Betty Q - performerka, nauczycielka burleski

Czy krótkie związki mają zalety? Nie mają wad! Zwłaszcza jeśli prowadzisz tak nieregularny tryb życia jak ja. Nie wymagają pracy – to tak, jakbyś poszła do sklepu, kupiła coś dobrego i od razu to zjadła. Całe życie miałam tylko krótkie związki. Niedawno zrozumiałam, że cały ambaras tkwi w tym, żeby dwoje chciało naraz. Kiedyś myślałam, że warto poszukać czegoś stałego, ale trafiałam na chłopaków, którzy tego nie potrzebowali, więc nam nie wychodziło. Pierwszy raz pozwoliłam sobie na coś dłuższego, gdy spotkałam mężczyznę, który też tego chciał. Nasza relacja trwała prawie dwa lata. Skończyła się z hukiem, ale mimo to mam w sobie coraz więcej otwartości na stałość. Choć wiem, że w relacjach z ludźmi nie można wszystkiego zaplanować. Ostatnio oglądałam dokument „Restless Creature” o primabalerinie nowojorskiego baletu, Wendy Whelan, której mąż mówi: „Piękne jest to, że nie układałaś w życiu specjalnej strategii. Nie wiodłaś go, jakby to była partia szachów. Tylko tańczyłaś”. Ja mam podobne podejście, po prostu robię swoje. Mimo że długo tkwiłam w przekonaniu, że każdy związek, który zaczynam, powinien być tym ostatecznym. Do tego stopnia, że jak brałam udział w ankiecie do badań ginekologicznych, zapytana o liczbę partnerów seksualnych, radykalnie ją zaniżyłam! Teraz się z tego śmieję, ale widzę, że myślałam stereotypami. Tymczasem moja wizja idealnego związku nie jest stereotypowa. Wygląda tak: mieszkamy w tym samym budynku, ale w osobnych mieszkaniach, które łączy przejście. Potrzebuję dużo przestrzeni i samotności. Pewnie dlatego, że w pracy non stop jestem z ludźmi, potem muszę mieć czas dla siebie, bez mojego partnera. Jakoś mi się to udaje – od prawie dwóch lat jestem w związku na odległość. Ale stałym! Sama jestem zaskoczona. Jednak wciąż moje motto brzmi: „Niczego nie planuj, zwłaszcza że nie grasz w szachy zbyt dobrze”. Poza tym na szachownicy są 32 figury i skończona liczba możliwości, a w życiu mnóstwo niespodzianek. Więc powtarzam sobie: nie przejmuj się, jeśli coś nie jest na stałe. Idź z prądem, baw się i patrz, co się wydarzy. Nigdy nie wiesz, gdzie cię poniesie.

Grażyna Plebanekpisarka

Jestem fanką długich związków. Zawsze patrzę do przodu. Zaczynanie kolejnego, bo wydaje się fajniejszy, to syndrom trawy bardziej zielonej po drugiej stronie płotu. Wzór: motyle w brzuchu, zakochanie, zabieganie o to, żeby to potrwało, versus „nie jestem jeszcze gotowy” – ciekawe poznawczo, ale żeby to powtarzać? Z domu wyniosłam przekonanie, że podstawą związku jest miłość i wzajemny szacunek. Że trzeba mieć o czym p-gadać, jak już się wyjdzie z łóżka, a na pewno dzielić poczucie humoru. To podstępna, choć łatwa do przeoczenia rafa. Dziś sporo jest związków jednorazowych, używa się ich i wyrzuca – to raj wampirów emocjonalnych. Te długotrwałe, które obserwuję w swoim pokoleniu, niejedno już przeszły. I to jest w nich piękne, wzruszające. Pęknięcia, błądzenie, jawne przyznanie się do oczywistości: „Wiem, że nie wiem”. Nie ma długich związków bez skaz. Jeśli ktoś tak twierdzi, jest hipokrytą albo coś jest z nim nie tak. Krótkie potrafią czasem inspirować, rozwijać. Ale zaspokajają zupełnie inne potrzeby i oczekiwania niż te, które mamy wobec długotrwałej relacji: potrzebę bycia kochanym. Gdybym miała coś radzić sobie młodej, powiedziałabym, że jest mnóstwo świateł na ślizgawce zwanej życiem uczuciowym. Nic, tylko się nimi cieszyć. I pamiętać, że kiedy zgasną, robi się ciemno i zimno. Więc jestem za chuchaniem i dmuchaniem na prawdziwe uczucie, nawet jeśli czasem tylko się tli.

Karolina Korwin Piotrowskadziennikarka

Romanse? Nie mówię, że nie miałam! I widzę ich pozytywne strony. Może być tak, że spędzisz z kimś kilka tygodni i to zupełnie zmieni twój sposób patrzenia na świat. Ta osoba szybko przewietrzy ci głowę, sprawi, że będziesz się czuła piękna, seksowna i pewna siebie. Może jestem zbyt wyzwolona, ale taki błysk na krótki czas może być bardzo satysfakcjonujący. Taka historia zostaje w człowieku do końca życia, dodaje sił, inspiruje. Myślę, że nie chodzi o to, czy związek jest długi, czy krótki, tylko o to, co po sobie zostawia. Czasami świadomość, że mam bliską osobę, do której zawsze mogę zadzwonić, jest ważniejsza niż wieloletnie mieszkanie z kimś innym. Raz byłam o krok od ślubu. O milimetr. Ale nagle zdałam sobie sprawę, że trzeba uciekać sprzed ołtarza, że to nie dla mnie, że nie widzę siebie w tym związku za 10 lat, a co dopiero przez całe życie! Ponad wszystko cenię wolność, i zawsze daję ją drugiej stronie. A przysięga małżeńska to jednak zniewolenie. Jeszcze jedno: bardzo ważny jest dla mnie intelektualny flirt. I do tego zawsze miałam szczęście. Wiem też, że nie mogę być z kimś tylko po to, żeby nie być sama, albo ulec tzw. normom. I wolę być sama niż z kimś, kto jest średni, bezradny, nie daje mi oparcia. Dlatego jeśli już, to skupiam się na pielęgnowaniu takich historii, które w moich wspomnieniach kiedyś pięknie się odłożą. A nie jak toksyna, której trzeba się pozbyć na kozetce u terapeuty.

Kamila Kamińskaaktorka

W „Najlepszym” Łukasza Palkowskiego gram Ewę, partnerkę głównego bohatera, Jurka. W tym filmie zawarty jest ważny komunikat: nic nie robi nam tak dobrze jak zdrowy związek. I jednocześnie nic nie robi nam takiej krzywdy jak toksyczny. Tylko na ten dobry trzeba sobie zapracować. Nie deprecjonuję krótkich związków: wiem, że mają swoje zalety, ale i określone konsekwencje. Ja mam np. poczucie, że to tylko chwilowa sytuacja, a on nieoczekiwanie się zakochuje. Więc raczej jestem za tym, żeby po długim związku zamiast romansów zrobić kwarantannę – zająć się sobą, pożyć w samotności, zastanowić się nad swoimi potrzebami. A nie rzucać się na przygody. To trudniejsze, jednak na dłuższą metę korzystniejsze psychicznie. Moi rodzice nigdy nie mówili, jak ma być, tylko dali mi przykład. Są razem od 30 lat i gdy wracam do ich domu, zawsze czuję się bezpiecznie. Patrząc na nich, myślę, że sama chciałabym stworzyć kiedyś rodzinę, w której ważna jest wolność. Mój ideał to związek pełny empatii i zrozumienia, ale przede wszystkim twórczy. Ten, w którym jestem, nie jest długi, ale na pewno jest długotrwały. I z potencjałem na przyszłość. Bo jeśli widzę, że z jakiejś relacji będzie tylko chwilowa emocja, to mówię „do widzenia”. Przelotne sytuacje mnie nie interesują.

Agata Passentfelietonistka

Czasem weekend z niedawno poznanym mężczyzną może się dłużyć, a kilka miesięcy lub lat z kimś innym naprawdę może pędzić. W każdą relację wchodzę inaczej, bo sama się zmieniam, a do tego okoliczności są różne. Więc nie potrafię powiedzieć, które związki są lepsze. Czasem te krótkie też są nietrafione i wtedy zalet nie ma – szybko trzeba się ewakuować. Ale mam akurat miłe wspomnienie relacji, która trwała 24 godziny. Podczas studiów w USA poznałam studenta z Rosji. Szalenie mi zaimponował, bo napisał pracę, która była geometrycznym, kilkustronicowym dowodem na pewne twierdzenie, a poza tym pięknie mówił po rosyjsku. Rozmawialiśmy bardzo długo, potem skoczyliśmy do akademika, poczytałam mu coś po polsku i ułożyliśmy się do snu. Rano było miło, ale nic więcej. Chyba już nawet nie poznalibyśmy się na zjeździe absolwentów. Nigdy nie żałowałam żadnej znajomości – trafiałam zwykle na fantastycznych facetów. Życie jest krótkie, więc jeśli uczucie we mnie gaśnie, to nie pracuję nad relacją całymi latami na siłę – związki to nie próba masochistyczna. Ma być lepiej niż w samotności, a samotność też jest przecież niczego sobie. Nauczyłam się kilku rzeczy. Przede wszystkim nie wierz, że facet się zmieni. Jeśli coś chcesz w relacji poprawić, zacznij od siebie. Albo uciekaj. I uważaj na maski, bo mężczyźni potrafią robić wrażenie, a jak tylko zaczynają czuć się pewnie, przestają się starać. Więc doradzam cierpliwość przed poważnymi deklaracjami. Kiedy myślę o wizji dobrego związku, myślę o swoim z alkoholem – degustuję, lecz nigdy nie nadużywam. Podobnie jest z moim mężem – jest bardzo intensywny, więc go sobie dawkuję i jak na razie jest dobrze. Ale co przyniesie nam przyszłość? Nie myślę o tym.

Urszula Antoniakreżyserka

Chciałabym mieć długotrwałe relacje, ale nie umiem ich podtrzymywać. Jestem samotnikiem. Dla mnie ważne jest to, że mogę być częścią życia kogoś, kto jest mi bliski. Na długo czy nie, to inna sprawa. I tak podstawą, która definiuje relację, jest zaufanie. Jeśli go nie ma, wszystko jest fikcją. Jestem z takiego pokolenia, które nie wierzy, słuchając wypowiedzi typu: „W relacji chciałbym to i to, a tego nie chcę!”. Mam wrażenie, że ludzie mają teraz takie podejście do związków jak do wizyty w supermarkecie – że to jest niekończące się wybieranie. Rozmawiam z facetami, którzy umawiają się z kobietami na Tinderze, słyszę, jak o nich mówią, i wiem, że to jest market. Te kobiety są jakby otagowane, a to prowadzi do totalnego uprzedmiotowienia, czyli końca relacji już na samym początku. Bo jakiś element tajemnicy jest przecież niezbędny! Nauczyłam się w związkach dwóch rzeczy: jednej o sobie i jednej o mężczyznach. Po pierwsze – jeśli wiążę się z facetem, to musi to być mój wybór. Po drugie – mówi się, że mężczyźni ukrywają emocje. Ale to nieprawda: oni muszą je kontrolować. Odkąd to wiem, czuję się im bliższa, bo zawsze wiedziałam, że żeby coś osiągnąć w życiu, muszę być taka jak oni. Jeśli okazuję emocje, przegrywam. Jednak najważniejsze, by pamiętać, że zakochując się, oddajemy część wolności. Trzeba to robić świadomie. I zachować swoją tożsamość także w zatracaniu siebie, podążaniu za kimś, roztopieniu się w miłości. Bo można być świadomym siebie w każdym doświadczeniu – nieważne, czy jest długie, czy krótkie.