Co poprawia ci nastrój? Pół butelki dobrego likieru, informacja, że twój szef został sprasowany przez fortepian, czy to co ja lubię najbardziej, gdy szynszyla drapie cię w plecy, a panda wciera miętowy krem w opuszki twoich stóp. Podobnie działa flirtowanie. Odpowiednio dawkowane, sprawia, że zarówno ty, jak i twoje towarzystwo czujecie się cudownie. Nie masz kaca, twój szef nie wygląda jak naleśnik, a resztki kremu nie sklejają futra pandy. Flirtowanie to radość życia! Jako Irlandczyk mieszkający w Polsce muszę w tym momencie zadać pytanie: skoro rzecz jest w zasadzie tak łatwo dostępna, to dlaczego akurat tutaj jej brakuje?

KWESTIA JĘZYKA
Dziwnie czuję się w kraju, w którym brak flirtowania. Po prostu – nie ma. W biurze? Brak. W pubie? Brak. U dentysty? Brak. Nawet u dentysty! W Irlandii gabinety dentystyczne
to wylęgarnie flirtu, w których seksowne asystentki bezustannie zachęcają cię, abyś „otworzył szeroko”. Wiecie, kto najlepiej flirtuje? Nie Francuzi, nie Włosi, ale Niemcy. Tak
jest, Niemcy. Już to wyjaśniam. Był czas, kiedy Irlandczykom flirtowanie w ogóle nie wychodziło. Zakazywał go Kościół, podobnie zresztą jak używania szynszyli jako drapaczek do pleców oraz przyjemności w piątek. Ale wróciliśmy do flirtowania. Nie mamy wyboru. Będąc tak biedni jak obecnie, musimy sobie znaleźć rozrywkę, która nic nie
kosztuje. Niemniej pytanie jest ciągle aktualne – dlaczego w Polsce brakuje flirtowania? Może to wina języka? Może. Popatrzmy na Francuzów – flirtowanie jest częścią ich narodowej tożsamości, a język jest tego odbiciem. Francuski jest bardzo seksowny. To język bardzo zmysłowy. Tylko po francusku można nakłonić kogoś, aby wszedł na gilotynę, gdzie mu zetną głowę.