Kupujesz butelkowaną wodę? Jak możesz! Nie wierzę, że nie biegasz. Dziecko? Po co ci dziecko? Dzieci zanieczyszczają atmosferę. – To tylko kilka uwag, które usłyszałam pod swoim adresem w ostatnich miesiącach podczas spotkań ze znajomymi. Dało mi to do myślenia. Zrozumiałam, że jest mnóstwo rzeczy, których trzeba się dziś wystrzegać. Błąd bowiem może kosztować utratę pozycji w środowisku, czyli wieść do towarzyskiego bana. 

Czy stanie się coś strasznego, jeśli podjadę gdzieś autem? Powiem „brzydal” zamiast „kontrowersyjny estetycznie” albo „pijany”, a nie „niedysponowany chemicznie”? Czy wyjdę na oryginała, przyznając, że nie przeszłam terapii ani nie mam depresji, ani że nie wrzucę na FB swojej listy leków, długiej jak kolej transsyberyjska? 

A przyszłość rodzi kolejne wątpliwości. Czy zamówienie steku przejdzie niebawem do tej samej kategorii zachowań co bekanie albo głośne rozmowy w kinie? Czy na kogoś pijącego napój przez plastikową słomkę będzie się wkrótce patrzyło jak na Cersei Lannister z „Gry o tron” paradującą nago w marszu wstydu? 

Co dziś wypada, a czego nie
Współczesne czasy stanowią prawdziwe wyzwanie dla osób chcących świadomie żyć. Kiedyś wszystko było prostsze. Człowiek rodził się w jakiejś wspólnocie kulturowej i pozostawał w niej do końca życia, a światopogląd nabywało się drogą osmozy, po prostu sądząc to, co wszyscy wkoło. Odstępstwa od reguły były potępiane lub surowo karane. Dziś wszystko zostało wywrócone na nice. Żyjemy w narastającym tożsamościowym zamęcie. Nie do końca wiadomo, co wypada, a czego nie wypada robić, myśleć, mówić publicznie. Czy zatem w dzisiejszych czasach, pod względem etykiety czy obyczajowości skomplikowanych równie jak teorie kosmologiczne, potrzebujemy nowego podręcznika savoir-vivre’u? 

– Zawsze istniały normy regulujące sposób zachowania, ale zmieniały się z czasem – tłumaczy kulturoznawczyni, dr Agata Sikora, autorka książki „Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć”. – Tradycyjnie sztuka grzeczności była domeną klas wyższych, pozwalała odróżnić „dobrze” od „źle” urodzonych. Wraz ze zniesieniem społeczeństwa stanowego normy się zdemokratyzowały, np. dziś standardowe zakończenie listu brzmi „z wyrazami szacunku” czy „z poważaniem”, a jeszcze w XVIII wieku listy adresowane do wyższego stanem kończono formułą „najniższy sługa i podnóżek”. 

Dodaje, że powstające na Zachodzie od lat 60. ruchy lewicowe – feministyczne i ekologiczne – uwrażliwiły nas na kwestie genderowe, rasowe czy związane ze środowiskiem. 
A więc wszystkie te, które wprowadzają teraz tyle zamętu w naszą codzienność.

Miłość wyszła z mody
Czy tak na pewno jest? Obserwując życie społeczne, można odnieść wrażenie, że niektóre normy nie tyle się zdemokratyzowały, ile zniknęły. Weźmy stosunki międzyludzkie. Jeśli chodzi o naszych dziadków, to pamiętają może jeszcze, że rewizytę należało złożyć w ciągu siedmiu dni – gdy ta nie nastąpiła albo ktoś zamiast zjawić się osobiście, wysyłał bilet wizytowy, stosunki towarzyskie zostawały zerwane. Dziś jest zgoła inaczej. 

Przydarzyło się to mojej koleżance – przez dwa miesiące umawiała się z chłopakiem poznanym przez tę apkę, po czym ten z dnia na dzień zamilkł na wieki, przestał odpisywać na SMS-y i nigdy nie pokusił się o słowo wyjaśnienia. Izraelska socjolożka Eva Illouz pisze o tym, że w naszych czasach z miłością stało się coś dziwnego. To wolny rynek opierający się na konkurencji i nadmiarze wyboru – zaangażowanie jest nieracjonalne, chodzi jedynie o prędką realizację potrzeb i zerwanie kontraktu, gdy przestaje on dawać satysfakcję którejś ze stron. Rzeczywiście, spoglądając na współczesne relacje międzyludzkie, można pomyśleć, że uczucia wyginęły jak mamuty i niejakim nietaktem jest kochać. W dobrym tonie byłoby raczej wysłać komuś zdjęcie genitaliów i domagać się natychmiastowego spełnienia swoich pragnień erotycznych, których matrycą jest książka „50 twarzy Greya”. Greyizacja życia erotycznego i tinderyzacja stosunków międzyludzkich wyznaczają horyzont naszych czasów. Nie warto być romantykiem, jeśli chce się dziś być en vogue.

Czy modnie jest jeść?
Warto stawiać sobie trudne pytania w czasach, gdy nawet kwestia jadłospisu wpędza w konsternację. Na przykład w pochodzącym z 1937 roku poradniku „Co, kiedy, jak i z kim” czytamy: „Obiad musi pozostać obiadem, składającym się z zupy, uświęconych zwyczajem dań rybnych, mięsnych i dań słodkich”. Dziś powiedzielibyśmy: co za herezje! Może z dań słodkich wegański, bezglutenowy deser z komosy ryżowej by przeszedł, ale gdzie tam miejsce dla mięs i ryb?! Na horyzoncie majaczą raczej potrawy z mięsa owadów czy hamburger z hodowanej laboratoryjnie „wołowiny”. 

Wypada być eko i odpowiedzialnie jeść, choć – jak tłumaczy dr Agata Sikora – często ma to tylko znaczenie symboliczne.  Kupowanie droższych, ekologicznych alternatyw pewnych przedmiotów to sposób na poprawienie sobie samopoczucia. Faktyczną zmianę może przynieść tylko działanie polityczne – narzucenie reguł wielkiemu biznesowi, lobbowanie na rzecz zmiany prawa.

I to też się dzieje. Standardy zachowania narzuca generacja Z, czyli pokolenie osób urodzonych po 1995 roku (a według niektórych źródeł jeszcze później). Nie wyobrażają sobie, jak można być ekoignorantem. „Zetki”, dla których idolką jest nastoletnia aktywistka Greta Thunberg, świadome fatalnego wpływu człowieka na planetę, aktywnie działają na rzecz poprawy jej stanu, choćby przez swoje kanały na YouTube. Angażują się w akcje społeczno-polityczne (jak #metoo czy #blacklivesmatter). Pracują też bardziej świadomie – własna firma działająca w sposób społecznie zaangażowany jest w porządku, a korporacyjny styl pracy stał się dla nich obciachem.

Szał i obciach
Dylematy przeżywamy nie tylko przed lodówką, lecz także przed szafą. Co dziś jeszcze można nosić, by nie wyjść na okrutnika i ignoranta? Futro już na szczęście odpada – rezygnują z nich nawet duże domy mody jak Prada czy Chanel, ale problemem mogą być też zwykłe dżinsy, bo do ich produkcji zużywa się dużo wody. Ubiór to wcale nie błahostka. Mówi o tym socjolog, dr Gabriela Żuchowska-Zimnal, autorka książki „Ponowoczesne szaty kultury”: 

Tłumaczy, że niektóre kobiety, zwłaszcza te aktywne zawodowo, świadomie nie włożą nigdy elementów zbyt kobiecych (takich jak falbanki czy kwiatki), które w ich mniemaniu komunikują słabość i niższe kompetencje. Z kolei większość wyedukowanych ekologicznie konsumentów, zwłaszcza z miast, programowo nie nosi rzeczy z sieciówek, które przyłapano na nieuczciwej produkcji.

– Te wybory zależą od środowisk, do których aspirujemy –dodaje socjolog. – Faux pas też łączy się z nimi. To, co w jednym miejscu jest absolutnym szałem, gdzie indziej będzie pośmiewiskiem i ikoną bezguścia. Hierarchii i estetyk jest wiele, więc obciach w jednej to moda w drugiej – nikt więc nie zostaje na marginesie.

Buchnięcie w mankiet
Lata feministycznej orki i akcja #metoo spowodowały również zwiększenie świadomości zachowań wobec kobiet. Nie pozwalamy na określenia typu „foczki” czy „lalki”, ale problemów dostarcza też cała masa gestów niegdyś uchodzących za szczyt galanterii. Na czele peletonu stoi całowanie w rękę. Przedwojenne „buchnięcie w mankiet” dziś jest już raczej tylko reliktem patriarchatu. – Zmiana społeczna zaszła tak daleko, że emancypacja kobiet wymaga podkreślenia ich samodzielności i autonomii. Dziś o wiele trudniej wypowiedzieć bezpretensjonalny komplement, który nie zabrzmi jak pieśń naszych wujów – tłumaczy socjolog dr Daniel Płatek z IFiS PAN. 

Socjolog tłumaczy, że choć do zmian trudno się przyzwyczaić, bo nowe normy postępowania jeszcze się nie wykrystalizowały, to siły emancypacji nie da się zatrzymać. Pewnych zachowań powielanych intuicyjnie trzeba zaprzestać, innych się nauczyć.  – Chodzi o rozmaite sytuacje, w których mężczyźni starają się obniżyć wartość kobiety, traktując ją protekcjonalnie czy np. odsuwając je od pewnych zadań „z obawy” przed tym, że im nie podołają. Do takich deprecjonujących i mało zabawnych zachowań należą też głupie dowcipy naśmiewające się z kobiet.

Pułapki języka
Język to trudna materia. Łatwo tu o lapsus, więc jeśli chce się zabłysnąć przed fanami czy wyborcami, należy mieć się na baczności. Mało kto pozwoliłby sobie dziś na januszowe żarty w stylu: „Jak można zgwałcić prostytutkę?”, klasyk Andrzeja Leppera. 

– Język jest nośnikiem stereotypów, które deprecjonują wielu ludzi – tłumaczy kulturoznawczyni Agata Sikora. – A tym samym odbierają im szacunek. Jeśli chcemy społecznej równości, musimy go zmieniać. Uważać na językowe kalki i unikać homofobicznych, seksistowskich czy rasistowskich żartów. Oby tak było. Jest chyba nadzieja, że wypracujemy takie formuły zachowań, które nie będą sięgały absurdu, ale pozwolą nam wszystkim lepiej żyć.

Tekst: Patrycja Pustkowiak