O czym jest "Kwiat szczęścia" ("Little Joe")? Oto mamy przed sobą piękną w formie przypowiastkę o Alice (Emily Beecham) biotechnolożce Alice zatrudnionej w roli plantatorki w Planthouse – korporacji rozwijającej nowe gatunki roślin. Spod jej ręki wychodzi wyjątkowy karmazynowy kwiat, niezwykły nie tylko ze względu na swoje piękno, ale także wartość terapeutyczną: przechowywany w idealnej temperaturze, odpowiednio nawożony i regularnie zabawiany rozmową, kwiat sprawia, że jego właściciel staje się szczęśliwy. Wbrew zasadom panującym w firmie, Alice zabiera jeden kwiat do domu jako prezent dla swojego nastoletniego syna, Joego. Nazywa roślinę „Mały Joe”. Co dalej? Nietrudno się domyślić. Uprawa wymyka się spod kontroli a wokół bohaterki eskaluje pandemia szczęścia i beztroski. Ale "Mały Joe" to nie jedyny agresor. Alice obserwuje kolega z pracy, którego wzroku żadna z nas nie chciałaby czuć na sobie... (Ben Whishaw).

„Kwiat szczęścia” to multigatunkowy film nominowany do Złotej Palmy w Cannes już w 2019 roku - Emily Beecham za swoją kreację otrzymała Nagrodę dla Najlepszej Aktorki. Na ekranie partneruje jej Ben Whishaw, znany z roli Q w serii filmów o Jamesie Bondzie oraz z „Pachnidła”. W Polsce thriller "Little Joe" trafia do kin w wyjątkowych okolicznościach roku 2020. Zobaczymy go już 23 października, ale póki co, mamy dla Was niespodziankę. Reżyserską eksplikację wątków i wywiady samej Jessiki Hausner z neuronaukowcem Jamesem Fallonem i biologiem Hannsem Hattem. Ultraciekawe - warto doczytać do końca!

EKSPLIKACJA REŻYSERSKA - Jessika Hausner o swoim filmie "Kwiat szczęścia"

OSOBLIWOŚĆ

Punktem wyjścia dla tej historii jest tajemnica, którą nosi w sobie każdy człowiek. Nie może ona zostać całkowicie odkryta przez innych, a często nawet przez nas samych. Dziwactwo pojawia się w nas niespodziewanie i sprawia, że to, co dobrze nam znane, staje się osobliwe. Ktoś, kogo znamy, nagle wydaje się dziwny. Bliskość zmienia się w dystans. Pragnienie wzajemnego zrozumienia, empatii i symbiozy pozostaje niespełnione.

W tym sensie „Kwiat szczęścia” to przypowieść o naszych własnych dziwactwach. W filmie stają się one namacalne, ponieważ roślina najwyraźniej jest w stanie zmieniać ludzi wokół. Zmiana ta sprawia, że w bohaterach ujawnia się coś nieznanego i tracą to, co uważali za stabilne – więź z innymi ludźmi.

PRACA NAD SCENARIUSZEM

Pracując nad scenariuszem z Géraldine Bajard, próbowałyśmy stworzyć atmosferę, która pozwoli widzom kwestionować integralność postaci. Chciałyśmy pozostawić otwarte pole do interpretacji tego, co się dzieje: tak zwane „zmiany” w zachowaniu bohaterów można wytłumaczyć zarówno ich stanem psychicznym, jak i wdychanym przez nich pyłkiem. A może te „zmiany” w ogóle nie istnieją i dzieją się tylko w wyobraźni Belli lub Alice?

Największym wyzwaniem podczas pracy nad scenariuszem było dla mnie i Géraldine wykreowanie tych dwuznacznych momentów, dzięki którym publiczność ma możliwość samodzielnej interpretacji wydarzeń.

Już wcześniej podjęłyśmy podobne wyzwanie dramaturgiczne. W filmie „Lourdes”, w którym chodziło o istnienie lub nieistnienie cudu – a który ostatecznie podobał się zarówno w Watykanie, jak i w Związku Racjonalistycznych Ateistów – obie instytucje przyznały filmowi nagrody w Wenecji...

MATCZYNA MIŁOŚĆ

W bajkach i opowieściach, a także w dzisiejszych czasach, postrzegamy matkę jako nierozerwalnie związaną z dzieckiem. Niewidzialna więź jest w najlepszym wypadku pełna miłości, ale nawet kiedy tak nie jest, nie może zostać zerwana i stanowi o tym, że matka pozostaje niezaprzeczalnie odpowiedzialna za swoje dziecko. Każda pracująca matka słyszała te pytania, nierzadko zadawane w oskarżycielskim tonie: „Kto zajmuje się twoim dzieckiem, kiedy jesteś w pracy?”. „Kwiat szczęścia” opowiada o matce, którą dręczą wyrzuty sumienia kiedy idzie do pracy, ponieważ „zaniedbuje” swoje dziecko. O matce miotanej uczuciami, ponieważ roślina również jest niczym jej dziecko – jest wynikiem jej wysiłku, inwencji i pracy. Tego dziecka także nie chce zaniedbać lub stracić. Które z własnych dzieci ostatecznie wybierze Alice?

SZALONE KOBIETY

Obie główne bohaterki – zarówno Alice, jak i Bella, wydają się być psychicznie niestabilne. Alice regularnie uczęszcza na psychoterapię, gdzie rozmawia o wyrzutach sumienia wobec syna, o swoim pracoholizmie i ukrytych lękach. Dowiadujemy się, że to, co wydaje się stanowić zagrożenie dla jej kariery – fakt, że roślina przez nią stworzona prawdopodobnie zmienia ludzi, którzy wchodzą z nią w kontakt, dystansując ich od bliskich – może być równie dobrze spełnieniem najskrytszych marzeń Alice, która chce uwolnić się od więzi z dzieckiem, by skupić się na własnych pragnieniach i zainteresowaniach, i zyskać trochę więcej czasu dla siebie. To życzenie, za które nie powinna się obwiniać. A kiedy wreszcie osiągnie tę wolność – film kończy się happy endem.

FRANKENSTEIN

Alice stworzyła dwie istoty, które stopniowo wymykają się jej spod kontroli: Joego - syna i kwiat szczęścia mały Joe. Roślina zdaje się prowadzić własne życie: pyli kiedy chce, choć nie wiemy, czy to przypadek, czy zamierzone działanie. Czy Mały Joe próbuje pokonać swoją bezpłodność, zaprojektowaną przez Alice? Czy zarażanie ludzi i pozbawianie ich uczuć to sposób rośliny na przetrwanie? Czy robi to, by zainfekowani jej służyli? Teoria brzmi dziwacznie, a Alice początkowo się z niej śmieje – jednak nie trwa to zbyt długo.

Współcześnie mamy do czynienia z żywymi istotami, będącymi produktami inżynierii genetycznej. Nie wiemy do końca, jakie niosą ze sobą niebezpieczeństwo. Może żadnego... Ale nie możemy mieć pewności. Jedni twierdzą, że powinniśmy się bronić przed ewentualnym zagrożeniem, inni, że wszystko jest pod kontrolą. Nie opowiadając się po żadnej ze stron, interesuje mnie ten aspekt naszych czasów – z jednej strony zdeterminowany przez rozwój nauki, a z drugiej przez półprawdy rozpowszechniane w Internecie. I tą niepokojącą świadomość, że nawet naukowcy mogą jedynie snuć przypuszczenia, nigdy nie mając pewności. To żyzna gleba dla wszelkiego rodzaju teorii spiskowych.

WYGLĄD

Estetyka „Kwiatu szczęścia” wydaje mi się jeszcze bardziej sztuczna lub abstrakcyjna niż moich poprzednich filmów. „Szalona miłość” stanowiła być może kamień milowy, bo w historycznej scenerii od razu wkraczasz w świat fantazji. Nikogo z nas tam nie było, mamy tylko obrazy, do których możemy się odnieść – obrazy same w sobie będące środkiem wyrazu jakiegoś artysty. To jakiś wymyślony świat, który projektujesz. Z „Kwiatem szczęścia” miałam wrażenie, że pójdziemy o kolejny krok dalej. Oczywiście szklarnie, laboratoria i inne prawdziwe miejsca stanowiły dla nas inspirację, ale ostatecznie staraliśmy się stworzyć coś w rodzaju sztucznego świata. Scenografia miała odzwierciedlać baśniowy charakter tej historii. Na przykład poprzez kolory – jest miętowo–zielony i biały, oraz czerwony kwiat. Wybraliśmy te niemal dziecięce barwy, aby nadać filmowi cechy bajki lub baśni. Również rude włosyAlice to bardzo ważny element, wręcz ikonograficzny – jaskrawoczerwona fryzura w kształcie grzyba.

Jeśli chodzi o kostiumy, od dawna współpracuję z moją siostrą, kostiumografką Tanją Hausner. Pracowałyśmy razem przy wszystkich moich filmach i udało nam się wypracować pewien określony styl. Patrząc na kostiumy Tanji niełatwo określić czas akcji filmu. Podczas projektowania Tanja tworzy z kostiumów rzeczywistość samą w sobie. Skupia się na wyborze symbolicznych elementów kluczowych, takich jak perłowe kolczyki czy czerwony kapelusz, które wielokrotnie powracają w filmie. Kolory są oczywiście dobrane do scenografii. W kostiumie jest również ukryty humor: absurdalna sukienka, za duży garnitur…

Podobnie podchodzimy do zdjęć. Mam wrażenie, że im dłużej pracuję z Martinem Gschlachtem, tym bardziej staramy się rozciągać granice realizmu. Oboje bardzo się tym interesujemy i próbujemy robić to nie tylko przez dobór konkretnej estetyki, ale też kadrowanie. Nasze kadry kwestionują rzeczywistość, bawimy się w nich perspektywą – tym, co widzi widz, a co pozostaje poza zasięgiem jego wzroku. Pozostawiając coś w ukryciu, utrzymujemy określony poziom niepewności. Jako odbiorca uświadamiasz sobie, że poka-zano ci tylko fragment. I zaczynasz się zastanawiać, co się za tym kryje, co jest nie tak, co się dzieje w miejscu, którego nie możesz zobaczyć? Nasze kadrowanie i narracja podkre-ślają to pytanie: czego nie widać? Co znajduje się poza ekranem?

Na przykład, kiedy Bella mówi: „Myślę, że to pyłek kwiatu szczęścia coś wywołał”, kamera zbliża się do niej, ale potem przesuwa obok i pojawia się lekkie rozczarowanie, jej autorytet zostaje poddany w wątpliwość, jakby nie była osobą, która może udzielić nam odpowiedzi, a to, co właśnie powiedziała, mogło nie być prawdą…

MUZYKA

„Kwiat szczęścia” to mój pierwszy film, w którym wykorzystałam utwory działające jak muzyka filmowa. Muzykę napisał japoński kompozytor Teiji Ito. W latach 40. komponował utwory do filmów eksperymentalnych Mai Deren, które bardzo mnie inspirują. Sądzę, że wybierając z całej historii filmu to właśnie ona wywarła na mnie największy wpływ. Fascynuje mnie montaż, inscenizacja, a także muzyka w jej filmach. Jest ekscytująca, wywołuje emocje, bywa przerażająca, ale pozostaje abstrakcyjna; wciąga i odpycha jednocześnie.
Usłyszałam te trzy piosenki na albumie „Watermill” Teiji Ito i od razu odniosłam wrażenie, że zostały skomponowane do naszego filmu. Muzykę miałam w głowie podczas tworzenia storyboardu – już wtedy wiedziałam, który ruch kamery będzie pasował do danego utworu. Dlatego wydaje mi się, że rytm filmu czy jego narracja, łączyły się z tą muzyką już w trakcie zdjęć. Ścieżka dźwiękowa jest tak unikalna i specyficzna, że staje się postacią samą w sobie.

JĘZYK

To mój pierwszy film anglojęzyczny i zaskoczyło mnie, jak wspaniała była praca w tym języku. Czuję, że pewne rzeczy można wyrazić po angielsku bez zbytnich emocji, co w języku niemieckim mogłoby brzmieć niedorzecznie albo wydawać się skomplikowane. Lubię pracować na planie w języku innym niż mój ojczysty, ponieważ to naprawdę pozwala mi się skupić. Kiedy reżyseruję, uważam, że kluczowe to nie czuć się zbyt komfortowo i nie dłubać za bardzo w szczegółach. Żeby ocenić, czy scena działa, musisz mieć na nią niezakłócony widok. Język obcy pomaga mi zachować dystans.

UPRAWA MAŁEGO JOE

Uczenie się o hodowli roślin było prawdziwie ekscytujące. Jakie rośliny hoduje się sztucznie, dlaczego tak jest i skąd bierze się rynek dla nauki, która się tym zajmuje? Odkrywanie tego, czego ludzie szukają w roślinach i co się dobrze sprzedaje. Jakie są trendy, kierunki badań? Co jest korzystne dla nauki, a co dla gospodarki? Jakie stoją za tym intencje?

Oczywiście, w przypadku roślin spożywczych, nadrzędny temat to rozwijanie ich trwałości i odporności. Jeśli chodzi o rośliny ozdobne, wydało mi się niezwykle interesujące, że coś tak subiektywnego jak zapach stało się przedmiotem tylu badań. Tak naprawdę ta utopia istnieje: zapach rośliny może uczynić człowieka szczęśliwym. Wąchasz kwiat i prawie od razu widzisz uśmiech na twarzach – to właśnie idea kwiatu. Jest piękny i ładnie pachnie. A potem, w trakcie badań, okazuje się, że tak naprawdę nie wiemy, co to znaczy „ładnie pachnie”; bo każdy lubi inny zapach. To stąd wziął się pomysł na woń, która sprawia, że wszyscy są szczęśliwi, czy to przez feromony, czy inne substancje hormonalne wydzielane przez kwiaty. To alchemia: naukowcy tworzący zaklęcia…

Szukając fatum dla tej historii, potrzebowaliśmy złowieszczego zagrożenia, które pojawia się wraz z pięknym zapachem. Skontaktowałam się z kilkoma naukowcami zajmującymi się genetyką roślin i ludzi, rozmawiałam również ze specjalistami od mózgu. To była skomplikowana część przygotowań – szukanie połączeń, próba ustalenia, czy i w jaki sposób roślina może zainfekować człowieka. Naukowcy opracowali teorię, według której to mógłby być wirus, ponieważ wirusy są wystarczająco elastyczne i mogą mutować w taki sposób, żeby z wirusa roślinnego przekształcić się i atakować ludzi. Jest to bardzo mało prawdopodobne, ale możliwe w pewnych okolicznościach. To był, że tak powiem, fundament, wokół którego osnuliśmy całą historię. Następnie rozmawiałam z Jamesem Fallonem, badaczem mózgu, który wysnuł teorię, według której człowiek może wdychać leki psychotropowe przez nos. To stanowiło uzasadnienie naszego pomysłu.

Jeśli chodzi o szklarnie, byliśmy głównie w Holandii – całkiem klasycznie. Holandia nadal jest liderem rynku hodowli kwiatów. Wydaje mi się to w pewien sposób interesujące, bo to przecież tak mały kraj – jednak są w tym niezwykle wyspecjalizowani i wiodą technologicznie. Royal FloraHolland to olbrzymia operacja, wręcz niewiarygodna. Masz wrażenie, że jesteś w „nowym wspaniałym świecie” – wokół krąży niezliczona liczba skomputeryzowanych pojazdów z kwiatami.

WĘZEŁ GORDYJSKI

Naukowcy eksperymentują i nigdy nie mogą przewidzieć wszystkich konsekwencji. Działają mimo to i czasami przynosi to pozytywne skutki. Podobnie, jak w moim filmie „Lourdes”, gdzie cud jest dobry i zły jednocześnie. W tej historii, wynalazek jest dobry, bo ludzie, którzy wdychają zapach rośliny stają się szczęśliwi. To działa. Ale pod powierzchnią... No cóż. Myślę, że to, co interesuje mnie najbardziej, to sprzeczne i konfliktowe sytuacje, węzły gordyjskie praktycznie niemożliwe do rozwiązania.

Jessica Hausner rozmawia z neuronaukowcem Jamesem Fallonem podczas preprodukcji (fragment)

Neuronaukowiec James Fallon jest profesorem psychiatrii i behawiorystą, a także emerytowanym profesorem anatomii i neurobiologii na Uniwersytecie Kalifornijskim.

Jessica Hausner: To historia kobiety, hodowczyni roślin, która wymyśla genetycznie zmodyfikowany, przepiękny kwiat.

James Fallon: O, jak w filmie „Krwiożercza roślina” w której kwiat cię zjada. [śmiech]

JH: [śmieje się] Dokładnie. „Krwiożercza roślina” może stanowić źródło inspiracji dla tego filmu. Kwiat, który tworzy bohaterka, ma przyjemny zapach i potrafi każdego uszczęśliwić. Ale po pewnym czasie, roślina wydaje się wpływać na ludzi w sposób, który sprawia, że przestają być sobą. Nie mają szczególnych objawów – żadnych reakcji alergicznych, zmian psychologicznych. Ktoś, kto nie znałby tej osoby zbyt dobrze, nie zauważyłby różnicy; pomyślałby, że zachowuje się jak zawsze. Tylko ci, którzy są bardzo blisko, jak matka i syn, dostrzegliby zmianę. Ona mogłaby wręcz powiedzieć: „to już nie jest mój syn, co się z nim stało”?

JF: Naprawdę istnieje takie zaburzenie psychiatryczne o podłożu neurologicznym.

JH: Słyszeliśmy o tym, Zespół Capgrasa?

JF: Tak. To złudzenie, że ktoś z waszych bliskich to podstawiony oszust.

JH: W naszej opowieści jest też możliwe, że to osoba, która w to wierzy, ma problem psychiatryczny. Nie wiemy, czy to zmyśla, czy sobie to wyobraża, czy też dzieje się to naprawdę. Dwuznaczność ciągnie się przez całą historię. Jednak dowiadujemy się, że pyłek rośliny zawiera coś, co może spowodować zmianę osobowości. Wymyśliliśmy ten wątek nie wiedząc, czy to naprawdę możliwe.

JF: Odpowiedź brzmi: tak, to możliwe. Taka roślina mogłaby wydzielać kombinację związków chemicznych, powiedzmy peptydów i sterydów, mogłaby też zawierać wirusa. Jeśli chcesz, żeby to był wirus, wtedy roślina nie działa bezpośrednio. Taki wirus mógłby atakować komórki mózgowe, ich określone typy, a potem włączać je i wyłączać, i przez to regulować czyjeś zachowanie. Rośliny i wirusy wykorzystują nas od 100 milionów lat. Wytwarzają substancje, które wpływają na nasze zachowanie. Rośliny są źródłem nikotyny, opiatów, wielu różnych substancji oddziałujących na nasze postępowanie. Tak jakby wykorzystywały nas przez cały czas. My wykorzystujemy je, a one nas.
Od wirusów przejęliśmy krótkie sekwencje DNA zwane transpozonami. Można je też wychwycić z żywności. Potrafią dostać się do podszewki jelita a następnie przekształcić się w część ciebie. Możesz więc stać się częścią Austrii, z której pochodzisz, ponieważ jesz określone i obecne tam odmiany żywności. A jeśli regulują twoje zachowanie, możesz nie tylko polubić ich smak, ale też rozwinąć potrzebę, by regularnie je jeść.
Nie znam żadnego konkretnego powodu, dla którego wirus atakujący roślinę, nie mógłby zaatakować również zwierzęcia. To sprawy międzygatunkowe, wirus jest najczęściej specyficznie ukierunkowany, ale bywa też, że wędruje między gatunkami. Rzadko się to zdarza, ale stwierdzenie, że nie mogłoby się to stać, to wprowadzanie w błąd.

JH: Czy wirus mógłby na przykład spowodować, że osoby, które zaatakował pozostają prawie takie same jak kiedyś, jednak emocje, które odczuwają, nie są już w pełni prawdziwe? Że zachowujesz się tak, jakbyś kogoś kochał, ale tak naprawdę już go nie kochasz. Chodzi mi o to, że działania pozostają takie, jak były, zmieniają się tylko emocje. Może nawet byś tego nie zauważył, prawda? Jeśli wirus zmienia, blokuje lub wpływa tylko na emocje...

JF: To oznaczałoby, że połączenie między ciałem migdałowatym a hipokampem zostało przerwane – ktoś miałby właśnie takie objawy. Do tego odnosi się właśnie terapia mówiona, którą stworzyli Austriacy. W jaki sposób porozumieć się z czyimiś emocjami? Jak się tam dostać? Rozmawiając z górną częścią kory przedczołowej, która łączy się z hipokam-pem i ciałem migdałowatym – właśnie tam można zmienić połączenie wspomnień z emo-cjami.

Jessica Hausner rozmawia z biologiem Hannsem Hattem podczas preprodukcji (fragment)

Hanns Hatt jest biologiem i lekarzem prowadzącym badania elektrofizjologiczne i dotyczące zapachu.

Jessica Hausner: To opowieść o roślinie, której zapach został zmodyfikowany genetycznie i sprawia, że ludzie, którzy go czują stają się „szczęśliwi”. Czy istnienie takiego zapachu jest możliwe?

Hanns Hatt: Woń tego rodzaju prawdopodobnie sprawiłaby, że byłabyś milionerką. Z naukowego punktu widzenia, nie ma zapachu, który uszczęśliwiałby ludzi. To mało prawdopodobne, że go wynajdziemy – ani dla ludzi, ani dla zwierząt, ponieważ z perspektywy ewolucyjnej szczęście nie jest atrakcyjną cechą. Żeby w procesie ewolucji rozwinąć cechy sensoryczne, muszą one być istotne dla przetrwania. Mogą na przykład wspomagać prokreację, ale nie powstają z powodu czegoś tak ogólnikowego jak bycie szczęśliwym.

JH: Czy można to jakoś obejść? Na przykład roślina wydziela zapach przyciągający ludzi po to, by roznosili pyłek? Tworzy rodzaj wabika?

HH: Rośliny naturalnie wydzielają zapachy, które przyciągają zwierzęta, po to, by pomogły one rozprzestrzenić pyłek. Istnieje mnóstwo przykładów. Wytwarzana przez rośliny woń wywołuje u zwierząt reakcję i wabi je – nagrodą za wysiłek roślin jest roznoszenie pyłku. Można sobie wyobrazić podobny mechanizm działający na ludzi. Ponieważ układ nagrody w naszym mózgu jest bardzo aktywny, również prowadzi nas do podejmowania różnych działań. Pociągają nas produkty aktywujące układ nagrody, na przykład kiedy jemy coś, choć wiemy, że nie jest to dla nas dobre. Można wyobrazić sobie coś idącego w tym kierunku.

JH: W jaki sposób substancja aktywuje układ nagrody?

HH: Na przykład kiedy jesz słodycze, cukier dostarcza ci energii, czyli czegoś, co ludzie lubią i to wyzwala pozytywny sygnał w układzie nagrody. Zapach czekolady wabi cię, by ją zjeść.

JH: Czy sam zapach aktywuje układ nagrody?

HH: Jedynie pośrednio, ponieważ wiąże się z następującą po nim nagrodą. To warunkowanie. Nauczyłaś się, że dostajesz nagrodę, więc sam zapach wystarczy, by wywołać poczucie bycia nagrodzoną. Jak w słynnym eksperymencie Pawłowa. Zapach działa w ten sam sposób. Kiedy czuję aromat posiłku, który lubię, układ nagrody jest stymulowany, co sprawia, że zaczynam się ślinić.

JH: W jaki sposób przyciąga nas zapach?

HH: Badania sugerują, że zapachy, które czujemy, mają w mózgu każdego człowieka inne połączenie. Ludzie kojarzą konkretny zapach ze swoim własnym doświadczeniem z nim związanym. Jeśli poczułaś daną woń w pozytywnych okolicznościach, może ona na nowo rozbudzić dobre emocje. Ale ten sam zapach może wywołać nieprzyjemne odczucia u osoby, która czuła go w przykrej sytuacji.

JH: A co jeśli zapach zawiera substancję pobudzającą konkretną część mózgu, która wywołuje coś w rodzaju dobrego samopoczucia? Czy to możliwe? Czy zapach może działać jak narkotyk?

HH: Teoretycznie to możliwe, ale praktycznie nie mamy na to dowodów. W takiej sytuacji chodziłoby o feromony, specjalne nośniki zapachu, działające na każdego człowieka w ten sam sposób i połączone z mózgiem. Ale nic nie wskazuje na to, że mamy odpowiedni czujnik, receptor zdolny je odbierać (z pewnością nie mamy zbyt wielu receptorów feromonowych). Właśnie rozkodowaliśmy pierwszy, nie czyni nas szczęśliwymi, ale ma coś wspólnego z hormonami.

JH: O jakie hormony chodzi?

HH: O hormony związane z zaufaniem. Znajdują się w podwzgórzu, w jego głównej części. Zapach, o którym mowa, u wszystkich wywołuje podniecenie w tym samym rejonie mózgu. Komórki węchowe nosa wyczuwają go i przekazują sygnał do mózgu.

JH: Czy można to wykorzystać, np. przy produkcji perfum?

HH: Dokładnie. To oczywiste, że istnieją zapachy, które są powszechnie lubiane, na przykład zapach pomarańczy. Ogromne, międzynarodowe sieci hoteli, takie jak Hilton, również to wykorzystują. Rozpylają taki sam zapach w każdym Hiltonie na świecie, jakąś woń, którą polubią zarówno Amerykanie, jak i Europejczycy czy Azjaci, taką, żeby nie odstraszała ludzi. Wszystkie duże sieci hoteli mają swój specyficzny zapach. Chodzi o stworzenie znanego gościom aromatu.

JH: Czy roślina może roztaczać środek wabiący, który normalnie przyciąga zwierzęta po to, by wspomagały jej rozmnażanie, ale w tym konkretnym przypadku wabik został zmieniony tak, że działa również na ludzi?

HH: Teoretycznie. Z naukowej perspektywy prawdopodobnie nie jest to możliwe, ponieważ my, ludzie, nie jesteśmy już tak prostymi organizmami jak zwierzęta. Niestety, dysponujemy tylko czterema receptorami feromonowymi, podczas gdy mysz ma ich ponad trzysta. Musisz trafić na zapach, który pobudzi układ nagrody. Uważa się, że w mleku matki jest taki zapach, tak jak u zwierząt. Prowadzi on noworodka, żeby wiedział gdzie znaleźć jedzenie. W przyrodzie to ważne – kiedy jestem noworodkiem i być może jeszcze nic nie widzę, wciąż dostaję coś do jedzenia. Matka może pokierować dziecko do mleka, ale istnieją pewne wskaźniki mówiące o tym, że ma to również związek z zapachem.