„Najmro. Kradnie, kocha, szanuje” to film szybki od pierwszych sekund, gdy na ekranie pojawia się Gabi, piosenkarka z klubu nocnego. Migają światła, mienią się cekiny sukni, a na parkiecie wirują oni – Gabi (Olga Bołądź) i Najmro (Dawid Ogrodnik). I to w slow-motion. Zwolnione tempo podkreśla tylko wyścig kolejnych scen i jest to zabieg idealnie wpasowany w slapstickową, teledyskową stylistykę filmu. Reżyser Mateusz Rakowicz robi tym doskonałą robotę, wciągając widza w komunistyczny półświatek, w którym dobra luksusowe z Pewexu sprzedaje się na pobliskim targu, a najsłynniejszy złodziejaszek wymyka się policji 29 razy. Wszystko w rytm największych przebojów – od Zdzisławy Sośnickiej, przez Krystynę Prońko i Annę Jantar po Andrzeja Zauchę. Oprawą muzyczną zajął się zresztą Smolik, więc mamy pewność, że nie zawieruszyła się w tym obrazie ani jedna przypadkowa nuta.

Duet Mateusz Rakowicz + Łukasz Maciejewski (współscenarzysta) bardzo się tu sprawdza. Oglądając „Najmro” przedpremierowo, w małej salce dźwiękowców, czułam, że dostaję w końcu dobre komediowe kino w kraju, w którym komedie w ciągu ostatniej dekady stały się tym, czym nigdy stać się nie powinny – miałką, chamską, płaską i zanudzającą rozrywką, już nawet nie dla mas. Właściwie to nie wiadomo dla kogo. Obrazą uczuć prawdopodobnie wszystkich możliwych, nawet tych, za które w Polsce można iść siedzieć.

A skoro już o odsiadkach – nie ma ich w filmie wielu. Są te najważniejsze, jak wymknięcie się Najmrodzkiego z komendy w mundurze MO czy zapadnięcie się pod ziemię na spacerniaku, ale przecież nie o to chodzi, bo „Najmro” to nie jest kryminał. Po pierwsze to brawurowo i inteligentnie opisany mit kolorowego złodzieja, z którym władze PRL nie dawały sobie rady. A że mit funkcjonuje poza czasem, nie warto próbować go oceniać mając pod ręką typowe narzędzia poznawcze. Po co, skoro istotą jest tu zabawa, miłość i kradzież? Naturalnym jest więc, że nikt nie zaoferuje biografii Zdzisława Najmrodzkiego, ale biografię mitu Najmro, która wystarczy, już tak. Szczególnie jeśli otoczona zostaje takim towarzystwem.

Najmro ma swój gang – Młodą (bardzo dobra Sandra Drzymalska), Teplica (Andrzej Andrzejewski) i Antosa (Jakub Gierszał) – który działa bez zarzutów dotąd, dokąd Najmro decyduje się na kolejne skoki, kolejne przestępstwa. Gdy zwalnia, w Antosie buzuje adrenalina niemająca już ujścia w skokach. Gierszał, za pomocą oszczędnych środków ekspresji, zaczyna straszyć i przerażać. Jest uosobieniem nowego pokolenia półświatka gangsterskiego, które rodzi się na początku lat 90. Bezwzględnego. Chorego na agresję. Co mocno odstaje od praktyk Najmro – czarującego na ekranie wąsem Dawida Ogrodnika, idealnego do tej roli, skupionego, wesołego, z inteligentną iskrą, która wybroni każdą postać.

 Tu bronić niczego nie musi, płynie dzięki dobrze rozpisanemu scenariuszowi. Drażni się. Aż do momentu, gdy przepada w ramionach hardej bileterki w kinie Tęcza, Tereski. Tereskę gra Masza Wągrocka – to jej pierwsza tak duża rola i od razu udana. Tereska w filmie „reperuje” Najmro. Miłość staje się najważniejsza (stąd późniejszy gniew Antosa), a film skupia się na schyłku kariery rabusia. Tereska mówi: albo ona, albo kryminał. Co wybiera Najmro? Chyba wiadomo.

Najmrodzki był zjawiskiem w polskiej kryminalistyce. Nie robił szkody obywatelowi (o ile nie kradł najlepszych, najdroższych samochodów, które upychał na giełdach w soboty), ale władzy. Nieuchwytny. Pociągający. Stworzył swoją legendę już za życia. Z niej czepie Rakowicz.

Co ważne – to pełnometrażowy debiut Rakowicza. I gdybyśmy tylko takie debiuty dostawali, świat byłby piękny, jak kolory w „Najmro”. I kostiumy (za te odpowiedzialna jest Marta Ostrowicz). 

W tym filmie wszystko świetnie gra. Gra najlepsza muzyka. Gra inteligentny humor. Gra autoironia. Gra luz. Grają doskonali aktorzy, którzy nie muszą, ale chcą. Och, jak bardzo chcą. Grają efekty filmowe. Grają wartkie dialogi. Dostajemy komedię akcji, jakiej dawno nie było. Dostajemy odczarowanie smutnego rozczarowania, które towarzyszy zazwyczaj takim pomysłom. Dostajemy obraz który nie wyklucza widza, nie nadyma się na niezrozumiałe, pseudo-intelektualne przegadane frazesy. Oto jak powinna wyglądać mądra rozrywka: ma widza ukochać, nie kraść jego czasu, a przede wszystkim widza szanować.