Poniedziałek, piąta rano. Nim zadzwoni budzik, wymykam się do łazienki. Siedzę na brzegu wanny. Jedną ręką myję zęby, w drugiej mam smartfona. O, w Tasmanii już zachodzi słońce. Lauren Bath właśnie wrzuciła zdjęcie. Uderzam dwa razy kciukiem w ekran – zaznaczam „lubię to!”. Nie spotkałam Lauren, ale śledzę ją od dawna, właściwie się z nią zżyłam. Nie tylko ja. Bath to jedna z najczęściej podglądanych instagramowiczek. Czas na mnie: jedno kliknięcie i wiem, że 57 osób polubiło przez noc moje zdjęcia. Co wrzuciłam? O, na koncercie M.I.A. brytyjska wokalistka podeszła tak blisko, że wygląda, jakby śpiewała tylko dla mnie i… do mojego telefonu. A tu… sukienka. Uszyła ją dla mnie dziewczyna poznana przez internet. „Kiecka świetnie się nosi. Bez obaw wrzucam do pralki” – napisałam w komentarzu. Po co? To informacja dla zabieganych matek takich jak ja. Wystarczy. Czas na śniadanie z synem. Może by je sfotografować? Nie, nie. Chowam telefon do kieszeni. Wystudiowane fotografie ciastek i kanapek własnej produkcji są passé. „Jeśli nie jesteś związana z biznesem kulinarnym, a non stop wrzucasz zdjęcia swoich posiłków, to prawdopodobnie jesteś osobą zaburzoną” – twierdzą amerykańscy psychiatrzy. Jedna z moich koleżanek tak skrupulatnie rejestruje swoje życie aparatem telefonicznym, że wiem, kiedy miała na śniadanie owsiankę z żurawinami, a kiedy poprzestała na piciu koktajlu z selera i pietruszki. Mój syn zje jednak śniadanie bez świadka w postaci obiektywu. Za chwilę odprowadzę go do szkoły. Może po drodze trafi się coś na Instagram?

ROZPIESZCZ EGO
Jest! Pani siedząca w metrze wiezie czarnego kotka w żółtej torbie! Pstrykam. I błyskawicznie dzielę się z innymi tym, co widzę. Trzy lata temu, gdy pojawił się Instagram, był dla mnie programem do szybkiej i łatwej obróbki zdjęć. Zrobionych telefonem, takiej sobie jakości. No, ale coś za coś: robię je szybko, czasem z ukrycia, nie taszczę z sobą lustrzanki. Nie mam pojęcia o Photoshopie, ale kadruję, podkolorowuję. Łatwizna. Tak myśli 130 milionów użytkowników i wrzuca na Instagram miliardy zdjęć. Jaki to ma sens? 

Nie oszukujmy się: zabawa rozpieszcza nasze ego. Zawsze piękni, wiecznie młodzi i baaardzo bogaci – taki świat tu króluje. Ale, ale... Anja Rubik, wcale nie „na bogato”, przed Bożym Narodzeniem odwiedza rodzinę w Częstochowie? – Instagram skraca dystans. Celebryci, politycy już wiedzą, że to sposób na ocieplenie swojego wizerunku – mówi Mirosław Filiciak, medioznawca z Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. 

A co to za dziecko buszuje w pościeli? Kim Kardashian wrzuciła zdjęcia North, swojej córeczki. Pamiętacie, jak było kilka lat temu? Na fotografie dzieci celebrytów czekaliśmy, licząc na refl eks paparazzi albo oficjalną sesję Angeliny Jolie i Brada Pitta dla wybranego pisma. Znani już się zorientowali: takie prywatne zdjęcia działają lepiej niż ustawki z fotografami. 

Modelka Joanna Krupa, blogerka Maffashion, przebojowe producentki ciuchów i... piłkarz Robert Lewandowski. Tak wygląda polska pierwsza dziesiątka najczęściej obserwowanych instagramowiczów.

HASZTAGUJ ŻYCIE
Modelki jedzące hamburgery za kulisami pokazu? I mnóstwo „polubień”. To Joanna Kurkowska, fotografka gwiazd światowej muzyki, dostała zlecenie: prowadzenie profilu na Instagramie marki Sinsay koncernu LPP. Dokumentując pokaz mody, podkręcała kolory na Instagramie. Świetliste, bajkowe efekty. – Furorę zrobiły nie zdjęcia ciuchów, ale te „hamburgerowe” – mówi Kurkowska. Na Instagramie furorę robią też hashtagi, czyli słowa poprzedzone symbolem „#”. Jeden klik przenosi nas do wszystkich wpisów, w których to słowo się pojawia. Zaglądam na profi l koleżanki. Co widzę? „#szampan wypełnia kieliszki”. I „#kostium od #versace z najnowszej kolekcji”. Jest i „torba #LouisVuitton”. Hm... czy to nie mistyfikacja? Może ona wypożyczyła to na potrzeby zdjęcia przed lustrem? Co wieczór jest w trzech różnych klubach?! Czy zrobiła zdjęcie w jedną noc i bez wychodzenia z domu co wieczór je wrzuca, pozorując bywanie?! Z nadzieją, że znajdę coś autentycznego, co mnie zaintryguje, przeglądam kolejne profile. Niestety, głównie twarze samych instagramowiczek, ich ciuchy, biżuterię. Aż trafiam na dziewczynę z Moskwy. O, rosyjska stolica, ale nie z folderów. Już wiem, gdzie naprawdę bywają moskwianie. Powiem tylko, że nie w klubach na placu Czerwonym.

POLUB TO!
Nie dramatyzujmy. Jasne, widząc polskich instagramowych celebrytów w telewizjach śniadaniowych, mam wrażenie, że chodzi tylko o lans. Uwierzcie jednak, nie zawsze i nie tylko o to. Raz sfotografowałam Białorusinów manifestujących w Warszawie. Wrzuciłam na Instagram. „Dla czego protestują? Nie żyją w wolnym kraju?” – to komentarz Amerykanina. Nigdy nie był w tej części Europy. Krok po kroku wyjaśniłam mu sytuację. Misja na Instagramie? Bywa i tak. O, wejdźmy na profil kompozytorki Dagmary Gregorowicz. Właśnie jest w Chinach. Kto spodziewa się zdjęć Wielkiego Muru Chińskiego, będzie zawiedziony. Jest za to autentyczna chińska szkoła w zapadłej wsi. – Nie demonizujmy strony narcystycznej Instagramu. „Polubienie” zdjęcia to niczym odwzajemnienie uśmiechu – przekonuje Mirosław Filiciak. I że w postarzaniu, nadawaniu zdjęciom barw sepii nie musi chodzić o udawanie artystycznej fotografii. Tylko o pozór przemijania w czasach kultu wiecznej młodości. – Dawniej zdjęcia blakły, pękały, rozpadały się. Dziś możemy je tylko skasować. Instagramowe filtry zastępują upływ czasu – przekonuje.– Zwykła scena, uchwycona przed chwilą wygląda jak kadr z nieokreślonej przeszłości – mówi Olga Drenda, etnolożka i dziennikarka pisząca o fotografi i i nowych technologiach. Dziś wieczorem, gdy kładę się u boku młodszej córki w łóżku, jak zwykle wrzucam zdjęcia i podglądam innych. O, ta kobieta pokazała za dużo: zdjęcie domu oznaczone na mapie Google, obraz Dwurnika na ścianie. Wskazówka dla złodziei? W miejscu, gdzie jednym kliknięciem można zrobić wokół siebie szum, łatwo stracić kontrolę. Postanawiam zrobić odwyk. Jutro nie wyjmuję telefonu z torby. Z trudem powstrzymuję się od robienia zdjęć. Uczę się znów zatrzymywać chwile tylko dla siebie. A zresztą... po przerwie Instagram posmakuje jeszcze lepiej.

TEKST Dominika Węcławek