Zacznijmy od zbliżenia.
Łukasz Jemioł: Najbardziej zbliża nas poczucie estetyki, pozwala nam dostrzec rzeczy cenne w otaczającym nas chaosie. Nie chodzi tylko o modę, fascynujemy się również podobnymi zjawiskami. Podobają nam się nie tylko trencze i sukienki, ale też pewien lifestyle, sposób życia, ludzie, słowa, zachowania. 
Marieta Żukowska: W Łukaszu najbardziej cenię jego nonszalancję. Ma tę przekorę, jaką miał Gianni Agnelli, który nosił zegarki na mankietach od koszuli. Po włosku to się nazywa sprezzatura – kocham ten luz. Moda jest tylko punktem wyjścia, to osobowość nadaje jej sznyt. Co jeszcze nas zbliża? Oboje bywamy łobuziakami, dokazujemy, łamiemy zasady. 

To, co Was łączy, możecie nazwać przyjaźnią?
Łukasz: Tak, ale ona nie polega na tym, że dzwonimy do siebie codziennie i spowiadamy się z tego, co jedliśmy na obiad. Jesteśmy dosyć zajęci, żyjemy w odrębnych światach. Kiedy się spotkamy, potrafimy kontynuować rozmowę przerwaną kilka miesięcy wcześniej. 
Marieta: Albo lat.
Łukasz: Mam szczęście do aktorek. Lubię aktorki. Podoba mi się ich skłonność do metamorfozy, to, że potrafią zagrać nie tylko na scenie czy przed kamerą, ale też kiedy mierzą sukienkę w butiku. Patrzę, jak stają się kimś innym. Aktorki potrafią swoją osobowość przełożyć na coś więcej niż tylko ubranie. Inspirują mnie takie kobiety. 
Marieta: Dla mnie moda jest komunikatem, jaki wysyłamy światu na temat tego, kim jesteśmy. Każdą rolę zaczynam budować od tego, jak moja postać będzie ubrana. Dobry kostium to taki, który ukrywa moją powierzchowność, żeby ukazać wnętrze postaci. Dzięki temu szukam w sobie innych właściwości, które są bardziej charakterystyczne dla mojej postaci niż dla mnie. A prywatnie – kiedy ubiera mnie projektant, wiem, że stara się odkryć we mnie coś nowego. To dla mnie ciekawe. 

Ile jest w tym psychologii, a ile wyczucia stylu?
Łukasz: Pół na pół. Projektant powinien umieć wyczuć osobowość. To jest w ogóle zawód w dużej mierze oparty na wyczuciu. Muszę wiedzieć, o czym kobiety będą marzyły w kolejnym sezonie, żeby to dla nich zaprojektować. 
Marieta: No właśnie, a kobiety lubią być zaskakiwane. Łukasz łączy panterę z jedwabiem, nie jest grzeczny, przykładny. 
Łukasz: Z kolei Marieta potrafi włożyć coś, na co inne kobiety jeszcze nie mają odwagi. Mogę poprosić ją o wszystko: „Dziś pójdziesz w samych majtkach”, i ona mi zaufa. Jest świadoma siebie. Nie musi sobie niczego udowadniać ciuchami, nie stroi się. Projektanci szukają właśnie takich kobiet. Pojawiła się nowa fala aktorek, które funkcjonują już jakiś czas, ale dopiero od niedawna mają głos. Należy do nich też Kasia Warnke. Są odważne, potrafią zaryzykować. Nie grają na sprawdzonych schematach. 

Zobacz też: Co w kosmetyczce ma Marieta Żukowska?>>>>>>

Lubicie sobie mówić takie miłe rzeczy czy bywacie dla siebie też surowymi krytykami? 
Łukasz: To nie są puste komplementy, towarzyskie small talki. Marieta nie kokietuje, nie ma w niej fałszywej skromności. Kiedy jej mówię: „Świetnie się dziś ubrałaś”, odpowiada: „Tak, wiem, dziękuję”. Jestem taki sam, więc doceniam to. Potrafi dozować swoją skromność i przebojowość, dlatego ludzie ją uwielbiają. Zwłaszcza ci myślący po nowemu, szukający czegoś więcej. Na świecie coraz bardziej brakuje jakości, poziomu premium. Wszystko się dewaluuje, staje się ulotne i tandetne. 

A jednak świetnie się odnajdujesz w dzisiejszym świecie.
Łukasz: Bo staram się go rozumieć. 
Marieta: Łukasz ma dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy… Mam déjà vu, że już kiedyś o tym rozmawialiśmy. W Nicei nad morzem? 

Czyli podróżujecie razem?
Marieta: Nie, jeszcze nigdy razem nigdzie nie byliśmy. Ale przyszło mi teraz do głowy, że ta rozmowa mogłaby się odbywać gdzieś na Lazurowym Wybrzeżu (śmiech).
Łukasz: Marieta! Mam świetny pomysł. Za kilka tygodni zabieram cię do Włoch. 
Marieta: Uwielbiam Włochy. Moja pierwsza podróż w życiu była do Rzymu i w pewnym sensie jakoś tam zostałam. To moje miejsce na ziemi. W Rzymie zmieniam się, wkładam buty na obcasie, zwiewną sukienkę. Jestem tam inna. Gdy mam ochotę tak się poczuć, oglądam „Wielkie piękno” Paolo Sorrentino. W przyszłości widzę siebie jako staruszkę spacerującą po Schodach Hiszpańskich. Mam we Włoszech cudowną znajomą, Donatellę, która jest właścicielką pałacu w Toskanii. Niedawno ją odwiedziłam. Zbierałyśmy w jej ogrodzie świeżą miętę i piłyśmy z niej napar. 
Łukasz: Jesteś jak postać z bajki, uwielbiam to w tobie. 

Jak się poznaliście?
Łukasz: Próbowałem sobie przypomnieć na potrzeby naszej rozmowy i nie wiem! Naprawdę. Może znamy się od zawsze?
Marieta: Znamy się przynajmniej od 10 lat. Podczas jednego z naszych pierwszych spotkań, kiedy Łukasz zobaczył mnie w swoim butiku, oczy mu błysnęły i wykrzyknął: „Mam coś dla ciebie!”. To była biała suknia z wełny, z długimi rękawami, totalnie prosta. Dał mi ją w prezencie, prawie mnie nie znając.
Łukasz: Wiedziałem, że tej sukni nie włoży żadna inna gwiazda.

A Łódź? Studiowaliście tam jednocześnie – na najsłynniejszych polskich uczelniach. Marieta aktorstwo w filmówce, Łukasz projektowanie ubioru na ASP. Znaliście się wtedy?
Marieta: Nie! I nie wiedzieliśmy o tym, że studiowaliśmy tam jednocześnie! Ale odkrycie. I wiele wyjaśnia, bo oznacza, że kształtowaliśmy się w podobnej estetyce i czasie.
Łukasz: Współpracowałem wtedy z operatorem z filmówki, Bartkiem Nalazkiem, który dziś jest asystentem Stevena Spielberga. Robił filmy na pokazy mody. 
Marieta: Łódź nauczyła nas pewnej estetyki, podejścia do niej. Znasz to powiedzenie, że najlepsze wino powstaje, kiedy winnica cierpi? To jest o Łodzi, mieście kontrowersyjnego piękna. Nigdzie na świecie nie było takich imprez jak u nas w czasach studiów. 


Czytaj też: Łukasz Jemioł jesień-zima 2018/2019 >>>

Łukasz: Chodziłaś na imprezy do Łodzi Kaliskiej?
Marieta: Oczywiście! 
Łukasz: Ocieraliśmy się o siebie, ale nigdy się nie poznaliśmy. Ale na wszystko jest czas, pewnie, gdybyśmy się wtedy spotkali, nie zaiskrzyło by tak między nami. 
Marieta: Na pewno łączy nas to, że razem tam dorastaliśmy. I to tłumaczy, dlaczego dziś tak dobrze się rozumiemy. Opowiedz mi, Łukasz, co robiłeś w Łodzi.
Łukasz: Przychodziłem do waszej szkoły na pokazy filmowe. My w ASP zawsze wam trochę zazdrościliśmy, że studiujecie w filmówce. Byliście bardziej światowi, a my siedzieliśmy zamknięci w pracowniach. Chcieliśmy być tacy jak wy. Łódź ma swój specyficzny mikroklimat, ale wystarczyło przekroczyć bramę szkoły filmowej i było się w innej rzeczywistości. To było bardzo inspirujące. Chodziłaś na wystawy do Atlasu Sztuki?

Marieta: No pewnie, obowiązkowo. Teraz uwielbiam Muzeum Sztuki w Manufakturze. 

Na co dzień macie wokoło dużo przedmiotów czy jesteście minimalistami? 
Marieta: Bardzo lubię otaczać się tym, co piękne i wyjątkowe. Książkami, które zostają w nas od pierwszego zdania, ważnymi dla mnie filmami, cudnymi drobiazgami. Tyle że jakość, a nie ilość jest dla mnie ważna. 
Łukasz: Kocham piękne rzeczy, ale przywiązuję do nich coraz mniejszą wagę. Teraz ważniejsze są dla mnie przeżycia i miejsca. Etap gromadzenia mam już za sobą, potrafię sobie odpuścić. Mam takie marzenie, żeby na tyle przeorganizować swoje życie, by zimą móc spakować kilka rzeczy do torby, pojechać na trzy miesiące gdzieś, gdzie jest ciepło, i tam pracować. Nauczyć się nie mieć wielkich potrzeb. 

Które z Was jest bardziej romantyczne, a które rozważne?
Łukasz: Zdecydowanie Marieta jest bardziej romantyczna. 
Marieta Zdarza się, że w rozmowie czy podczas przymiarek odfruwam gdzieś, a Łukasz nie protestuje, po prostu czeka, aż wrócę.

Podpowiadacie sobie czasem w sprawach zawodowych?
Łukasz i Marieta: Tak!!!
Łukasz: Marieta ciągle mi mówi, że coś muszę zrobić. 
Marieta: A on odpowiada mi z politowaniem: „Ale, kotek! Przecież ja już to zrobiłem!”. Ostatnio namawiam go na mini. Żeby wszystkie Polki nosiły mini od Jemioła. A on mi mówi, że muszę zagrać w serialu „Kruk”. 
Łukasz: Albo w jakimkolwiek serialu Canal+. Są doskonałe! 

Oboje często mówicie o miłości. Łukasz pisze na swoich koszulkach: „First love, second sex”. Marieta jest najbardziej zmysłową polską aktorką. Połączyła Was miłość? 
Łukasz: To prawda. Moglibyśmy mieć jakiś fajny romansik…Ale oboje jesteśmy w związkach. 
Marieta: (śmiech) Uwielbiam jego poczucie humoru, wariat kochany! Niedawno zdałam sobie sprawę, że po latach analizowania stanów emocjonalnych jak z Ibsena czy Bergmana zaczyna się tęsknić za pewnego rodzaju spokojem. Kiedyś zaczytywałam się scenariuszem „Scen z życia małżeńskiego”.  Wydawał mi się taki bliski życiu. Aż tu nagle mała niespodzianka. Ostatnio u przyjaciół w samochodzie znalazłam harlequina. Ukradkiem zajrzałam do książki i poczułam błogość. Taka naiwna oczywistość. Co za ulga. Prosta miłość, czyli coś, do czego wszyscy tak naprawdę tęsknimy. 
Łukasz: Ja zdecydowanie wolałbym przeżyć miłość z takiego harlequina, niż go czytać (śmiech). 

Kiedy dziś rozmawiamy, cały czas się dotykacie. Zawsze tak robicie?
Łukasz: Ciągle! 
Marieta: Włosi, mężczyźni i kobiety, bardzo mocno okazują sobie czułość. Mężczyźni na powitanie ściskają się, głaszczą, całują w policzki, kobiety mówią do przyjaciółek „amore”, padają sobie w ramiona. Ten sposób okazywania uczuć znajomym czy przyjaciołom jest mi bliski. Nasza relacja z Łukaszem jest o wspólnych fascynacjach, estetycznej telepatii. I to, że jej nie nazywamy, sprawia, że czujemy się przy sobie bardzo uwolnieni. Niczego od siebie nie oczekujemy. Jesteśmy.