Literacka Nagroda Nobla dla Annie Ernaux. Wywiad ELLE

Annie Ernaux mówi o sobie, że zawsze była pomiędzy. W zawieszeniu. Urodzona w 1940 roku w Normandii córka robotnika i sklepikarki, jako pierwsza w rodzinie skończyła studia. „Jestem obca w świecie, z którego się wywodzę, i w tym, do którego teraz przynależę. Nigdy nie uczułam, że mogę się nazwać pełnoprawną intelektualistką” – powtarza w wywiadach.

Swoje miejsce i tożsamość w końcu odnalazła w literaturze. Jej pierwsza książka „Les Armoires vides” ukazała się w 1974 roku. „Lata” (wydane we Francji w 2008 roku, a niedawno opublikowane w Polsce przez wyd. Czarne) to „kolektywna autobiografia”, której pomysł zaczął kiełkować 30 lat wcześniej. Annie Ernaux miała dorosłych synów i poczucie, że wiele przeżyła, jednak brakowało jej właściwej formy, by opisać życie kobiety i świat wokół niej, nie oddzielając jednego od drugiego. Przełomem okazała się diagnoza raka piersi w 2002 roku. Postanowiła wtedy, że będzie pisać bez względu na to, czy wyzdrowieje. 

W „Latach” stworzyła unikatową kronikę indywidualnych i pokoleniowych przeżyć. Przeplata ją epokowymi wydarzeniami – od powojennej odbudowy, przez rewolucję studencką 1968 roku i koniec wojny w Wietnamie siedem lat później, po zamach na World Trade Center. Ernaux jako strażniczka pamięci dokumentuje charakterystyczne dla kolejnych dekad filmy, modę, piosenki i najbardziej prozaiczne elementy codzienności. Wszystko po to, by uratować coś z czasu, do którego już nie powróci. Robi to do bólu szczerze, z reporterską precyzją, gorzkim poczuciem humoru i kobiecą wrażliwością. „Lata” to inspirowana doświadczeniami autorki historia bezimiennej kobiety, matki, żony, kochanki, nauczycielki francuskiego, która pochłania książki i marzy, by pisać. A także historia Francji i świata. Wreszcie – to historia feminizmu i walki kobiet o wolność decydowania o własnym życiu, dziś niestety znów aktualna.

Marta Krupińska / ELLE: Długo zwlekała Pani z napisaniem „Lat”. Dlaczego?

Annie Ernaux: To był projekt, który dojrzewał razem ze mną. Poza chęcią, przez długi czas nie miałam ani narzędzi pisarskich, ani niezbędnych przemyśleń. Szukałam sposobu, jak opisać historię kobiety i zmieniający się świat. Nie można wyobrazić sobie życia człowieka bez tego, co się dzieje wokół niego, bez czasu, historii, moralności. Żeby oddać prawdę, równolegle z doświadczeniami jednostki piszę więc o polityce, zmianach społecznych, przedmiotach codziennego użytku, piosenkach, modzie, wszystkim, co tworzy naszą teraźniejszość. Dlatego w latach 50. Bohaterka ma na sobie spódnicę w szkocką kratę do pół łydki i fryzurę à la Audrey Hepburn w „Rzymskich wakacjach”, a w 1967 roku nosi już mini zgodnie z modą wylansowaną przez Mary Quant. Chciałam też oddać w tej sposób uczucie upływającego czasu i towarzyszących mu zmian.

Jedną z tych zmian – wydarzenia z maja 1968 roku zapoczątkowane przez zamieszki studenckie na Sorbonie – opisuje Pani z perspektywy obserwatorki. Pisze Pani o wielkich nadziejach na zmiany społeczne. Patrząc po latach, na ile zostały one zrealizowane?

W 1968 toku byłam już mężatką i matką. Choć miałam tylko 28 lat, według ówczesnych standardów uchodziłam za dojrzałą kobietę, która spełniła to, czego społeczeństwo odczekiwało od jej pokolenia, czyli obowiązek reprodukcyjny. Ale w powietrzu było czuć wiatr wolności i śledziłam zafascynowana, co się działo. Wydawało nam się, jakby to był pierwszy rok nowej historii świata. I po części tak było: liberalizm, feminizm, rewolucja seksualna, zwrot w stronę ekologii, ruchy antydyskryminacyjne nie byłyby możliwe, gdyby nie maj ’68. Choć szybko minął, zmusił polityków, by zastanowili się nad tym, co się wydarzyło, a społeczeństwo skłonił do zakwestionowania starego porządku. I tak naprawdę to była jedyna taka rewolucja. W latach 70. Czekaliśmy na kolejną, która nigdy nie nadeszła.

A jednak lata 70. były we Francji czasem kobiet. Rok przed majem ’68 zalegalizowano tam pigułki antykoncepcyjne. Pisze Pani: „Czuło się, że z pigułką życie całkowicie się zmieni, kobieta stanie się tak bardzo panią swojego ciała, że zdawało się to wręcz przerażające. Będzie równie wolna jak mężczyzna”. Od tego czasu minęło ponad 50 lat, a kobiety wciąż mają wiele do zrobienia. O co dziś walczą francuskie feministki?

W latach 70. walczyłyśmy o zagwarantowaną przez prawo wolność w kwestii reprodukcji i to się udało, choć w kwestii praw kobiet nic nie zostało osiągnięte na zawsze. Teraz kobiety wymagają zmiany od mężczyzn: w związku, rodzinie, pracy, co wspierają ruchy takie jak #MeToo, które dążą do obalenia męskiej dominacji. Dziś jednak, nie tylko we Francji, bardziej chodzi o modelowanie feminizmu, dopasowanie go do współczesnych czasów i potrzeb, wzięcie pod uwagę sytuacji społecznej, różnorodności etnicznej. Czarnoskóra kobieta, która pracuje jako kasjerka, boryka się z zupełnie innymi problemami niż biała inżynierka czy pisarka jak ja. 

W wywiadach nazywa się Pani „dezerterką klasową”. Co to znaczy?

Bliskie jest mi doświadczenie biedy. Moi rodzice byli prostymi ludźmi z klasy robotniczej, w domu, mówili normandzkim dialektem (z fr. patois). Dzięki studiom z prowincjuszki stałam się drobnomieszczanką z regionu paryskiego, ale zawsze czułam, że to nie jest mój świat, że przynależę do tej niższej, gorszej klasy. Musiałam przywołać w pamięci te momenty, by odnaleźć prawdę o sobie. Dlatego też nigdy nie chciałam przerzucać swoich wspomnień i przeżyć na wymyślonych bohaterów fikcyjnych historii.

Mimo to „Lata” nie są klasyczną autobiografią. Zastosowała Pani formę bezosobową. Indywidualne przeżycia bohaterki są opisane w trzeciej osobie, ale o doświadczeniach pokoleniowych pisze Pani „my”.

Wierzę, że przeżycie czegoś daje nam niepodważalne prawo, żeby to opisać. Nie piszę jednak dlatego, że jestem wyjątkowa, tylko dlatego, że jestem podobna do innych ludzi. Nie szukam uniwersalnych prawd. Próbując odtworzy własne doświadczenia, można dotrzeć też do drugiego człowieka o podobnych przeżyciach. Nie żyjemy w oderwaniu od społeczeństwa, w każdym z nas jest element kolektywności. Łączy nas wspólnota doświadczeń – tych pokoleniowych i ponadczasowych.

„Lata” to te kronika zmieniających się norm obyczajowych i kanonów piękna. Sporo miejsca poświęca Pani tematyce ciała i związanym z nim tabu.

Należałam do pokolenia, dla którego ciało było przedmiotem wstydu i źródłem kompleksów. Nie rozmawiało się o miesiączce, masturbacji, dojrzewaniu. Ciało miało służyć uwodzeniu, podobać się, tak jakby zostało nam dane po to, by sprawiać przyjemność mężczyznom. I choć wiele się zmieniło, to kultura popularna czy choćby magazyny dla kobiet nie do końca sobie z tym poradziły i wciąż pokazują kobiece ciało przez pryzmat męskiego spojrzenia. Jako chłopczyca nie pasowałam do obowiązującego wówczas kanonu kobiecego piękna. Byłam bardzo wysoka, miałam mały biust. Do tego dochodziły wszystkie tabu związane z seksem. Niemożliwe było np., żebym mogła okazać zainteresowanie innej kobiecie. Dlatego będę bronić maja ’68. Powtarzałyśmy wtedy slogan „Mon Corps est à moi” – moje ciało należy do mnie, to było coś nowego, zerwanie z tradycją, czułyśmy, że wreszcie odzyskujemy naszą przynależność i tożsamość. Ale wciąż jest o co walczyć, choćby o większą reprezentację i widoczność dojrzałych kobiet. Dziś te, które skończyły 50, 60 lat, albo muszą pozostać piękne i pożądane, albo nikt się nimi nie interesuje i popadają w zapomnienie. To krzywdzące.

W „Latach” pojawia się temat aborcji. Własne doświadczenia do bólu szczerze opisała Pani z kolei w powieści „L’Événement”, na której podstawie powstał nagrodzony w zeszłym roku w Wenecji film „Zdarzyło się” w reż. Audrey Diwan. Krytycy byli zachwyceni, a co czuła Pani?

Domyślam się, jak trudno jest przełożyć pierwszoosobową narrację na język filmu, ale reżyserka wybrała najlepsze fragmenty tekstu. Odnalazłam w filmie siebie z tamtych lat, zwłaszcza towarzyszącą mi wtedy ogromną samotność. Byłam studentką w obcym mieście (Rouen – przyp. red.), z dala od domu, miałam 23 lata i poczucie, że jestem pozostawiona sama sobie, a czas ucieka. Audrey udało się tez oddać panującą wówczas atmosferę wstydu, strachu i tajemnicy. W latach 60. nawet nie wymawiało się słowa „aborcja”, to było tabu. Gdy pojawiał się problem w postaci niechcianej ciąży, trzeba było spędzić płód. Tysiące kobiet robiły to pokątnie, u tzw. „fabrykantek aniołków”, zwykle w kuchni w mieszkaniu obcej osoby, często w warunkach zagrażających życiu. Wtedy nikomu nie przeszłoby przez myśl, że to będzie legalne.

Tak było do czasu ustawy Veil z 1975 roku. Drogę do niej utorowały wydarzenia na czele z Manifestem 343 podpisanym przez 343 kobiety, które publicznie przyznały, że poddały się aborcji, wśród nich m.in. Françoise Sagan, Catherine Deneuve, Agnès Varda. Treść manifestu napisała Simone de Beauvoir.

Ten manifest wywołał skandal, a jednocześnie stał się siłą napędową, która zapoczątkowała walkę o prawo do aborcji i powszechnego dostępu do antykoncepcji.

Co powiedziałaby Pani współczesnym młodym kobietom, którym brakuje mądrych wzorców, czują się zagubione i boją się o przyszłość swoją i kolejnych pokoleń?

Żeby wybrały własny sposób na życie i nie ulegały tradycji. Gdy wracam do moich lat młodości, przypominam sobie, jak wiele rzeczy robiłam, bo tak kazała tradycja. W domu to ja odkurzałam, gotowałam, zajmowałam się dziećmi, bo tak było przyjęte. Ale niezależnie od tego, że to kobieta przez dziewięć miesięcy nosi dziecko pod sercem, wszystko inne związane z domem i rodziną równie dobre mogą robić mężczyźni, nie ma obowiązków męskich i kobiecych. Poza tym, choć przyszłość nie rysuje się zbyt optymistycznie pod kątem środowiska, wierzę, że wciąż jest możliwe, żebyśmy żyli na ziemi, która nadaje się do życia. Trzeba tylko nie brać niczego za pewnik, podważać aktualny stan rzeczy, zadawać sobie niewygodne pytania. I nieustannie się uczyć.

Wierzy Pani dalej w rewolucję? Czy jest dziś możliwa?

Trudno mi sobie wyobrazić powtórkę z 1968 roku. Po pierwsze dlatego, że dzisiejsi studenci nie są tak zainteresowani polityką. Po drugie, młodość wygląda teraz zupełnie inaczej niż w latach 70. Wówczas większość protestujących to były uprzywilejowane dzieciaki burżuazji z bogatych domów. Z kolei dziś głównym problemem młodych ludzi, nie tylko we Francji, jest bezrobocie i brak perspektyw na przyszłość. A rewolucja jest kosztowna i nie każdy może sobie na nią pozwolić, co zresztą widzieliśmy niedawno. Choć bardzo kibicowałam „żółtym kamizelkom”, ten ruch w końcu upadł (mowa o zahamowanym przez pandemię ruchu protestujących przeciwko rosnącym obciążeniom podatkowym i uprzywilejowaniu elit politycznych – przyp.red.).

Literatura może nas ocalić od zapomnienia?

Odchodząc, będę pamiętać tylko to, co działo się w moim życiu i na świecie. Pisanie to dla mnie walka ze śmiercią. Tak jak zdjęcia, do których odwołuję się w książce, to sposób na zostawienie śladów po sobie, by pamiętać i zostać zapamiętaną. Zwłaszcza że w ostatnich latach mam wrażenie, że jako społeczeństwo popadamy w amnezję, wokół nas dzieje się tak dużo, że szybko o tym zapominamy. Odkąd u mojej mamy zdiagnozowano chorobę Alzheimera, utrata pamięci wydaje mi się jednym z najgorszych doświadczeń. Na szczęście wciąż mam w głowie wyraźne obrazy przeszłości.

Wywiad ukazał się w ELLE nr 05/2022