Z uprzejmością jest trochę tak jak z nożem. Dopóki używamy jej zgodnie z przeznaczeniem, wszystko jest OK. Ale jeśli zaczynamy posługiwać się nią do krzywdzenia siebie, zaczyna się problem. Trzeba z nim coś zrobić, zanim będzie za późno. Najtrudniej jest wyjść z utrwalonych schematów - zachowań, zwłaszcza tych, które wynieśliśmy z domu. Jeśli kobieta wychowała się w duchu „dziewczynki powinny być grzeczne”, nie będzie potem umiała odmawiać, sprzeciwiać się ani walczyć o swoje.
Zjawisko destrukcyjnej uprzejmości opisała brytyjska psycholożka Jacqui Marson, autorka książki „Bycie miłym to przekleństwo”. Marson przewróciła się kiedyś i złamała rękę. Na pytanie, czy wszystko w porządku, uśmiechnęła się odruchowo i odpowiedziała, że tak, znakomicie. Zdała sobie wtedy sprawę, że zawsze była człowiekiem poświęcającym się dla innych, a zadbanie o siebie uważała za egoizm, a więc coś złego. Nie dawała sobie też prawa do złości ani sprzeciwu wobec innych. W końcu uświadomiła sobie, że jeśli dalej będzie więźniem swojej uprzejmości, zapłaci za to zbyt wysoką cenę. 

Znam mnóstwo takich kobiet. Trywializują swoje potrzeby, by nikogo nimi nie obarczać. Usługują ludziom wokół siebie, żeby wzbudzać sympatię. Chcą być lubiane, kochane, potrzebne. Ciągle się uśmiechają, nie potrafią odmawiać, rzadko się gniewają, nie sięgają po to, czego pragną, jeśli wpływałoby to na pragnienia innych. Dlatego często tkwią na niskich stanowiskach w pracy – przecież walka o podwyżkę lub awans stawiałaby je w rywalizacji z innym człowiekiem, a tego chcą za wszelką cenę uniknąć. Do takich kobiet można się zawsze wprosić na obiad, zadzwonić w środku nocy i zwierzyć się z problemu – nawet jeśli same muszą radzić sobie z własnymi zmartwieniami. Nie robią może jakichś karier zawodowych ani nie stają się sławne, ale najbliższe otoczenie uznaje je za wspaniałych ludzi, anioły, urocze osoby. 
Co dziwne, nie znam wielu takich mężczyzn. – Po prostu odłóż telefon – syczy mój partner, widząc, jak bezskutecznie próbuję wytłumaczyć telemarketerowi, że nie jestem zainteresowana bezpłatnym pokazem garnków. A ja nie umiem tak po prostu się rozłączyć. Muszę dopełnić formułki, w której ja odmawiam, rozmówca to akceptuje, po czym żegnamy się z sobą uprzejmym, choć nieszczerym „do usłyszenia”. I wystarczy uparcie nie kończyć ze mną rozmowy, bym wisiała na linii i traciła kolejne minuty. Sebastian za to wychodzi z założenia, że jeśli ktoś nie szanuje jego czasu ani nie rozumie odmowy, to zasługuje na to, żeby się z nim brutalnie rozłączyć. Chciałabym robić tak jak on, ale za każdym razem, gdy pozwalam sobie na jakąś nawet zasłużoną niegrzeczność, mam potem wyrzuty sumienia.


Netflix wypuścił ostatnio ciekawy serial, który już w pierwszym odcinku celnie obrazuje tę dziwną nierówność. „Unbreakable Kimmy Schmidt” to historia kobiety przez wiele lat więzionej w podziemnym bunkrze przez psychopatycznego pastora, który wmówił jej i trzem innym ofiarom, że na powierzchni ziemi nastała apokalipsa i tylko w tym bunkrze będą bezpieczne. Po 15 latach kobiety zostają uwolnione przez policję i stają się medialną sensacją. Podczas występu w telewizyjnym talk-show prowadzący zadaje im dość uwłaczające pytania. Sugeruje, że były po prostu głupie, dając się omamić szalonej teorii pastora. I niestety ma trochę racji, bo dziewczyny przyznają, że nie chciały być niegrzeczne, gdy wielebny zaprosił je do swojego vana, żeby pokazać im małe króliczki, a potem faktycznie uwierzyły w apokalipsę. – Zawsze zadziwia mnie, do czego są zdolne kobiety, żeby tylko nie zachować się niegrzecznie – puentuje prowadzący.
Zaczyna się już w dzieciństwie. Mali chłopcy ganiają z dziewczynkami po podwórku, krzyczą, dokazują i łamią domowe zasady. Na nich tylko kręci się nosem, grozi się im palcem. Bo chłopcy tak mają, łobuzy jedne. Ale dziewczynki dostają rozczarowaną minę rodziców i gorzki ton zawodu w głosie. Im nie wypada się tak zachowywać. Dziewczynka powinna być grzeczna i miła. Nie może unosić głosu, buntować się i broić. To jej po prostu nie przystoi. 

W latach 90. chodziłam na szkolne zajęcia z asertywności. Miały nas oswoić z myślą, że mamy prawo odmawiać i jednoznacznie wyrażać swoje zdanie bez lęku, że zostanie to odebrane jako brak kultury. Mamy rok 2018, a ja wciąż czuję, że kobietom nie daje się tego samego prawa do sprzeciwu co mężczyznom. Często same sobie go nie dajemy. Nie krytykujemy, żeby ktoś nie przestał nas lubić. Nie sprzeciwiamy się, żeby nie uznano nas za niesympatyczne. „Babsztyl” – tak często mówi się o Magdzie Gessler, która w swoim kulinarnym programie ostro ocenia polskich restauratorów. W podobnym, zagranicznym formacie Gordon Ramsay także pozwala sobie na zuchwałość – ale jego określa się już jako twardego faceta, znawcę, surowego sędziego. 
Ta utrwalona społecznie cecha kobiet przyciąga nieciekawych ludzi – od pedofilów, kolegów ze szkoły wyżywających się na rówieśnikach aż po mobbingujących szefów i partnerów życiowych. Wszyscy bez pardonu wykorzystują wpajaną od dziecka uprzejmość, która zabrania się sprzeciwiać. 
Na styczniowym rozdaniu Złotych Globów czołowe amerykańskie aktorki pojawiły się całe w czerni. Postanowiły solidarnie przywdziać żałobę, żeby tym strojem skomentować największy showbiznesowy skandal ostatniego roku – ujawnienie wielu przypadków molestowania seksualnego w branży filmowej, którego ofiarami padały głównie kobiety. To podczas tej właśnie gali Oprah Winfrey wygłosiła przemowę, która rozeszła się wiralowo po internecie i zachwyciła kobiety na całym świecie. Publiczność długo klaskała jej na stojąco, a słuchające jej aktorki miały łzy w oczach. Od tamtej pory mówi się, że mogłaby z powodzeniem kandydować na prezydenta USA, a jej słowa są analizowane na uczelniach wyższych jako przykład doskonale skonstruowanego przemówienia. 

Apel Oprah do kobiet, żeby nie bały się już mówić prawdy i walczyć o swoje, zrobił na mnie piorunujące wrażenie i zmusił do przemyśleń. Co było przyczyną milczenia kobiet przez tyle lat? Dlaczego ofiary przemocy nie mówiły głośno o molestowaniu ani nadużyciach ze strony szefów, reżyserów i producentów? Odpowiedź jest prosta: bały się. Bały się, że nikt im nie uwierzy, że nikt nie będzie chciał z nimi pracować, że przestaną być szanowane w swojej branży. Więc wybrały milczenie, postanowiły udawać, że nic się nie stało, nie sprawiać nikomu problemów ani nie robić skandali. Postanowiły być miłe. 
Ale czas, żebyśmy my, kobiety, zdały sobie sprawę, że wcale nie musimy być miłe. Nie musimy się ciągle uśmiechać. Nie musimy się na wszystko godzić, każdemu sprawiać przyjemność i stawiać własnych potrzeb na drugim miejscu. Nie wszyscy muszą nas lubić, nie warto też zabiegać o sympatię kogoś, kto lubi nas wyłącznie dlatego, że nigdy nie usłyszał od nas „nie”. „Nie przychodź dziś, jestem zmęczona”. „Nie, myślę, że nie masz racji”. „Nie zostanę dziś po godzinach”. „Nie życzę sobie, byś tak do mnie mówił”. Mamy prawo do takiego sprzeciwu i takiej szczerości. Powinnyśmy z tego prawa korzystać, także dla dobra naszych córek. Parafrazując Oprah Winfrey: by one już nigdy nie musiały napisać #metoo.