Wyobraź sobie kobietę, która nigdy nie uprawiała sportu. Może raz. Na studiach musiała coś wybrać, więc poszła na jogę, ale przy co drugiej asanie udawała, że jest w ciąży, więc się nie liczy. Potem raz była na fitnessie i na nartach – z chłopakiem. Związek się rozpadł, ona nigdy nie wróciła na stok. To ja.

Kiedy niedawno sąsiadka opowiedziała mi o autorskich metodach tanecznych, natychmiast zapragnęłam ich spróbować mimo dowiedzionego braku sympatii do wszelkich form aktywności fizycznej. Najpierw dałam się uwieść stwierdzeniom, że to dla każdego i że nie da się pozostać obojętnym. Poza tym, o ile fitness oparty na komendach trenera wydaje mi się koszmarnie nudny, taniec jest pełen wdzięku, rytmu i endorfin. W końcu – jego nowoczesne formy mają być swojego rodzaju medytacją, spotkaniem z sobą, terapią. To już nie tylko ruch dla ciała, lecz także dla emocji i umysłu: taniec ma działać jak masaż i psychoterapia w jednym. Ma mnie doprowadzić do najtajniejszych zakamarków osobowości, uwolnić pokłady złości, wyciszyć, przynieść ulgę. Jak dobrze to brzmi.

Zachęcona, postanowiłam ruszyć w teren. Nie było trudno – powstaje coraz więcej szkół, w których można uczyć się tańca w różnych formach: od zumby i salsy, przez jazz imodern, do metody Gaga czy Body-Mind Centering.

Poniedziałek - Gaga

Bałam się tam pójść. Zwlekałam kilka tygodni. Ale gdy w końcu to zrobiłam, szybko poczułam, że akurat w tym szaleństwie jest metoda. W sali nie ma luster. Jest za to grupka wesołych osób i energiczna instruktorka, która uprzedza, że nie przestaniemy się ruszać przez godzinę. Zaczynamy i zdaję sobie sprawę, że z daleka nasz taniec może wyglądać jak nieskoordynowana plątanina rąk i nóg albo kłębowisko wijących się po podłodze korpusów: ni to syren, ni meduz. Prowadząca udziela konkretnych wskazówek (a jeśli wymknie jej się jakaś metafora, sama się z tego śmieje). Pilnuje tempa. W którymś momencie krzyczy, że wolniejszy ruch nie oznacza bezruchu. Nie mam wątpliwości, do kogo kieruje te słowa. Po zajęciach wcale nie jestem zmęczona, za to ekstatycznie nastawiona do rzeczywistości – do końca dnia chce mi się tańczyć. Sprzątam mieszkanie, piszę tekst, wieczorem wychodzę do znajomych. Następ­nego dnia wciąż jestem rozwibrowana, żywa. Zaczynam rozumieć, że ten taniec naprawdę ma terapeutyczne działanie. Twórca Gaga dance, słynny izraelski choreograf Ohad Naharin, stworzył go, bo jako młody tancerz miał wypadek i lekarze mówili mu, że nie będzie mógł tańczyć. Gaga pozwoliła mu odzyskać sprawność. Mnie relaksuje samo wspomnienie tego tańca. Na pewno jeszcze do niego wrócę.

 

Wtorek - body conditioning

Opis mnie zachęca: „Celem tych zajęć, opartych na pilatesie, balecie klasycznym i teatrze, jest odkrycie własnej kameleoniczności wciąż zmieniającego się ciała, uwolnienie go od oceny i skierowanie na ścieżkę zmiany. Od miednicy po horyzont! Ona jest początkiem”. Jest też słowem, które najczęściej będę słyszała na tych zajęciach. W ogóle mówienie jest w centrum – charyzmatyczny prowadzący bardzo dba o to, żeby wszyscy świetnie się bawili. Niestety, od razu zaznacza, że dziś szukamy własnej miednicy, tym razem bez elementów tańca. Zostaje nam dziwaczne podnoszenie pochwy, a potem nóg i zarzucanie ich z ogromną piłką za głowę. Nazwijmy rzeczy po imieniu: trafiłam na hard pilates. Ledwo udaje mi się dojść do tramwaju, w domu rzeczy lecą mi z rąk, a ja nawet nie staram się ich podnieść. I wiem, że nie ma szans, żebym następnego dnia zwlokła się na balet od zera. Nawet jeśli zaczyna się o 18.00.

Najlepsze filmy o tańcu. Nasz wybór >>>

Środa - balet od zera

A jednak się udało – rano nie jest źle, brykam szczęśliwa na myśl o wieczornych zajęciach. Jednak z godziny na godzinę zaczynam dowiadywać się o istnieniu mięśni, o których jeszcze dwa dni temu nie miałam pojęcia. Wyobrażam sobie swoje przyszłe jęki przy baletowym drążku, ale idę. Od razu się demaskuję i mówię prowadzącemu, że strasznie drżę. – Jesteś pierwszy raz? – Tak – odpowiadam. – To drżyj! – patrzy na mnie i zaczyna się śmiać. Co tu dużo mówić – byłam najgorsza. Najwolniejsza i najbardziej niezgrabna. Wyobraźcie sobie Frances Ha i Hannah z „Dziewczyn” i pomnóżcie ich niezgrabne ruchy przez sto: tak wyglądałam. Mimo to najprostsze ćwiczenia w najmniej naturalnych pozycjach, jakie można sobie wyobrazić, dały mi nieprawdopodobną radość i zaskakujące poczucie gracji. Tu lustra są bardzo ważne – patrzysz na siebie i natychmiast się prostujesz. A potem idziesz do knajpy, bo umówiłaś się z przyjaciółką, wchodzisz rozczochrana i z wytartym makijażem, ale czujesz się tak sprężysta, tak piękna, tak sexy, jak już dawno nie byłaś.

Czwartek - medytacja dynamiczna

Po czym o piątej rano wstajesz wciąż rozczochrana, żeby niczym sarna pobiec o świcie na medytację dynamiczną. Prowadząca w romantycznym szalu nie przestaje się uśmiechać. Jest ciemno, a ona włącza bardzo wesołe piosenki – jakbym nagle znalazła się na dyskotece. Mówi, że medytacja da mi taki zastrzyk energii, że nie usiądę do północy. Wkrótce przychodzą inne kobiety (wszystkie mogłyby pracować w salonie przytulania). Zapalają kadzidła, wkładają opaski na  oczy. Ja też. Zaczynamy się snuć w tych opaskach przez 10 minut, gwałtownie smarkając (co ma oczyścić nasze płuca, ale jest nieznośne). Potem krzyczymy „nie, nie, nie”, chaotycznie ruszając nogami i rękami, a wreszcie „tak, tak, tak”. To bardzo trudne dla osoby, która nie ma akurat potrzeby krzyczenia. Podglądam przez opaskę, jak ruszają się inne dziewczyny, i widzę, że niektóre tylko udają. Następnie (trzymając ręce w górze) mamy ruszać twarzą, ale bezgłośnie. A potem w ciszy leżymy, siedzimy albo stoimy (do wyboru). Na samym końcu jest nieskoordynowany taniec i okadzanie każdej z nas. Wracam do domu i marzę tylko o tym, żeby pójść spać. Jest 9.00.

Dieta baletnicy >>>

Piątek - movement medicine

Prawdziwe zaskoczenie czeka mnie jednak dopiero tu: siwowłosa prowadząca ma czarną szatę, narkotyczny uśmiech, mnóstwo bransoletek, mikrofon przyczepiony do ucha i szczere przekonanie, że samo patrzenie na nią uszczęśliwia ludzi. Przechadza się między tańczącymi i mówi coś w stylu: „Poczuj się jak biegnąca z wilkami i kochająca się ze smokami”, a myśli pewnie: „Dzięki mnie ciężar całego dnia zostaje magicznie zdjęty z tych ludzi! Jestem boska. Wszyscy unoszą się na morzu moich uśmiechów”. Ja nie. Unoszę się za to na fali własnego zdziwienia – udaję, że tańczę, ale częściej łypię wokół siebie. Z lewej strony ciężarna dziewczyna tarza się po podłodze, wykonując ruchy rodzącej. Z prawej niebotycznie wysoki chłopak z fryzurą na samuraja czasem klęczy, czasem kuca, wznosząc oczy do nieba. Potrafi mnie jednak zaskoczyć pełzaniem wokół sali. Na środku szaleje kobieta wystrojona w sukienkę tak krótką, że kiedy się schyla, widzę jej tyłek, a obok niej dziewczyna w sukience tak długiej, że mogłaby zakryć połowę parkietu. Wszystko to w oparach kadzideł i mądrości wygłaszanych przez szamankę: „Oddychaj kręgosłupem, stopą, kolanem. Obudź w sobie tancerza! Znajdź kogoś, kto też ma kolano, i zatańcz z nim”. Jakiś chłopak zauważa, że mam kolana, i pragnie się z nimi skontaktować. Przebiega koło nas wielka kobieta, która nie przestaje się dziko śmiać. Mężczyzna, który bardzo chciałby wyglądać jak jogin, tańczy z zapałem fanatyka, niestety postanawia się też rozebrać. Grupka osób po prostu leży pod ścianą (na przemian płaczą i śpią). Szamanka co jakiś czas zbliża się do wybranej osoby i zaczyna dotykać jej pleców. Nie myślałam, że to powiem czy nawet pomyślę, ale: jak ja tęsknię za baletem! Bo tu każdy ruch jest pozbawiony wszystkiego, a najbardziej sensu. Uciekam i uświadamiam sobie, jak nieznośnie jest to smutne. Z daleka widzę, że zebranych tu ludzi łączy uduchowiona i nieszczera mina. Do tego wyglądają, jakby wszyscy z sobą już spali. Zabieram swoje rzeczy i zakradam się do sali obok. Tam spotykam dzieci trenujące szermierkę i nagle to wydaje mi się najciekawsze. Poza Gaga dance i baletem. Tylko na nie wrócę.

Tekst: Marta Szarejko