Niedawno wysłałam komuś pierwsze w swoim życiu selfie topless. To nie było żadne pikantne zdjęcie zrobione po to, by się dowartościować. Jego odbiorczynią była ­kobieta, której nigdy nie spotkałam – zajmująca się ­ceramiką artystka z Leeds, która działa na Instagramie jako @potyertitsawayluv. Do selfie dołączyłam przelew na 35 funtów, a miesiąc później otrzymałam przesyłkę zawierającą ­niewielkie naczynie z repliką moich piersi – tak dokładną, że nie pomijała nawet czterech piegów rozsianych po klatce piersiowej.

Podobnie jak wiele kobiet mam skomplikowaną relację ze swoimi piersiami. Jako nastolatka ich nienawidziłam. Każdy, kto głosił, że mam „świetne cycki” (czy coś w tym stylu), ryzykował tym, że wywoła u mnie wściekłość lub łzy. Żeby nie było: uwielbiam cycki. I wielkie, które można by zarzucić na ramię, i małe, niewiele większe niż sam sutek, ale z własnymi po prostu nie mogłam się pogodzić. Nie były tak olbrzymie, że szczęka opadała, jednak rozmiar E zawsze sprawiał, że za bardzo przyciągałam cudze spojrzenia. Dlatego koło dwudziestki, po latach noszenia biustonoszy minimizerów i garbienia się, by ukryć obfite kształty, dojrzałam do wymarzonej operacji pomniejszania piersi.

Operacja zmieniła rozmiar moich piersi, ale moją relację z nimi – tylko częściowo. Były wprawdzie mniejsze, ale zachowałam do nich pewną dozę antypatii. Dopiero gdy w zeszłym roku urodziłam dziecko – i obserwowałam, jak mój biust rośnie do iście komicznych (i kosmicznych!) rozmiarów, a potem flaczeje tak, że zaczyna przypominać zużyte torebki herbaty – zrozumiałam, po co naprawdę jest. I nie dlatego, że wreszcie mógł „przestawić się na swój właściwy cel”, czyli zapewnić mleko mojemu dziecku – przynajmniej w myśl teorii, według której najważniejszą rolą kobiecego ciała jest macierzyństwo. Raczej z tej przyczyny, że dzięki karmieniu piersią nie mogłam już się od swoich piersi odseparować ani sprawić, by zniknęły. Ignorowanie ich, co robiłam przez niemal dwie dekady, nie było już możliwe. Musiałam je wreszcie zaakceptować jako ważną część siebie.

Cycki. Melony. Bimbały. Zderzaki. Balony. Mleczarnie. Istnieje niezliczona liczba określeń na piersi i tyleż samo piersi, które do nich pasują. Bardzo niewielu z tych słów można użyć w kulturalnej rozmowie. Z jednej strony są pięknie oświetlone, jędrne cycki świata mody (te gorsze do niego nie przystają, podobnie jak staniki, co wkurza wiele kobiet). Z drugiej „pin-upowe cycuszki”. To wszystko publiczne cycki. Te prywatne – moje i zapewne twoje – nie mieszczą się w tych dwóch wąskich kategoriach. Obwisłe, workowate cycki, a także te, które nie są białe, zostały historycznie wyszydzone.

Ale jesteśmy o krok od zmiany. A może raczej powinnam powiedzieć o pierś? W odpowiedzi na upokarzanie ciała przez kobiety blogerka i autorka książki „What a Time to Be Alone”, Chidera Eggerue, znana też jako Slumflower, wymyśliła w 2017 roku hashtag #saggyboobsmatter. „Jak wystylizować obwisłe cycki: krótki poradnik. Krok 1: noś to, na co tylko masz ochotę. Krok 2: pamiętaj, żeby mieć gdzieś, jak to wygląda. I tak wszyscy umrzemy” – napisała na Instagramie pod swoim zdjęciem bez stanika. Ruch szybko się rozprzestrzenił, a Chidera stała się czołową aktywistką ruchu body positive. „Znudziłam się już nielubieniem samej siebie, zmęczyłam szukaniem powodów, by siebie potępiać, i miałam dość unikania ubrań, które ujawniają prawdziwy wygląd moich cycków” – powiedziała Chidera w rozmowie z ELLE. „Jako 19-latka odważyłam się ­podejmować małe decyzje, takie jak ta, by nie nosić stanika. Potem poszłam za ciosem. Postanowiłam nie wstydzić się tego, że noszę wydekoltowane sukienki czy topy”. Poszukajcie tego hashtaga na Instagramie, a znajdziecie tysiące radosnych zdjęć kobiet z całego świata celebrujących swój biust, niezależnie od tego, jaki ma kształt czy rozmiar.

Już po raz kolejny obserwujemy wysiłki zmierzające do wyzwolenia piersi spod męskiego spojrzenia. Przebyłyśmy długą drogę od czasów, gdy karmiąca piersią kobieta została poproszona o zakrycie się chustą w londyńskim hotelu Claridge’s w 2014 roku. Dokument Kate Quilton „Breast-feeding Uncovered”, pokazany na Channel 4 w lipcu 2018 roku, wykonał genialną robotę na rzecz zdjęcia stygmatu z publicznego karmienia piersią. Podczas przemowy na Variety’s Power of Women Ceremony w październiku ubiegłego roku Natalie Portman nazwała piersi „najwspanialszą rzeczą, jaką ma nasz gatunek”. I dodała: „My to wiemy, mężczyźni to wiedzą i zdecydowanie wiedzą to dzieci. Podczas pierwszego spotkania ruchu Time’s Up karmiłam córkę w pokoju, w którym nie tylko było to dozwolone, ale wręcz mile widziane. W każdym razie – nasze piersi są niezwykłe, a nasze gruczoły sutkowe wysyłają wiadomość”. Brzmi ona (w myśl zasady równowagi): im więcej mleka dajesz, tym więcej go produkujesz.

Podobnym ruchem jest #FreeTheNipple, który pojawił się w 2012 roku w odpowiedzi na instagramowego bana nałożonego na kobiece sutki – został on jednak skrytykowany jako instafeminizm, ruch o wąskim zasięgu, skupiający przede wszystkim szczupłe, białe kobiety, które obnoszą się na Instagramie ze stwardniałymi sutkami, jakby te były jakimś modnym dodatkiem.

W odróżnieniu od #FreeTheNipple dzisiejszy ruch charakteryzuje inkluzywność. Podczas gdy „ciałopozytywne” i inne formy feminizmu często wykluczają kolorowe kobiety, hashtag Chidery jest przeznaczony właśnie – jak ona sama mówi – dla „grubych, ciemnoskórych kobiet”. Historycznie obowiązywał dyskurs, który albo nadmiernie seksualizował ciała czarnych kobiet, albo traktował je jako transgresję, notuje zastępczyni redaktorki naczelnej ELLE, Kenya Hunt, która skwapliwie korzysta ze swojego własnego piersiastego kubka po tym, jak odkryłam przed nią prace Emmy.

Moje piersi zawsze były dla kogoś innego. W liceum, żeby urosły i podobały się mężczyznom. Da lekarzy są częścią ciała, która może zawieść. Dla moich dzieci źródłem pożywienia. Dla świata mody czymś, co można przystroić. A dla mnie?

W USA dziennikarka Mara Altman, autorka świetnego zbioru esejów o pozytywnym podejściu do ciała „Gross Anatomy: Dispatches from the front (and Back)”, także prowadzi krucjatę przeciwko odgórnie narzuconym standardom piękna biustów. – Moje piersi zawsze były dla kogoś innego – mówi mi. – W liceum chciałam, żeby urosły, aby być atrakcyjną dla mężczyzn. Dla lekarzy są częścią mojego ciała, która może zawieść. Dla moich dzieci źródłem pożywienia. Dla świata mody czymś, co można przystroić – dodaje. To był jeden z powodów dla których zrzuciła stanik i wskoczyła na rower, dołączając do setek innych kobiet jadących topless na rowerach przez Nowy York w 2016 roku. – Tego dnia po raz pierwszy w życiu sprawiłam frajdę częściom swojego ciała na moich własnych zasadach, i to tylko po to, by poczuć wiatr i słońce na skórze. Wystawiałam się na pokaz dziewięciomilionowego miasta i czułam, że moje piersi są moje bardziej niż kiedykolwiek.

Emma Low, 28-letnia artystka stojąca za @potyertitsawayluv, szacuje, że w zeszłym roku zrobiła 1000 kubków. – Moja misja nigdy się nie skończy. Robię to, by piersi stały się czymś zwyczajnym, ale do tego jeszcze daleka droga – mówi. Wszystko się zaczęło, gdy dla swojego chłopaka wykonała naczynie przedstawiające jej własny biust, a potem przyjaciele zaczęli prosić, by wykonała podobne dla nich. – Chciałabym, by wszyscy przyłączyli się do mojego dzieła. Niestety, w świecie, w którym żyjemy, jest to nadal coś niezwykłego – dodaje. Jej najmłodsza klientka ma 18 lat, najstarsza 60, a ona sama twierdzi, że widziała wszelkie możliwe rodzaje piersi (także po mastektomii), w każdym możliwym kolorze. Garnuszek Emmy to niejedyny piersiasty przedmiot, jaki posiadam – mam też wazę wykonaną
przez świetną projektantkę biżuterii Anissę Kermiche. Jeśli dla kogoś widok własnego nagiego biustu uwiecznionego w naczyniu jest zbyt szokujący, może kupić kubki z piersiami w bikini wykonane przez brooklyńskiego ceramika Isaaca Nicholsa z Group Partner.

Kiedy otrzymałam przesyłkę z kubkiem przedstawiającym mój biust, otworzyłam ją bardzo, bardzo powoli. Trzymanie go w rękach było terapeutyczne, wyzwalające i wywołujące emocje. Nie był to erotyczny prezent dla kogoś (choć mój mąż pochwalił staranność wykonania), był dla mnie. Po to, bym mogła obiektywnie spojrzeć na swoje piersi. Nie miały czułków ani kłów, nie były wkurzone. Ani przygnębione, smutne czy samotne. Były... po prostu na swoim miejscu. Całkowicie normalne. Pilnujące swego interesu. Niewarte tej całej wewnętrznej walki, którą z ich powodu toczyłam z sobą przez lata, marnując czas.

Nie wiem, czy obrzydzenie, które czułam wobec własnych piersi, wynikało z tego, że w okresie dojrzewania była skupiona na nich męska uwaga. Może wcale nie chodzi o męski wzrok, tylko o to, że po prostu nie udało mi się wtedy wypracować dobrej relacji z moim biustem. Nasze społeczeństwo bardzo powoli odrzuca ideę, że kobieta jest ledwie sumą swoich części ciała, w dodatku ocenianą według ich jakości. Ja dotarłam w końcu do miejsca, w którym je akceptuję. Czasem kładę dłonie na piersiach i pozwalam im tam spoczywać. To dziwny zwyczaj, który przejęłam od starszej siostry – przykrywała tak swoje piersi, kiedy chciała się zrelaksować. Nadal czuję przebłysk strachu, po którym natychmiast następuje nowy rodzaj ulgi. Nie sądzę, bym kiedykolwiek pokochała swoje piersi, ale zaczynam traktować je z czułością. Szczególnie teraz, gdy stanowią część kubka wypełnionego moimi ulubionymi długopisami.