Dużą część mojego czasu zajmuje snucie ­refleksji na temat jedzenia. Zastanawiam się, dlaczego jemy mięso i co robić, żeby jeść go mniej. Lubię sięgać po książki, których autorzy zajmują się tym samym, tylko że oni działają słowem. A ja – od kuchni. Ostatnio szczególnie istotna wydała mi się książka Szymona Hołowni „Boskie zwierzęta”. Pojawiła się w sposób niespodziewany i bardzo potrzebny, bo napisał ją autor dojrzały, utalentowany i słyszalny. Czytałam ją wiele razy i z zaskoczeniem odkryłam, że mam tę książkę w kilku egzemplarzach. Kolejna ważna dla mnie książka to „Dziękuję za świńskie oczy. Jak krzywdzimy zwierzęta” Dariusza Gzyry. Autor jest filozofem i przygląda się naszym relacjom ze zwierzętami. Rozprawia się też z językiem, jakiego używamy wobec do zwierząt – jesteśmy właścicielami psa czy raczej jego opiekunami? Kocham Marię Iwaszkiewicz – to jedna z najważniejszych postaci w moim życiu zawodowym. Przez cały PRL pisała książki kucharskie. Dziś w podobnych publikacjach często na pierwszy plan wysuwa się autor i trudno dostępna, estetyczna wizja jedzenia, a nie przepis czy idea, którą taka książka mogłaby przekazywać. Maria Iwaszkiewicz potrafiła ­napisać, że jeśli przygotowuje się szaszłyki i nie ma się narzędzi, to można wziąć druty do robienia swetrów, bo na nie najlepiej się wbija kawałki potrawy. Nie bała się trochę wstydliwych, ale praktycznych rad – to podejście, skupione na czytelnikach, wydaje mi się bardzo cenne. „Kapłony i szczeżuje. Opowieść o zapomnianej kuchni polskiej” Magdaleny Kasprzyk-Chevriaux i Jarosława Dumanowskiego – ona pisze o kuchni, zajmuje się antropologią jedzenia, a on jest najbardziej rozpoznawalnym specjalistą od kuchni staropolskiej. Kiedy jeżdżę po Polsce i widzę karczmy i gospody, w których podaje się de volaille’e i kotlety schabowe – one w kuchni chłopskiej w ogóle nie istniały! – to właśnie ta książka przychodzi mi z pomocą w coraz lepszym zrozumieniu tego zjawiska. A z książek mniej kulinarnych najchętniej wracam ostatnio do reportażu Magdaleny Okraski „Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu”. Autorka pisze o miejscu, którego nie da się łatwo ugryźć geograficznie, administracyjnie ani politycznie. Dlatego z ogromną wrażliwością i egalitarną tkliwością oddaje głos mieszkańcom i mieszkankom Zagłębia. No i jest wrażliwa na jedzenie – dzięki niej poznałam jesienny rytuał prażonek. 
 

Anna Luboń