Co to jest mansplaining?

Małgorzata Kosiba: Nie wiem 

Maciej Augustyniak: Ja też nie wiem, ale chętnie wyjaśnię! (śmiech). 

Anna Dryjańska: Termin pochodzi z eseju pisarki Rebecki Solnit „Men Explain Things to Me”. Stosuje się go w sytuacji, gdy mężczyzna, który mało wie na dany temat, wyjaśnia go kobiecie z protekcjonalnym zacięciem: „Ja ci wszystko wytłumaczę, mała”. Nawet jeżeli ona jest uznanej sławy lekarką, to on będzie jej wykładał jak dziecku, że serce jest mięśniem. Dwa lata temu hasło „mansplaining” zostało wpisane do Oxford Dictionary.

Anna: Nie mamy polskiego odpowiednika, ale w takich okolicznościach używa się mało eleganckiego określenia „arogancki dupek”.

Maciej A.: Wyjdę na buca, ale uważam, że to kobiety „mądralują się”, tłumacząc coś mężczyźnie i często robią to właśnie w sposób protekcjonalny. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że można – tak jak Rebecca Solnit – zrobić z tego zjawisko. Chyba że jestem ignorantem i nie zdaję sobie z tego sprawy?

No właśnie, czy nie jest tak, że my wiemy, o co chodzi w mansplaining, a mężczyźni nie?

Maciej Staneck: Słucham was i próbuję to zrozumieć. Chodzi o stereotyp, że facet jest tym dyktującym, a kobieta tą słuchającą? Moim zdaniem to kwestia charakteru, chociaż rozumiem, że to może być irytujące.

Maciej A.: Powiem szczerze, że nadal nie rozumiem tego słowa. Co ma do tego bycie mężczyzną? Jeżeli lubię pouczać innych, to równie arogancko zachowam się wobec ciebie i swojego kolegi. Będę irytującym dupkiem, który wkurza ludzi, niezależnie od swojej płci.

Anna: Tak, ale w mansplainingu chodzi właśnie o to, że tymi dupkami częściej są mężczyźni, bo to oni uważają, że wiedzą więcej. I nie próbują się nawet zorientować, czy przypadkiem nie mówią do kogoś, kto zna się na czymś lepiej od nich. Tak było w przypadku Rebecki Solnit, której mężczyzna próbował wytłumaczyć, kim jest bohater jej książki. Nie przypuszczał, że stoi przed nim jej autorka.

Olga Woźniak: W moim zawodzie takie tłumaczenie jest bardzo charakterystyczne, ponieważ dziennikarz nie może pytać z pozycji partnera (to niesie ryzyko, że nic ciekawego nie usłyszy), tylko z pozycji ciekawskiego dziecka. I naukowcy płci męskiej inaczej tłumaczą swoją wiedzę dziennikarzom, a inaczej dziennikarkom, uważając je za głupsze. Moim zdaniem to kwestia dobrego wychowania. Są osoby, które mają klasę, i takie, które są samcami alfa bez względu na wykształcenie i pozycję.

Anna: Moja koleżanka ma uprawnienia rajdowe, a gdy jedzie do warsztatu, to mechanicy jej tłumaczą, że samochód ma cztery koła. Kiedyś wyprosiła z auta pasażera, niedzielnego kierowcę, po tym, jak enty raz ją pouczał, jak brać zakręty.
Maciej A.: Ja akurat jestem gamoniem technicznym. Każdą rozmowę w warsztacie zaczynam od wyznania, że gdy coś się popsuje, to jak każdy prawdziwy mężczyzna dzwonię do taty z płaczem. I panowie, którzy zajmują się naprawą, traktują mnie wyrozumiale.

Nie masz poczucia, że patrzą na Ciebie jak na idiotę?

Maciej A.: Nie pozwalam sobie na to. I wcale nie chodzi o groźne spojrzenia, tylko o partnerską relację. Nie mam problemu z tym, że nie wiem wszystkiego.

Małgorzata: Ale my też sobie na to nie pozwalamy, a mimo wszystko często jesteśmy tak traktowane. Myślę, że w tej sytuacji akurat facet będzie dużo bardziej wyrozumiały wobec innego faceta. Jak sobie wyobrażam taką sytuację, że jadę do warsztatu, to na wiele różnych tekstów panowie by sobie nie pozwolili wobec ciebie, a pozwalają sobie wobec mnie.

Maciej S.: Moja żona często mnie prosiła, żebym to ja zawiózł jej samochód do naprawy, bo nie miała ochoty być traktowana jak dureń.

Anna: To ciekawe, co powiedział Maciek, bo na tym przykładzie widać, jak mansplaining ogranicza aktywność kobiet. Ale wycofując się, oddajemy pole walkowerem.

Małgorzata: Oczywiście, że tak.

Anna: Milczenie jeszcze nigdy nie rozwiązało żadnego problemu.

Maciej A.: Chyba że jest to milczenie znaczące!

Maciej S.: Jeśli pojechałbym do warsztatu z żoną i majster zaczął ją obśmiewać, to nie reagując, pozwoliłbym na upokorzenie i jej, i siebie. Są pewne zasady zachowania się wobec kobiet. Ja rozumiem, że z punktu widzenia feministek może to być uznane za stereotypowe, ale szacunek wynika też z tego, że kobieta potrzebuje pewnego rodzaju ochrony. Jeśli ktoś przy mnie ją poniża, to facet taki jak ja, konserwatywnie wychowany, zachowuje się kulturalnie, ale stanowczo.

Małgorzata: Ale mężczyzn z takim podejściem jak twoje jest niewielu.

Anna: Podoba mi się sposób, w jaki zareagowałeś, ale trzeba pamiętać, że tradycyjna ochrona kobiet to jest coś, za co zawsze płacimy cenę. Taka transakcja wiązana: całuję rączki, ale pensję dostanie pani niższą. W tego typu sytuacji trzeba bronić wszystkich, nie tylko kobiet.

No i warunkiem tej ochrony jest to, że obok stoi mężczyzna. A co, jeśli go nie ma?

Anna: Same powinnyśmy się bronić. Kiedyś do mojego domu przyszedł majster, a mieszkałam wtedy sama, i próbował mnie przekonać, że powinnam znaleźć sobie mężczyznę, który będzie mi robił naprawy. Zapytałam go, czy mówi tak, bo nie chce zarabiać pieniędzy? Od razu zamilkł.

Maciej A.: Ale nie mówił tego w złej wierze. Po prostu zagaił.

Anna: Ja wiem, że on nie chciał źle. Mówił to bezrefleksyjnie. Mam koleżankę, która zajmuje się elektryką i tyle razy koledzy w pracy zabierali jej narzędzia i pytali, czy potrafi włożyć wtyczkę do kontaktu, że po trzech miesiącach szykan zrezygnowała z zawodu. Oczywiście możemy znaleźć wśród kobiet jednostki, które uważają, że do nich świat należny, ale ogólnie mamy niższą samoocenę i poczucie własnej wartości.

Maciej A.: Naprawdę to ma związek z płcia? Jako facet jestem super, ale gdybym był dziewczyną, to też byłbym super (śmiech).

Małgorzata: Na pewno mężczyźni nie analizują miliona rzeczy tak jak my. Nie zawracają sobie głowy drobiazgami i myślą o sobie dużo lepiej.
Anna: Podam taki przykład. Jeżeli dziewczynka ma 12 lat i rozwiąże szybko zadanie matematyczne, to zamiast usłyszeć, ze jest dobra, zdolna itd., usłyszy od nauczyciela: „No, chłopaki, nawet dziewczyna jest odwas lepsza”. Co wtym momencie może o sobie pomyśleć?

Właśnie to: że jest lepsza od chłopaków.

Anna: Mówienie w ten sposób oznacza, że jest w tym coś nienaturalnego.

Maciej S.: Bo geniusz jest nienaturalny!

Anna: Nie chodzi ogeniusz, ale oto, że jako dziewczyna jestem postrzegana jako ta, która nie zna się na matematyce. Znajoma w wieku 50 plus opowiedziała mi o swoich szkolnych czasach. Chemiczka sadzała w przednich rzędach chłopców, a w tylnych dziewczęta, bo twierdziła, że one i tak nic nie zrozumieją. Jaki przekaz do nich docierał? Ile z nich poszło np. na politechnikę?

Olga: Dzieci chętniej robią coś, za co są chwalone. Wśród pięcio-, sześciolatków tyle samo dziewcząt i chłopców jest uzdolnionych matematycznie, ale mało osób chwali dziewczynkę: „O, jak pięknie rozwiązałaś zadanie”. Słyszy ona raczej: „Jak pięknie to narysowałaś”. Z kolei chłopcom nikt nie powie: „Świetnie tańczysz”, tylko: „Świetnie to rozwiązałeś”. 

Małgorzata: Akurat mój syn jest o wiele lepszy w matematyce niż córka. On jest w drugiej klasie, ona w czwartej, a rozwiązuje jej zadania. 

Maciej S.: U mnie akurat jest odwrotnie. 

Małgorzata: Ostatnio łapię się na tym, że robię z syna małego boga: on jest najlepszy, najmądrzejszy. A córkę traktuję normalnie. Nie wiem, co się ze mną dzieje! (śmiech). 

Olga: Ja też się na tym łapię. Ale zaczęłam to dostrzegać po urodzeniu córki. Dopiero teraz się zastanawiam, czy traktuję syna tak samo. Czy od niego bym oczekiwała tego, co od niej? I dochodzę do wniosku, że nie. Ponieważ zauważyłam, że nieświadomie realizuję pewne stereotypy, zaczęłam z tym walczyć. 

Maciej S.: Nie jest tak, że synowie są mamusi, a córeczki tatusia? 

Anna: Małgosia, a córce nie mówisz, ze jest najlepsza i najmądrzejsza?

Małgorzata: Mówię, ale to nie jest tak nacechowane, emocje są zupełnie inne. Dlatego myślę, że same kobiety robią krzywdę swoim synom z powodu tego, jak ich wychowują, bo to przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Olga: Jeżeli inaczej rozmawiamy z chłopcami i chwalimy ich za inne zachowania, to ich mózgi się do tego dostosowują. Np. kiedy chcemy, żeby chłopiec opowiedział, co było w przedszkolu, to pytamy go, co się wydarzyło. A u dziewczynek zwracamy uwagę na ich odczucia. W rezultacie wcale nie musi być tak, że chłopak myśli „jak mężczyzna”, tylko tak został ukształtowany przez wychowanie. I potem w dorosłym życiu też zakładamy, że emocje to sfera, w której facet wie mniej. Kobiety przyjmują rolę mediatorek: „Powiem ci, dlaczego jej się zrobiło przykro, bo nawet tego nie zauważyłeś”. Co ciekawe, emocjonalność jest wartościowana niżej niż racjonalność. Nie ma się o kimś dobrego zdania, jak go poniosą nerwy. Mężczyźni czują nad kobietami wyższość, że hormony nimi nie rządzą. Mimo że nakręca ich testosteron.

Anna: Jestem zmęczona tezą, że za dyskryminację kobiet odpowiadają kobiety. Nie. To jest kwestia całego społeczeństwa, nie tylko matek. Synowie mają też ojców i biorą z nich przykład.

Co na to ojcowie?

Maciej S.. Wśród najbliższych spotykam się z oczekiwaniem, że to ja mam decydować, np. na co idziemy do kina. I dlatego decyduję.

Maciej A: To widać też przy wyborze knajpy. Jak się umawiam z koleżankami, to chociaż jestem leniem i wolałbym mieć wszystko podane na tacy, one liczą na to, ze coś zaproponuję. Podobnie jest w sprawach zawodowych – wymądrzam się nie dlatego, że jestem facetem, tylko dlatego, że jest takie oczekiwanie.

Anna: To nie jest męczące?

Maciej A.: Użyłbym raczej słowa upierdliwe. Chociaż nie. „Mądralowanie się” służbowe – to uwielbiam.

Olga: Ogólnie kobieta, jak nie ma nic do powiedzenia, to nie mówi. A mężczyzna zawsze musi zająć stanowisko. Obserwuję to na kolegiach redakcyjnych. To jak zaznaczenie terenu. Jestem, więc mówię. Nie będę cieniem ani paprotką. Mężczyzn nie bierze się jako ozdoby do dyskusji. A kobiety tak. I często nieważne, co ona ma w głowie. Chodzi o to, czy ładnie wygląda. Jak kobieta jest brzydka i głupio gada, to jest dużo bardziej krytykowana niż ładna, która też głupio gada. Bo nie dość, że brzydka, to jeszcze głupia.

Anna: Przekonanie o własnej wszechwiedzy na każdy temat jest zarazem i śmieszne, i straszne, bo trzeba być świadomym swoich ograniczeń. Tak jak ja nie będę z pozycji eksperta tłumaczyła, jak wygląda operacja na otwartym sercu, tak ktoś, kto nie jest socjologiem, nie powinien mówić socjolożce o tym, że jest coś takiego jak struktura społeczna. W takich sytuacjach szlag mnie trafia. A raczej trafiał, bo teraz już się z tego śmieję. 

Maciej A.: Tu się kłania moja ignorancja, bo czegoś nie rozumiem. Jeśli przeczytam w gazecie o strukturze społecznej, będę chciał o tym porozmawiać i trafię akurat na socjolożkę, to nie chciałbym, żeby ta dziewczyna odwróciła się do mnie plecami... Liczę na inspirującą rozmowę.

Anna: Nie, nie, nie o to chodzi.

Małgorzata: Mansplaining jest wtedy, gdy ty jej zaczynasz tłumaczyć, co to jest struktura społeczna, bo uważasz, że wiesz lepiej, mimo że to ona jest socjolożką.

Maciej A.: I mając tę świadomość, zaczynam się wymądrzać, tak? Aha, no dobra. To rzeczywiście do bani.

Anna: Nie chodzi o to, że my nie chcemy gadać z facetami, bo chcemy, ale żeby to była rozmowa uwzględniająca poziom naszych kompetencji. Mansplaining bierze się z odgórnego założenia, że nic nie wiemy.

Maciej S.: Taki typ relacji funkcjonuje np. na dyskotece i obu stronom to pasuje. Jej, że przychodzi napompowany facet, a jemu, że ona szczebiocze. To jest dość zabawne. Ale jeżeli się przenosi do relacji zawodowych czy domowych, to już może nie być śmieszne, ale irytujące.

Anna: À propos przypomniała mi się scena z „Przeminęło z wiatrem”, kiedy Mammy mówi do Scarlett, żeby nie szła na przyjęcie głodna, bo powinna, będąc wśród ludzi, jeść jak ptaszek. I wtedy Scarlett pyta: „Dlaczego kobiety muszą być takie głupie, żeby znaleźć męża?”. Kobiety często trzepoczą rzęsami, bo załatwienie pewnych spraw jest łatwiejsze, gdy udajemy słodkie idiotki.

Małgorzata: Tak jest np. z kontrolą policji.

Anna: „Ojej, to tu jest zakaz parkowania?”.

Małgorzata: I to działa, ale powstaje dysonans. Z jednej strony nie chcesz, żeby cię tak traktowano, a z drugiej wchodzisz w taką rolę.

Olga: Ja nie szczebioczę ani nie lubię, jak ktoś mnie w ten sposób traktuje, a gdy podaję rękę mężczyźnie, to tak, żeby ją uścisnął, a nie pocałował, bo mam poczucie, że to gest intymny. Ale kobietom się często wydaje, że będzie im łatwiej różne rzeczy osiągnąć przez przyjęcie podległej pozycji, bo z góry zakładają, że rywalizując, są skazane na porażkę. Tak jak mówiliśmy o uzdolnieniach matematycznych, to zdolne dziewczynki traci się na etapie dojrzewania, bo one właśnie wtedy często zaczynają udawać głupsze, uważając, że matematyka jest niekobieca. Były nawet badania, w których uczestników raz proszono o zaznaczenie płci przed rozwiązaniem testu, a raz nie. I w momencie, gdy studentki zaznaczały swoją płeć, to miały słabsze wyniki. Wypadały też gorzej, gdy rozwiązywały test w kostiumach kąpielowych niż w swetrach. Więc gdzieś w głowie uruchamiał im się stereotyp kobiety jako mniej zdolnej i wchodziły w tę rolę.

„New York Times” kilka lat temu ogłosił mansplaining słowem roku. Czy ma ono szansę zrobić w Polsce podobną karierę?

Anna: U nas pojawia się głównie na blogach, na Fejsie.

Olga: Dla mnie to oczywiste, że mansplaining to kwestia kulturowa. Pozostałość tradycyjnego podziału ról w społeczeństwie. Mimo zmian cywilizacyjnych część z nas ewolucyjnie tkwi w takich uwarunkowaniach, jak byśmy nadal biegali za mamutem. W patriarchalnych czasach, kiedy kobiety wymagały ochrony, wybierały na partnerów mężczyzn o wysokim poziomie testosteronu i cechach przywódczych. Teraz badania pokazują, że mężczyźni niewieścieją i to też jest spowodowane preferencjami kobiet. Liczą się opiekuńczość, partnerstwo, empatia.

To znaczy, że mężczyźni, którzy stosują mansplaining, są ewolucyjnie opóźnieni?

Olga: Żywe skamieniałości (śmiech). Relikty przeszłości, jak wyrostek robaczkowy i latimeria – ryba z nogami, która pierwsza wyszła z jeziora. Z czasem wymrą, zwłaszcza w społeczeństwach zachodnich, gdzie nie musimy walczyć o byt w dosłownym znaczeniu jak w społeczeństwach zbieracko-łowieckich w Afryce.

 

tekst ukazał się w magazynie ELLE 03/2015