Podnoszenie cen dóbr luksusowych nie ma na celu odsiania z grona klientów nowobogackich i średniozamożnych, którzy zadłużają się, by kupić wymarzone rzeczy, jak to działo się kilka lat temu. Powód tej decyzji jest zupełnie inny i wiąże się z najważniejszą grupą nabywczą rynku luksusu. Są nią Chińczycy, którzy w 2012 roku pokonali w tym wyścigu Amerykanów. Według firmy doradczej Bain & Co. zakupy dokonane przez najliczniejszy naród świata stanowiły 25% ogółu. Dla europejskich butików to doskonała wiadomość, ponieważ ci ważni klienci nie kupują wyłącznie w Chinach. Wręcz przeciwnie, uprawiają tzw. turystykę zakupową i w tym celu bardzo chętnie odwiedzają Europę. Na Starym Kontynencie towary z wysokiej półki kosztowały dużo taniej, co wynikało z wysokich podatków nakładanych przez rząd w Pekinie, ale przedstawiciele luksusowych marek postanowili zastosować metodę „zbierania śmietanki”. W tym celu podnieśli ceny towarów, bo dla Azjatyckich klientów one będą nadal niższe, podobnie jak dla „prawdziwych” bogaczy.

Jednym z propagatorów tej metody jest włoski dom mody Salvatore Ferragamo. W europejskich salonach firmy ceny zostały poniesione, choć według wcześniejszych zapewnień miały nie przekraczać 10%. Ten sam zabieg zastosowano w przypadku firmy Louis Vuitton, jaki innych markach należących do stajni LVMH. Luksusowy konglomerat zdecydował się na podwyżki o 8%. Zmartwi to na pewno polskich fanów francuskiej marki, której pierwszy sklep zostanie otwarty już w czerwcu. Dla przeciętnego klienta ten wzrost będzie odczuwalny, ale osoba zamożna zupełnie tego nie poczuje.

W Internecie pojawiły się krytyczne komentarze. Wielu osobom wydaje się, że ten zabieg jest błędny, ale kilka lat temu ceny torebek podniosła marka Chanel i nie spowodowało to spadku sprzedaży. Wręcz przeciwnie, zamożne kobiety z powrotem zaczęły nosić kultowe torebki dla podkreślenia swojego statusu. W końcu luksus to synonim prawdziwego bogactwa.