymkolwiek termicznym.

Kimona po latach wyglądają jak nowe, można prać je w pralce. Są to tkaniny dla osób ceniących sobie wygodę zarówno w noszeniu, jak i użytkowaniu. Przy okazji tej kolekcji wprowadzamy też naturalny jedwab i wiskozę. Jesteśmy w trakcie przygotowywania nowych wydruków. Niebawem pojawią się też kimona z drukowanego jedwabiu, długo czekaliśmy na tę chwilę. Nie są to rzeczy tanie głównie ze względu na długi i kosztowny proces projektowania i drukowania tkanin. Wszystkie nasze kolekcje szyjemy w Polsce w limitowanych ilościach. Biorąc pod uwagę fakt, że są to autorskie i dobre jakościowo rzeczy, ceny są bardzo przyzwoite.

Transparentnie powiedzmy o kwotach, o które chodzi. To rozpiętość między 990 złotych za koszulę a 1790 złotych za kimono.

Nigdy nie będziemy konkurować pod tym względem z sieciówkami. Nasi klienci doskonale to rozumieją.

Na wszywkach ubrań z tej kolekcji czytamy "wearable art". Czy to narzuca jakiś specjalny rytuał noszenia tej kolekcji? I czy ona żyje nie tylko w ruchu, ale też statycznie? Jak kolekcjonerski eksponat?

Od początku istnienia marki tj. od 2009 r. konsekwentnie realizuję filozofię FROM FASHION TO ART tworząc "sztukę do noszenia". Klienci kolekcjonują nasze ubrania tak, jak kolekcjonuje się sztukę czy dizajn. Natomiast moją misją jest, by to kolekcjonerskie podejście do mody kultywować. Budowanie pomostu między modą a sztuką jest swoistym DNA naszej marki. Relacje ze sztuką to constans w świecie HAWROT, stały związek, a nie przelotny romans. Lubię powtarzać za moimi klientami, że HAWROT to ubrania do zadań specjalnych. Dodają odwagi, pomagają wyrazić nasze pragnienia, są zaprzeczeniem uniformu. Często poruszają ważne społecznie tematy, mają określoną energię i moc. 

Moc, dla której tłem są, jakby inaczej, nocne pejzaże. Jak przystało na spotkanie trzech czarownic: Hawrot-Waliszewska-Bielska. Na czym zależało Ci w kontekście sesji zdjęciowej dla kolekcji?

Projektując kolekcję, stwarzamy też dla niej świat. Po raz kolejny miałam przyjemność współpracować z Kasią Bielską, która wykonała fotografie i wyreżyserowała film. Kampanię zrealizowałyśmy nocą, w nadwiślańskiej scenerii. Ale nie jest to powrót do bagien i mokradeł z pierwszej sesji dla HAWROT x Waliszewska. Tym razem zabierałyśmy modeli na inną planetę, na spotkanie z innym, obcym, ja, który wyłania się z mroku. Kasia zdecydowała się na bardzo odważny zabieg - w sposób zupełnie niekonwencjonalny zagrała tym, co niematerialne - światłem. To z niego uczyniła głównego bohatera tych obrazów, wzmacniając paradoksalną afirmatywność sztuki Waliszewskiej, o której już mówiłam i którą podczas tej drugiej współpracy odkryłam. Produkcyjnie była to największa nasza kampania, a jej owocem będzie także film kręcony na taśmie filmowej przez znakomitego operatora Mateusza Dziekońskiego. Cieszy mnie fakt, że projekt zgromadził tak znakomitych twórców z różnych dziedzin. Te współprace i spotkania są niepodważalnie najcenniejszą i ulubioną częścią mojej pracy.

Myślę, że po obejrzeniu tych zdjęć, będą mi się śnić. Ewidentnie rzucacie tu jakieś czary, więc muszę zapytać - skąd wziął się tytuł Waszej wspólnej bajki: "I put a spell on"? Dopatruję się tu funkcji magicznej tej kolekcji. Amuletu, zaklęcia... Mówiłaś też o specyficznym oswajaniu makabry i szukaniu światła. 

Myślę, że w punkt trafia Anka Herbut, która w tekście towarzyszącym kolekcji pisze "Już dawno temu ludzie wymyślili mit, który miał tłumaczyć kojącą moc obrazów w stosunku do niepokojącej rzeczywistości: Meduzę, której nie można było spojrzeć w twarz, a którą można było obserwować jedynie w odbiciu. Podobno obraz może być tarczą przeciw rzeczywistości, na którą nie da się patrzeć. A jeśli tak, to ubrania z nowej kolekcji HAWROT można potraktować jak tarczę, talizman i zaklęcie, które koniec końców jest wehikułem zmiany. Zaklęcia prowadzą poza granice racjonalności i działają według logiki snu – we śnie nic nie jest tym, czym się wydaje, a horror jest wszystkim, tylko nie horrorem. Noszenie na sobie makabrycznych obrazów paradoksalnie może być więc tej makabry zaprzeczeniem i pełnić funkcje wzmacniająco-odstraszające ". 
Mam nadzieje, że nie zabrzmi to górnolotnie, ale kolekcja "I put a spell on" jest dla mnie o poszukiwaniu jasnej strony mocy, o tym, co ekscytujące, świeże i nieznane. Lubię tak o niej myśleć.
 

Zdjęcia kolekcji HAWROT x Aleksandra Waliszewska "I put a spell on" znajdziecie w naszej galerii.