Wróżka, która przyjmuje mnie na wizytę, nie ma nic wspólnego ze stereotypowym wyobrażeniem czarownicy. Jest miła i uśmiechnięta, na jej zgrabnym nosie brak brodawek, a mieszka w apartamentowcu na warszawskiej Ochocie. O tym, że dobrze trafiłam, przekonuje mnie dopiero obowiązkowy czarny kot, który wskakuje mi na kolana, gdy mamy przystąpić do wróżb. Żadnych szklanych kul – o tym, co mam zapisane w gwiazdach, dowiaduję się ze specjalnego programu w komputerze. Później przychodzi pora na tarota. Nie mogę zdradzić, co mi powiedziała, boję się, że mogłoby się nie spełnić. Przyznaję – tęsknię za magicznym elementem w życiu. I chyba nie tylko ja.


KOBIECA MOC
Nefre, Vivien i Agni to sympatyczne, żywiołowe kobiety. Mają rodziny i pracują. Nefre w marketingu, Agni w firmie szkoleniowej, a Vivien jest rzeźbiarką. Wszystkie są współczesnymi czarownicami, Polkami mieszkającymi w Londynie. Ich religia – wicca – to nurt neopogaństwa, którego wierzenia i obrzędy są związane z naturą, a jej wyznawcy praktykują magię. – Jako dzieciak zobaczyłam „Totalną magię”, piękny film z Sandrą Bullock i Nicole Kidman, i zaczęłam myśleć o tym, jak by było fajnie, gdyby magia była prawdziwa – uśmiecha się Vivien. Potem przeczytała książkę Eriki Jong „Czarownice” i trafiła na wicca. Poczuła, że jest we właściwym miejscu. Podobnie było z Nefre. – Wicca pozwala mi rozwijać się duchowo i wpływać na świat. Jestem panią swojego losu – tłumaczy. I dodaje, że wicca to politeizm, celebracje cyklów natury oraz duchowego pierwiastka – męskiego i żeńskiego.
– W filozofii wicca jest takie hasło: „O ile nie krzywdzisz, czyń podług swej woli”, co nie oznacza: „Rób, co chcesz”, lecz: „Odkrywaj swoją prawdziwą wolę, bądź świadom swojego miejsca we wszechświecie i celu, do którego dążysz” – dorzuca Agni. Kiedy pytam, na czym to polega w praktyce, dowiaduję się, że kilkanaście razy w roku wiccanie spotykają się jako kowen, czyli grupa wyznawców, na sabatach i esbatach. Nie mogę się dowiedzieć, jak wyglądają wewnętrzne rytuały, bo są owiane tajemnicą. W trakcie tych otwartych oznacza się krąg, który następnie zostaje okadzony i skropiony wodą z solą, potem są wzywane żywioły z czterech stron świata, czasami duchy danego miejsca. Zgromadzeni opowiadają sobie historie o Bogini i Bogu, dzielą się chlebem lub ciastem oraz winem lub sokiem, otwierają krąg i bawią się przy ognisku do białego rana.
Brzmi jak atrakcyjna alternatywa dla zachowawczej, katolickiej mszy. Zresztą wszystkie moje trzy rozmówczynie zgodnie twierdzą, że katolicyzm nie był dla nich. Męczył je kult cierpienia, brak roli kobiecej, mieszanie się w politykę. Nie podobało im się to, że do Boga trzeba dotrzeć przez pośredników. W wicca ich nie ma – każdy jest kapłanem.
No a czary? – Jeśli z góry jest ustalone, że coś ma się zdarzyć, nie mamy na to dużego wpływu. Ale mniejsze sprawy możemy naginać według swojej woli różnymi sposobami – mówi tajemniczo Nefre. Przyznaje, że w przeszłości używała magii. Działała!
Agni tłumaczy mi, że w magii ważna jest intencja, energia i wizualizacja, czyli nakierowanie na obiekt. W ten sposób można rzucać zaklęcia na uzdrowienie, pracę czy miłość. Ale warto się zastanowić, czy na pewno jej użyć – nie wszystkie jej skutki można przewidzieć. 
Zastanawiam się, w jakim stopniu wicca to wyraz rozczarowania dominacją mężczyzn i poszukiwaniem szacunku dla kobiet i ich roli. – Wicca jest feministyczna, czyli i mężczyźni, i kobiety są tak samo doceniani – ostrożnie zgadza się ze mną Agni. – Nasi mężczyźni nie mają problemu z tym, że „rządzi nimi baba”. Rozumiemy, że obie płcie się dopełniają i tworzą całość. Ale faktem też jest, że większą rolę u nas przypisuje się arcykapłankom. To dlatego, że to matka daje życie. Bogini jest nam bliższa niż Bóg.
Zostawiam wiccanki z refleksją, że one przynajmniej na coś się zdecydowały w kwestii wiary. A wcale nie jest to dziś tak powszechne.

 

DUCHOWA MIESZANKA
– Wystąpiłam z Kościoła, żeby być bliżej Boga – mówi z rozbrajającym uśmiechem Alina, 32-latka z Krakowa, którą się spotykam, gdy wraca z medytacji vipassana. Zachęca mnie, bym też jej spróbowała, i zaczynam to rozważać – bije od niej dobra energia. Alina określa się mianem „duchowej freelancerki”. Od kiedy zerwała z katolicyzmem, próbowała m.in. indiańskich ceremonii w szałasie potów, palenia demona podczas specjalnego rytuału, studiowała Bhagawadgitę, chodziła na spotkania różokrzyżowców, a nawet zetknęła się z wampirystami. I nadal szuka. Wie, że nie chce być częścią sformalizowanej, patriarchalnej religii. – Duchowość to osobista sprawa, a nie polityka – przekonuje.
Nowa duchowość przeżywa dziś rozkwit. Wizyty u wróżek i wróżów cieszą się ogromną popularnością, szkoły jogi mają wypełnione grafiki, biura podróży oferujące wyjazdy do Indii, po to by odnaleźć siebie, nie narzekają na brak klientów. Wśród ofert duchowych można przebierać jak w ulęgałkach, ale dla millennialsów, czyli pokolenia dwudziesto- i trzydziestolatków nie jest to problemem. Przyznają, że bliższa od religii jest im duchowość. Szukają jej wszędzie – przede wszystkim jednak poza oficjalnymi strukturami kościelnymi. – Nie ma ostatecznej prawdy, a więc jedynej słusznej religii – potwierdza Alina. – Wszystkie oświecenia są skażone duchem czasu. Dlatego staram się słuchać tego, co mówi wszechświat. Jeśli mam ochotę, jadę na festiwal muzyki elektronicznej, wpadam w trans i czuję, że łączę się z różnymi energiami. Mogę spotkać się z okultystami, wziąć udział w neopogańskim obrzędzie albo medytować.
Kościoły nigdy nie potrafiły zagospodarować wszystkich przejawów duchowości i ludzie zawsze sięgali do innych źródeł. Dziś ten trend przeżywa eksplozję. Skąd się wziął? Jedna z teorii głosi, że millennialsi – wybierając rozmaite elementy z różnych religii i ruchów pozareligijnych – koją swój niepokój związany z nadmiarem informacji. Za jednym kliknięciem myszki mogą poczytać o katolicyzmie, islamie i judaizmie. To może być paraliżujące. Dlatego wolą nie religię, lecz duchowość. 
„Duchowych freelancerów” łączy jedno – podkreślanie ważności osobistego rozwoju i roli duchowości w życiu. Socjolog dr hab. Lech Nijakowski z Uniwersytetu Warszawskiego tłumaczy mi, że ludzie nadal poszukują odpowiedzi na pytania o sens życia, istnienia ludzkości czy wszechświata. Tylko robią to inaczej niż przez powierzchownie traktowane praktyki religijne. – Ludzie, dążąc do szczęścia i zdrowia, posiłkują się różnymi systemami wiedzy – od fizyki kwantowej, przez tradycyjną medycynę tybetańską, po poppsychologię poradników – mówi.

WRÓŻKI NA WYBIEGU
Poszukującym w sukurs przychodzi armia hochsztaplerów – podejrzanych guru czy gwiazd popkultury dzielących się życiową mądrością. Kabałę wypromowała w końcu Madonna. Ale są też intelektualiści znani z duchowych poszukiwań. Wśród nich pisarka Manuela Gretkowska, zainteresowana m.in. wpływem psychodelików na ludzki umysł, tarotem czy astrologią. Przyznaje, że stara się nie podpisywać umów wydawniczych w czasie niekorzystnego układu planet. – Astrologia to nie gazetowe horoskopy, lecz rodzaj sztuki – mówi. – Stosowali ją wielcy psychologowie, np. Jung, by zrozumieć powiązania między człowiekiem a wszechświatem.
Gretkowska ceni książki z wydawnictwa Okultura. Można w nich poczytać o „świętych roślinach” i odmiennych stanach świadomości, medytacji, alchemii czy snach. – Świat nie jest taki, jak nam się wydaje, a odkrywanie jego prawdziwej natury może być fascynującą przygodą – mówi założyciel wydawnictwa, Dariusz Misiuna. Książki mają stałych czytelników, a na regularnie organizowany w warszawskim CSW festiwal z okazji wydawania kolejnych numerów pisma „Trans:wizje” przychodzi po kilkaset osób. – Nasze książki pomagają w uzmysłowieniu sobie, żeby nie słuchać kapłanów, handlarzy moralnością, tylko rozpoznać ukryty w sobie potencjał i docenić cudowność świata – tłumaczy Misiuna. I zachęca do tego, by każdy na własną rękę szukał duchowej drogi.
Magia jest wszędzie – nie tylko w życiu moich rozmówców, Ezo TV, pismach typu „Wróżka”, lecz także w internecie. Czarownice z Instagrama zapewniają, że rytuał można zrobić z wszystkiego – ubierania się, gotowania czy stawiania tarota.
Brzmi to prosto i takie właśnie jest. Piosenkarka Lana Del Rey nawoływała fanów na Twitterze, by uczestniczyli w jej pogańskim rytuale przeciwko Donaldowi Trumpowi – jego moc miała polegać na działaniu zgodnym z fazami Księżyca. Na punkcie magii szaleje też świat mody. Podczas pokazu domu mody Gucci na sezon jesień–zima 2017/2018 modelki chodziły po wybiegu wokół czarnej piramidy, u Alexandra McQueena nosiły futra, pióra i suknie z magicznymi motywami. Znaki astrologiczne znalazły się na ubraniach zaprojektowanych przez Diora, a u Loewe modelki założyły na siebie naszyjniki nietoperze. Alexander Wang na jesienno-zimowy sezon 2017/2018 zaproponował kolekcję inspirowaną horrorem z 1996 roku „Szkoła czarownic” – wpływy gotyckie przemieszał z elementami mundurków szkolnych.

Sezon jesień-zima 2019/2020 to jeszcze więcej magii na wybiegu - przeczytacie o tym w grudniowym numerze ELLE.

Na kupno naszyjnika nietoperza od Loewe pewnie nie będzie mnie stać, ale znam tańszy sposób na to, by wprowadzić odrobinę magii w swoje życie. Kupić szałwię i okadzić nią mieszkanie. Nie wiem, czy potrafię uwierzyć, że to odgoni złe moce, ale co mi szkodzi? Może to jest tak jak ze słynną podkową na progu – działa i na tych, którzy w nią nie wierzą?

Tekst: Patrycja Pustkowiak