Według Ciebie najlepszym atrybutem kobiecości jest gaz łzawiący. Czemu?
MANUELA GRETKOWSKA Stanika nie noszę, szpilek też nie, a szminka jest banalna. 
 

Stanika nie nosisz, bo – jak głosisz – najlepszym stanikiem są dłonie mężczyzny. A w szpilkach czemu nie chodzisz? Nie dają kobiecie poczucia atrakcyjności, pewności siebie?
Wątpię. Raczej utrudniają chodzenie, co sprawia, że kobieta się chwieje i wysyła komunikat: „Oj, jaka jestem seksownie chwiejna, pomocy!”. Miękną serca mężczyzn, inne części ciała się prężą, bo w dodatku wysokie obcasy ustawiają waginę pod takim kątem, że staje się dostępniejsza. Stary trik działający na podświadomość i zwiększający zyski ortopedii. Moim zdaniem kobieta – żeby czuć się atrakcyjnie – potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. Dlatego kiedy Katarzyna Janowska zaprosiła mnie do swojego programu „Siła kobiet” i kazała przynieść gadżet kojarzący się z kobiecością, przyniosłam gaz. Jest przydatny po zmroku. I w zasadzie za dnia też. Ucieczka w szpilkach jest sexy, ale mało skuteczna.
 

A zbotoksowana twarz nie jest sexy? Wstrzykujesz coś sobie?
Nawet włosów nie farbuję. Paznokci nie maluję. Strata czasu. Nie rozumiem tego szaleństwa na punkcie paznokci! Tipsy dają kobietom poczucie przewagi, kobiecości? 
 

Czyli sama nie przejmujesz się upływem czasu.
Bardziej się przejmowałam płodnością. Na myśl o ciąży odczuwałam panikę. Cieszę się, że mam to już za sobą. Mam 55 lat, nie będę się kopać z rzeczywistością. Starość to nie jest dla mnie otwarta trumna, wstęp do śmierci, lecz nowy, ciekawy etap. Oczywiście czuję kulturową presję pole-gającą na tym, że kobiety mają być wiecznie pięknie i młode, bo to ich najważniejsza waluta, ale jestem artystką i może dlatego nie brałam jej nigdy pod uwagę. Chodzę po prąd.

Starzenie się może mieć różne wymiary. O artystach, którzy już nie prowokują, mówią: „Zestarzał się”. Czujesz coś takiego? Są tacy, którzy mówią, że Gretkowska to kiedyś pisała z dezynwolturą, a dziś stępiła pazur.
Co możesz powiedzieć? Piszę od 30 lat, wydałam kilkadziesiąt książek, żadnej się nie wstydzę. To nie były nieplanowane dzieci, każdej poświęciłam rok. Do krytyki jestem przyzwyczajona. W czasach mojego debiutu pisali: „Dziwka, przespała się z Miłoszem, żeby dostać dobrą recenzję, a książki skądś przepisała”, „Niezdolna, grafomanka, niech zniknie”. Mieszkałam kilka lat we Francji i nigdy nie widziałam, żeby ktoś takie rzeczy o kimś wygadywał. Gdybym tego wszystkiego posłuchała, w życiu nie napisałabym już żadnej książki. 

Zawsze będziesz pisać? 
Póki myślę, tak. Mam myśli, więc je wypowiadam. Albo spisuję. Podobno tak robią ludzie intelektu, pisarki i pisarze. Mówię to, co nie zawsze jest popularne, ale w co wierzę. Taka byłam na studiach, przez co wylądowałam na azylu politycznym, i taka jestem teraz. Nie zmieniłam się. 

Związku też nie zmieniłaś. Od 20 lat.
Od niedawna jesteśmy nawet małżeństwem. Wzięliśmy ślub w wannie, w naszym ogrodzie. 

Po co Wam to było po tylu latach życia na kocią łapę?
Ślub cmentarno-podatkowy. Cmentarny, bo bliżej nam w tamtą stronę. A podatkowy, bo po wydaniu tych wszystkich książek nie mam emerytury, nie mam nic. Mam tylko dom. Jestem kobietą bez przyszłości, a on mężczyzną bez posiadłości. Dokonaliśmy transakcji wymiany.

W życiu codziennym też tak dobrze idzie Wam współpraca?
Staramy się być partnerami, ale po tysiącach lat patriarchatu cudów nie ma. Razem gotujemy, sprzątamy, wspólnie wychowujemy córkę, czasem nawet wydajemy razem książki. Gadamy o wszystkim, doradzamy sobie. Ale gdybyśmy nie podzielili obowiązków, pewnie przejęłabym większość, bo kobiety mają łatwość wyręczania innych.

Właśnie, są nawet badania, które tego dowodzą. Pokazują, że choć pracujemy zawodowo tak samo jak mężczyźni, to prace domowe nadal wykonujemy praktycznie same. Tak było za komuny i tak jest dziś. Czemu?
Mamuśki wychowują tak synków, często niechcący. Bywa, że poświęcają się dla nich, bo ojciec jest nieobecny. Chłopak to kopiuje w dorosłym życiu – żąda od partnerki podobnego poświęcenia. Poza tym to zazwyczaj kobiety są bardziej odpowiedzialne, nie chcą żyć w syfie, wiedzą, że ktoś musi zająć się dzieckiem. Instynkt nie pozwala im na abnegację. A wejście w konflikty z samcem, który pracuje, więcej zarabia i jest uznawany za głowę rodziny, niezbyt się opłaca. Rodzina to dla Polaków najważniejsza wartość.

Po czym wnosisz?
Po danych statystycznych. Co ciekawe, inne pokazują, że kobiety w związkach czują się samotne, w jednym z sondaży przyznało się do tego aż 70 proc. z nich.

Ponure statystyki.
Znam też inne. W Polsce do feminizmu przyznaje się 5 proc. kobiet. Reszta dojrzewa… To się ciągnie od czasów PRL-u, kiedy kobiety, które pracowały w „Solidarności”, twierdziły, że walczą o wolność, a nie jakiś feminizm, który wtedy wydawał się fanaberią. 

Kobieta - żeby czuć się atrakcyjnie - potrzebuje poczucia bezpieczeństwa - Manuela Gretkowska.

A dziś? Czym się Tobie wydaje?    
Oczywistością. Dla mnie feminizm to godność kobiety. Nikt nie chce żyć w poniewierce.

Mówisz, że Polki niestety nadal często tak żyją.
Jesteśmy chyba trochę bardziej świadome. W PRL-u było gorzej. System, choć zakładał równość płci, gnębił wszystkich po równo. Jednak zamiast czczego gadania o godności oferował żłobki, przedszkola i dostęp do aborcji. A dziś? Porównałabym sytuację Polek do hodowli zwierząt w półklatkach i takich z wolnym wybiegiem.

Dziesięć lat temu, kiedy zakładałaś Partię Kobiet, było chyba jeszcze gorzej.
To była zgroza. Po tych kilku latach spędzonych na Zachodzie nie mogłam znieść wąsatej, patriarchalnej Polski, gdzie kobieta to był robot kuchenny z dostępem do waginy.

Mówiono Ci, że nie powinnaś działać w polityce, bo jesteś kobietą?
Oczywiście, wiele razy. Nieważne, że mieszkałam za granicą, studiowałam, znam języki, wychowałam dziecko. Faceci się nadają, bo nawet jak są głupcami, to się tam pchają i czują wybrańcami narodu. Prawda znana z badań jest taka, że kobiety przygotowane do pełnienia funkcji zawodowych czy społecznych często poniżają się we własnych oczach, twierdząc, że się do nich nie nadają, a faceci, którzy nie reprezentują sobą nic, będą przeć do przodu.

A gdyby się jeszcze cofnąć w czasie? Pamiętasz początki naszej wolności, czyli lata 90. w Polsce? Co ciekawe, pracowałaś wtedy w ELLE…
Tak, wróciłam z Francji w 1994 roku – byłam wtedy związana z Andrzejem Żuławskim. On pisał do „Twojego Stylu”, którego właściciele szukali kogoś do redakcji nowego pisma. Rynkiem rządził „Twój Styl”, ale to był magazyn skierowany do dojrzałych kobiet, ELLE do młodszych. Pierwszy numer ELLE był świętem. Na okładce była polska modelka w biało-czerwonym ubraniu. Mieliśmy poczucie, że robimy coś rewolucyjnego. We Francji po drugiej wojnie światowej ELLE wprowadzało zmiany obyczajowe, podobnie działo się w Polsce po upadku komuny, miesięcznik pokazywał młodym kobietom nowe możliwości. Uczył też gustu. Pierwsze sesje w ELLE to było wielkie przeżycie. Pamiętam te wyjazdy zagraniczne, jakbyśmy wreszcie byli w Europie nie tylko po to, żeby zarobić na zmywaku. W redakcji siedzieliśmy od rana do nocy. To były piękne czasy, święto wolności i nadziei.

Lubiłaś tę pracę?
Jasne, uczyłam się czegoś nowego. Przez pewien czas byłam naczelną, potem zaczęłam pisać o tym, co mnie interesuje, czyli o innych kulturach i religiach. Te teksty zebrałam w książkę „Światowidz”. Zawdzięczam ją ELLE. Bez tego pisma nie byłoby mnie stać na podróże do Nepalu czy Australii.

No, a jakie wtedy były Polki? Chyba dużo bardziej zahukane obyczajowo. W końcu każda Twoja książka, którą wtedy wydawałaś – a pisałaś dużo o cielesności, seksie – była skandalem.
Tak, bo pisałam choćby o łechtaczce. Tyle że skandalem nie była nawet tematyka książek, lecz to, że kobieta ma łechtaczkę. O tym się wtedy w Polsce nie mówiło. Szokowało, że kobieta wspomina o tym, co ma między nogami. Clitoris – mało kto rozumiał wtedy to słowo. Zupełnie inaczej niż we Francji, z której dopiero co wróciłam. Francuzki od lat pisały o erotyce: de Sade jest tam w prestiżowej Bibliotece Plejady, u nas wśród zboczeń. Szybko okazało się, że nie jestem pisarką, tylko skandalistką, a za mówienie rzeczy, które na Zachodzie są oczywistością, chcą mnie wzywać do sądu.

Feminizm to godność kobiety. Nikt nie chce żyć w poniewierce - Manuela Gretkowska.

Powiedziałaś, że dziś jednak jesteśmy bardziej świadome. A mężczyźni?
Wolniej się zmieniają. Muszą dorosnąć do kobiet i do realu. Dawniej ideałem był mężczyzna nieustraszony, z maczugą albo mieczem. A kiedy prawdziwe zagrożenia zniknęły, okazało się, że mężczyźni na Zachodzie boją się kobiet. My zmieniłyśmy się przez ostatnie lata, oni nie do końca. Na tym polega kryzys męskości – nie nadążają. 

Czemu?
Tysiące lat byli champions of the world, a nagle się okazało, że  w tych zawodach nie brały udziału kobiety zamknięte w szatni. Dzisiaj rycerze mogą walczyć chyba tylko w korporacji i składać pokłon złotemu cielcowi w galerii handlowej. Problemy stwarzają też same kobiety. Z jednej strony chcą niezależności, z drugiej szukają opieki. Mężczyźni często nie potrafią być empatyczni, mają pokurczone, wykastrowane emocje, więc nie mogą sprostać wymaganiom w związku. Dopiero się tego uczą. To nie tak, że kobiety są z Wenus, a faceci z Marsa. Tak naprawdę kobiety są z Ziemi, a mężczyźni z kobiet. Obie strony muszą to kiedyś zaakceptować. 
 

Może mężczyźni bronią się przed tym, żeby być bardziej emocjonalni czy pomagać partnerkom w domu, w obawie 
o to, że staną się bardziej „niemęscy”.

Kobiece cechy w mężczyźnie nie są zagrożeniem dla jego męskości.

Twój partner jest „kobiecy”?
Oczywiście, ceruje nawet na grzybku.

Poważnie?
Owszem, słucha bluesa i ceruje nam ciuchy, bo lubi. Ale już całkiem serio – seksowna jest męska empatia, wrażliwość, uważność na potrzeby partnerki. To jest prawdziwa mądrość.

A co z męskimi cechami w kobiecie?
Tylko co one oznaczają? Że kobiecie wyrośnie broda? Moim zdaniem raczej chodzi o to, żeby kobieta mogła się kontaktować z facetem na zasadzie równości, a nie tylko trzepocząc rzęsami. To chyba normalność.


Trudno z miłości się podnieść. Manuela Gretkowska w rozmowie z Patrycją Pustkowiak